Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

7 kwietnia 2019

NR 4 (Kwiecień 2019)

Tak głupio wspaniali

0 318

Nieustannie podkreślamy swój status i staramy się błyszczeć, ale za tym blaskiem tak naprawdę kryje się pustka. Piękny obraz, mało treści – oto istota nadmuchanej wspaniałości, której często towarzyszy głupota. 

Żyjemy w społeczeństwie, w którym optymistyczne przekazy łechczące ego, zapewnienia o tym, jak jesteśmy wspaniali, są na porządku dziennym. Wokół nas kwitnie poczucie wspaniałości, wielkości. Wspaniały ty, super firma, w której pracujesz, ekscytująca grupa, do której należysz... Wszystko, co robisz, co nabywasz, zyskuje pozytywny i podnoszący status połysk. 

Wspaniałość, o której myślę, wiąże się z takim przedstawianiem zjawisk, że wydają się tak atrakcyjne i wyjątkowe, jak to tylko możliwe, a jednocześnie nie są postrzegane jako jawnie fałszywe. Zaznaczę: nie chodzi mi o urojenia wielkościowe. Interesuje mnie „normalna wspaniałość”: wyolbrzymianie zwyczajnych zjawisk oraz wypełnianie ich bardzo pozytywnym i przesadzonym znaczeniem, które zapewnia atrakcyjność i sukces oraz oddala od marności i mierności codziennego życia. Taka „wspaniałość” jest, według mnie, bardzo przeceniana.

Blask, klasa i doskonałość 

Dawniej wspaniałość była zarezerwowana wyłącznie dla elit, jednak za sprawą postępu gospodarczego i technologicznego została udemokratyczniona. Każdy chciałby ubarwić rzeczywistość i ozłocić swoje życie.

POLECAMY

Ludzie czują, że mają do tego prawo. Chcemy być znani, zauważani, kojarzeni z tym, co prestiżowe, a nie z tym, co błahe. To nieodzowna cecha coraz bardziej narcystycznego świata, którego motorem jest samoocena. 

Pragnienie, by błyszczeć, cechuje nie tylko ludzi. Także różne instytucje i grupy podejmują wysiłki, by zwiększać swoje znaczenie, status i klasę. A nawet państwa. Spójrzmy, jak wiele z nich szybko przeobraziło się z takich, w których dominuje przemysł i sektor usług, w „społeczeństwa informacyjne” (w latach 70. ubiegłego wieku), a potem w „gospodarkę opartą na wiedzy”, napędzaną przez „klasę kreatywną” i innowacje... 

We współczesnych, dynamicznych czasach trzeba „być na bieżąco”, nie można zostawać w tyle. Liczba osób uzyskujących dyplom ukończenia studiów wyższych jest obecnie zawrotna – trzeba przecież dostosowywać się do (pozornie) wyszukanej natury współczesnego rynku pracy. W wielu krajach oczekuje się, że co druga osoba będzie miała dyplom uniwersytetu... 

Jednak czy naprawdę przynosi to owoce w postaci wiedzy i umiejętności? Socjologowie Richard Arum i Josipa Roksa w książce Academically Adrift opisują amerykańskie badania, z których wynika, że 40 procent absolwentów wcale nie rozwinęło się w czasie studiów pod względem poznawczym. Dowodzą tego wyniki testów zdolności poznawczych, przeprowadzanych na początku studiów i po ich ukończeniu. 

W świecie pracy biurokrację i masową produkcję zastępują firmy oparte na wiedzy, dynamiczne sieci i elastyczne, zorientowane na klienta procedury. Ludzie są zatrudniani nie po to, by wytwarzać dobra i świadczyć usługi, lecz by uczestniczyć w „tworzeniu wartości”. Małe firmy są zarządzane przez „przedsiębiorców”, kierowników zastępują „liderzy”, doradców – „coachowie”, a sprzedawców – „doradcy klienta”. Takie pompowanie nazw stanowisk i funkcji jest wszechobecne. Strategiczne wizje i empowerment zepchnęły na bok bardziej konwencjonalne i nudne zarządzanie.

Wszystko to brzmi bardzo interesująco i pociągająco, jednak rzeczywistość rzadko tak wygląda – co pokazuję w książce The Triumph of Emptiness. Określenia takie jak „światowej klasy” czy „doskonałe” są coraz częściej używane bez poparcia w faktycznej jakości czy osiągnięciach. To właśnie jest istota „wspaniałości”: piękny obraz, mało treści. 

W naszej tzw. gospodarce opartej na wiedzy wciąż dominują usługi i dystrybucja na niskim poziomie.

Nieco inaczej ujmują tę myśl Stephen Sweet i Peter Meiksins w książce Changing Contours of Work. Jak piszą, na każdego dobrze opłacanego programistę Microsoftu przypadają trzy osoby robiące hamburgery w McDonaldzie... 

Wspaniałość jest też bardzo widoczna na arenie konsumenckiej, gdzie kładzie się nacisk na młodość, piękno, sprawność fizyczną i sukces. Moda i znane marki mają wielką siłę oddziaływania, produkty są kojarzone z określoną tożsamością i obietnicą, że wyrażą, a nawet wykreują osobowość nabywcy. Podstawowe potrzeby tracą na znaczeniu, „indywidualność” staje się określonym stylem konsumpcji, a coraz więcej dóbr i usług, które nabywamy, służy podnoszeniu samooceny i statusu. Specjaliści od marketingu i eksperci zajmujący się stylem życia przekonują nas, że kupowane produkty dają nam możliwość bycia w pełni sobą (pisze o tym Naomi Klein w No Logo). 

Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być głupcem, egoistą i mieć zdrowie. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone. Gustave Flaubert

 

Kruche „ja”

Można pomyśleć, że nie ma w tym wszystkim nic szkodliwego. Bo przecież jeśli w efekcie pielęgnowania swej wspaniałości osoby, grupy czy organizacje czują się lepiej – to czym się martwić? Jest czym: wspaniałość często obejmuje podkreślanie własnej wyższości wobec innych, wiąże się też z narastającą pustką – dzisiejsi „wspaniali ludzie” są skazani na rozczarowanie i frustrację. 

Wielkościowe „ja”, które cechują fantazje o doskonałości, sukcesie i wszechmocy, jest czymś zupełnie normalnym w dzieciństwie. Dla dziecka, które doświadcza separacji od rodziców i czuje się małe i odepchnięte, rojenia o wspaniałości są formą kompensacji. Prawidłowy rozwój wiąże się z wkomponowaniem fantazji w bardziej pozytywny, stabilny i realistyczny obraz siebie. 

Niedojrzałe, wielkościowe i idealistyczne fantazje oraz niestabilny obraz siebie stają się coraz częstszym zjawiskiem. To forma narcyzmu albo przerośniętego poczucia „ja”, mieszcząca się gdzieś pomiędzy zdrowiem a patologią. Ta mieszanka fantazji i pragnienia może być cechą charakterystyczną naszych czasów. 

Spędzamy tak wiele czasu, starając się kreować pozytywny obraz siebie. Pomagają nam w tym symbole statusu, konsumpcja, idole, fantazje, terapie itd. Ułatwiają – politycy, media, uczelnie i instytucje edukacyjne, sprzedawcy, terapeuci, konsultanci, eksperci zajmujący się rozwojem i doskonaleniem. Wszyscy oni sprzedają nam potencjalnie „lepsze życie” – wystarczy kupić ich produkty albo skorzystać z ich usług. 

Wszystko to prowadzi do osłabienia „ja” – staje się ono kruche i niestabilne. Rozdmuchane. Liczy się przede wszystkim indywidualność. Musimy wciąż potwierdzać wyidealizowany obraz siebie, nadając np. osobiste znaczenie przedmiotom. I naszej kruchej tożsamości towarzyszy ogólna słabość: ryzyko, że niedoskonałości i problemy doprowadzą do trudności w relacjach,
do większego lęku, nadużywania leków, problemów zdrowotnych, wypalenia itd.

Na pozór wspaniałe życie skutkuje zatem czymś zupełnie przeciwnym: niepewnością, wątpliwościami, poczuciem pustki i podejrzeniem, że żyjemy w fałszywym świecie. Wspaniałość jako lek na niedole społeczne, indywidualne i egzystencjalne jest mocno przeceniana. Jako psychologowie powinniśmy mieć ją zatem na oku. 

Niepozorna głupota

Głupota kojarzy się z niską inteligencją, jednak w kontekście społecznym często nie ma jasnego związku między wynikami testów inteligencji a faktycznym działaniem i myśleniem. Inteligentni ludzie mogą robić głupie rzeczy, i to nie tylko w prywatnym życiu, gdzie istotną rolę odgrywają nieuświadomione procesy, ale też w pracy, gdzie z kolei działają siły społeczne. Przypomnijmy: na konferencji w Wannsee w 1942 roku zebrali się inteligentni i dobrze wykształceni ludzie, by obradować nad tzw. rozwiązaniem kwestii żydowskiej...

Kiedy myślimy o głupocie w pracy, wyobrażamy sobie bezmyślnego durnia, który sieje zniszczenie w firmie. Sprawcami głupich czynów mogą być ludzie niedostatecznie wykształceni, przeciążeni, otrzymujący sprzeczne instrukcje albo tacy, którzy po prostu nie mają wystarczających kompetencji do wykonani...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy