Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Szkoły sobie bliskie

0 425

Szkoła integracyjna to szkoła bez tabu, daje równe szanse, ale nie jest dla wszystkich. Szkoła specjalna to nie wyrok, bo dzięki specjalistycznej opiece wielu uczniom pozwala szybko odnaleźć się w rzeczywistości pełnosprawnych.

Jak podaje rocznik statystyczny GUS, w roku szkolnym 2012/2013 w Polsce działało w sumie 2140 szkół specjalnych na wszystkich poziomach edukacji szkolnej. Uczęszczało do nich 67607 uczniów. Klas integracyjnych w szkołach podstawowych i gimnazjach było 6755, chodziło do nich 21141 dzieci. Obowiązujące w Polsce przepisy stanowią, że w klasie integracyjnej powinno być do 20 uczniów, w tym od trzech do pięciu z niepełnosprawnością.
– Zacznijmy od tego, czym jest integracja – mówi pani Barbara, psycholog zajmująca się wydawaniem orzeczeń o niepełnosprawności.
– To sytuacja, w której dzieci niepełnosprawne i pełnosprawne wspólnie mogą się uczyć. Ludziom niepełnosprawnym należy się miejsce obok nas i powinniśmy dyskutować o tym, jak ono ma wyglądać. Trzeba jednak też pogodzić się z tym, że część osób niepełnosprawnych nigdy nie będzie mogła funkcjonować na wolnym rynku, tworzyć zaplecza ekonomicznego, „konkurować”z ludźmi pełnosprawnymi.

Jej zdaniem dobrze się stało, że w Polsce nie ma przepisów narzucających podział na dzieci, które mogą korzystać z klas integracyjnych, i na te, które muszą chodzić do szkół specjalnych. Pani Barbara uważa, że dla części dzieci niepełnosprawnych, np. głuchych czy niewidomych, lepiej jest, kiedy trafiają do szkół specjalnych, bo w nich przez kilka początkowych lat nauczą się – jak mówi – „obsługiwać swoją niepełnosprawność”. – Czasem dzieci niepełnosprawne intelektualnie w stopniu lekkim są akceptowane w przedszkolach i pierwszych klasach, ale potem coraz bardziej odstają – tłumaczy. – A z drugiej strony dzieci niepełnosprawne ruchowo na ogół dobrze odnajdują się w szkołach integracyjnych.
Pani Barbara dostrzega jednak coś, co mocno ją niepokoi: – Istnieje jakieś nienazwane napięcie pomiędzy szkołami integracyjnymi i specjalnymi. To prawda, że niektóre szkoły specjalne są dość zamknięte, nie chcą kontaktu, „przyjaźni” czy pomocy ze strony innych szkół. A przecież bywa, że dzieci kursują między obydwoma rodzajami szkół i świetnie sobie radzą.
Czy rzeczywiście istnieje takie napięcie? Co o tym sądzą sami zainteresowani – nauczyciele pracujący w obu typach placówek?

Zagubione, przestraszone...
– Do perfekcji doprowadziłam udawanie przed rówieśnikami, że słyszę. Myśleli, że jestem po prostu nieśmiała i małomówna. W czasie lekcji nauczyciele rzeczywiście traktowali nas na równi z dziećmi pełnosprawnymi, ale na przerwach rówieśnicy odrzucali mnie i moją niemą koleżankę. Randki, pierwsze miłostki, imprezy, rozmowy, wspólne żarty... to wszystko nas omijało. Stałyśmy zawsze z boku. Z integracyjnej podstawówki pamiętam izolację i to nieznośne, dławiące uczucie, że omija mnie wszystko, co fajne – pani Iza ma dziś 35 lat i uczy w szkole dla osób głuchych i głuchoniemych. Jej zdanie na temat szkół integracyjnych jest jednoznaczne: – Integracja to ambicja osób pełnosprawnych, które chcą zrobić coś w ich mniemaniu szlachetnego. To także oszczędność dla skarbu państwa, bo dziecko w szkole specjalnej kosztuje państwo trzy razy tyle, co dziecko w szkole integracyjnej. Czyli liczą się ego i pieniądze, a nie dobro niepełnosprawnych.
– Czasem można wręcz mówić o szkodach wyrządzonych przez klasy integracyjne, a z całą pewnością o traumach i kompleksach – dodaje pani Beata, koleżanka Izy, nauczycielka z tej samej szkoły. – Kiedy do naszej szkoły przechodzi ośmiolatek z integracyjnej, wiem, że już jest bardzo późno. Zanim będzie w stanie przyswajać wiedzę, musi odbudować pewność siebie. Takie dzieci najczęściej trafiają do nas w bardzo złym stanie psychicznym. Staramy się, aby najpierw na nowo uwierzyły w siebie. Dopiero potem nadrabiają materiał.

POLECAMY

Podobne zdanie na temat szkół integracyjnych ma pani Kasia, nauczycielka ze szkoły dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie: – 18-letnia Weronika i 20-letnia Basia mają takie same orzeczenia o niepełnosprawności. Weronika jest u nas od roku, a Basia od przedszkola. Weronika chodziła do szkoły integracyjnej, a Basia od początku do szkoły specjalnej. Różnica między nimi jest kolosalna, praca włożona w rozwój Basi jest o wiele większa niż w przypadku Weroniki. Widać to już przy pierwszym kontakcie. Weronika jest zamknięta w sobie, zawstydzona i wycofana, a Basia pewna siebie, rezolutna, świadoma. Obie dziewczyny miały takie same szanse, aby czuć się pewnie, uczyć się, rozwijać. Ale tylko Basia taka jest. Nad Weroniką pracujemy, aby się otworzyła, uczestniczyła w zajęciach, miała cierpliwość do różnych zadań. To jednak trudne i nie wiem, co uda nam się wspólnie osiągnąć. Wiem natomiast, że Weronika miałaby po prostu lepsze życie, gdyby była z nami od początku.

Przedszkole pełne hałasu
Pani Ola, przedszkolanka, oprowadza mnie po szkolnych korytarzach, aż trafiamy na piętro przedszkolne ze ścianami oblepionymi rysunkami: – To ich galeria, rozrasta się codziennie. Trudno zauważyć, że nasze przedszkolaki są głuche, bo brykają jak przystało na sześciolatki. Mają swój świat, wszystkie się rozumieją. Proszę zobaczyć.
Zaglądam do rozbawionych przedszkolaków. Rozrabiają, marudzą, biegają. Po chwili zauważają naszą obecność. Do pani Oli przytula się mały chłopiec i chowa twarz w jej długi sweter. – Wojtuś przyszedł do nas późno, w połowie roku – opowiada wychowawczyni. – Był zamknięty w sobie, zdystansowany. Nie chciał się bawić. Dziś to zupełnie inne dziecko. Takich przypadków jest wiele i u nas, i w wyższych klasach. Kiedy przychodzi smutne, zatroskane dziecko, mniej więcej po pół roku zaczyna zachowywać się jak przystało na jego wiek.
– Co je trapi, kiedy tu przychodzą? Czemu są takie wycofane, przestraszone? – pytam.
– Przede wszystkim dlatego, że tam, gdzie były wcześniej, nie mogły się z...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy