Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Swatka w sieci

76

Miliony ludzi szukają w sieci miłości. Każdego dnia starają się przez Internet znaleźć sobie kogoś - na randkę lub na życie. Wydaje się, że wystarczy wejść na odpowiednią stronę. Lecz czy można wierzyć zamieszczonym tam anonsom? Czy randki internetowe często kończą się sukcesem?

W sieci coraz więcej jest stron, które kojarzą samotne dusze i ciała. Na przykład eHarmony.com skupia już 12 milionów członków. Dzięki jednej z tych stron poznałem Krystynę – opowiada dr Robert Epstein, specjalista od relacji interpersonalnych i redaktor „American Scientific Mind”. – Do swojej oferty dołączyła zdjęcia. Spodobała mi się. Przez jakiś czas korespondowaliśmy. Miło nam się gawędziło, więc postanowiłem spotkać się z nią naprawdę. Umówiliśmy się w kawiarni. Przyjechałem wcześniej, usiadłem w widocznym miejscu. Wyglądałem znajomej twarzy. Po paru minutach do mojego stolika podeszła kobieta i powiedziała: Hej, jestem Krystyna. Ale to nie była kobieta, którą znałem z sieci. Nie chodziło o wiek, ubiór czy zmienioną fryzurę. To była całkiem inna, obca mi osoba. Okazało się, że pracowała w marketingu i potrafiła tak dobrać swój wizerunek, by przyciągnąć jak najwięcej zainteresowanych panów. Wypiliśmy kawę, chwilę rozmawialiśmy. Nie wspomniałem nic o jej zdjęciach, ale straciłem ochotę, by kontynuować znajomość. Parę tygodni później zauważyłem, że Krystyna znów zmieniła swe zdjęcia w sieci. Znów stała się inna osobą.

Dla ciebie zmienię płeć

Wiele osób ma podobne doświadczenia z ludźmi poznanymi w sieci. A jednak Internet wydaje się ułatwiać kojarzenie par. Większość, bo 61 proc. badanych przez ARC internautów twierdzi, że dzięki sieci nawiązali kontakty z ciekawymi ludźmi, a znajomość przerodziła się w trwały związek. Sieć sprzyja poznawaniu nowych osób, ponieważ, jak pisze Aaron Ben-Ze’ev, autor Miłości w sieci, pozostawia duże pole dla wyobraźni, zapewnia anonimowość, dostępność i interaktywność. Tu możemy spotkać się z każdym, w dowolnym miejscu i o każdej porze. Anonimowość pozbawia oporów. Daje poczucie bezpieczeństwa. Ośmiela nawet tych najbardziej na co dzień nieśmiałych i zahamowanych. Możemy ujawnić o sobie to, co chcemy i tyle, ile chcemy. Tu jesteśmy w stanie uwolnić się od własnych ograniczeń i stać się kimś, kim zawsze chcieliśmy być. Tu wspaniałe opowieści na swój temat nie podlegają żadnym normom i nie sposób je zweryfikować, brak bowiem sygnałów niewerbalnych, które w normalnej rozmowie pozwalają zwykle wyczuć kłamstwo. W efekcie sieciowi randkowicze mają tendencję do tworzenia raczej idealnych niż prawdziwych wizerunków. Opisują siebie takimi, jacy chcieliby być, albo chcieliby, żeby ich inni widzieli. Nie mówią, jacy naprawdę są. A gdy powiedzą prawdę o sobie, często tego potem żałują.
Związki online pełne są sprzeczności. Otwartość łączy się z anonimowością, brak kontaktu ciał ułatwia kontakt dusz, a absolutnej szczerości towarzyszą absolutne kłamstwa.

Badania agencji ARC Rynek i Opinia dowodzą, że co najmniej 27 proc. internautów przynajmniej raz z w życiu próbowało udawać w sieci kogoś innego. Anonimowość jest jak cień, w którym możemy się ukryć. I wyjść stamtąd kimś innym, o odmiennej płci i osobowości. Jak pisze jeden z uczestników czatu: „Zdarzało mi się udawać, że jestem kobietą. Było śmiesznie”. Ludzie oszukują co do swojego wieku, stanu cywilnego, posiadanych dzieci, wyglądu, dochodu i zawodu. I nie ma praktycznie możliwości sprawdzenia, czy partner w sieci mówi prawdę. Oszustwa są tak częste, że powstały nawet specjalne strony internetowe, na przykład www.niespotykajgodziewczyno.com. Internauci opowiadają tam o swoich złych doświadczeniach w sieci. Kilka oszukanych osób wytoczyło serwisom randkowym procesy sądowe.

Prawda po retuszu


Jean Frost z Boston University i Massachusetts Institute of Technology postanowiła sprawdzić, jaka jest skala oszustwa w sieci. Z jej badań wynika, że wśród tych, którzy próbują się spotkać z kimś za pośrednictwem sieci, do oszustwa przyznaje się co piąta osoba (ok. 20 proc.). To niewiele. Ale zarazem te same osoby twierdzą, że zdecydowana większość, bo aż 90 proc. internautów mija się z prawdą. Wydaje się, że mamy tu do czynienia z typowym błędem atrybucji w służbie ego. Siebie skłonni jesteśmy widzieć w korzystnym świetle – ja jestem uczciwy, nie oszukuję i nie ulegam złym nawykom – ale zarazem zakładamy, że inni tak robią.

A jak jest naprawdę? Kilku badaczy próbowało obiektywnie ocenić skalę oszustwa w sieci. Psycholog Jeffrey Hancock z Cornell University i Nicole Ellison z University of Michigan, specjaliści w dziedzinie komunikowania się, zaprosili ludzi do laboratorium. Zmierzyli ich wzrost i wagę, a następnie porównali te dane z informacjami, jakie podali oni o sobie w sieci. Dane sugerują, że przeciętnie badani zaniżali swą wagę o ok. 2,25 kg i dodawali sobie ok. 2,5 cm wzrostu. Wydaje się, że choć oszustwa w sieci są powszechne, to zarazem niewielkie. Z badań nad autoprezentacją wynika, że choć wybielamy nieco swe wizerunki i stawiamy się w trochę korzystniejszym świetle, to nie mijamy się zbytnio z prawdą. Ale im niższa samoocena, tym większa może być skłonność do retuszowania swego wizerunku. Na przykład im ktoś jest niższy czy bardziej otyły, tym bardziej kłamie co do swojego wyglądu.
Ekonomiści Guenter Hitsch i Ally Hortatsu z University of Chicago oraz psycholog Dan Ariely z MIT porównali z kolei dane z sieci na temat wzrostu i wagi internautów ze statystykami pochodzącymi ze spisu ludności. I stwierdzili, że wysokość podawana w sieci różni się od przeciętnej wzrostu o cal (ok. 2,5 cm). Okazało się, że mężczyźni często oszukują co do swego wykształcenia, dochodu, wzrostu, wieku, no i stanu cywilnego. Wśród tych, którzy chcą się umówić na randkę, co najmniej 13 proc. jest żonatych. Kobiety kłamią głównie na temat swego wieku, wyglądu, a przede wszystkim wagi. Im starsza kobieta, tym bardziej skłonna jest zaniżać swą wagę. W wieku 20 lat kobiety mijają się z prawdą o nieco ponad 2 kg, po 30-tce ta różnica wynosi już ok. 7 kg, a panie, które mają 40 i więcej lat, oszukują przeciętnie prawie o 10 kg.

Jak widzą gdy nie widzą

Badania dowodzą, że obie płcie przykładają dużą wagę do wyglądu. Nic dziwnego, wiele eksperymentów potwierdza, że atrakcyjność fizyczna – obok podobieństwa i częstości kontaktu – jest jednym z głównych czynników decydujących o sympatii. Przynajmniej na początku znajomości. Ten efekt przypisywany jest różnym mechanizmom. Może on wynikać z kulturowego stereotypu, zgodnie z którym piękno i dobro chodzą w parze. Już bajki w dzieciństwie mówią nam, że dobre księżniczki są zarazem piękne – wyjątkiem są bohaterowie „Shreka”. Wygląd jest pierwszą informacją o nowo poznanej osobie i zgodnie z halo efektem ukierunkowuje dalszą percepcję tej osoby. Wygląd wpływa na atrybucję, czyli przypisywanie osobie określonych cech. Osoby urodziwe są spostrzegane jako bardziej kompetentne, inteligentne, towarzyskie i uczciwe, a to decyduje też o tym, jak się wobec tej osoby zachowamy. Problem w tym, że w sieci nie widać rozmówcy. Tym większego znaczenia nabierają więc wyobrażenia na jego temat. Jeśli wyobrażamy sobie, że rozmawiamy z kimś urodziwym, to swoim zachowaniem mimowolnie potwierdzamy te wyobrażenia. Eleonore Jacobson i Robert Rosenthal z University of California dowiedli, że nasze wyobrażenia mają moc samospełniającego się proroctwa. Mark Snyder i Elle Berscheid, psychologowie z University of Minnesota, przeprowadzili eksperyment. Młodzi mężczyźni rozmawiali przez telefon z kobietą. Ze zdjęcia, jakie dostali, wynikało, że kobieta jest ładna bądź nie. Ci, którzy sądzili, że rozmawiają z piękną kobietą, twierdzili potem, że dobrze się im rozmawiało i ocenili swą rozmówczynię jako bardziej towarzyską, inteligentną, z poczuciem humoru niż ci, którzy zakładali, że kobieta nie jest urodziwa. Ale, co ciekawe, kiedy nagranie tej rozmowy odtworzono innym ludziom, to słuchacze mieli podobne wyobrażenia co do tych kobiet. Proroctwo się spełniło.

Czyje to moje zdjęcie?

By nie paść ofiarą domysłów, wiele osób decyduje się zamieścić w sieci zdjęcie. Ale czy na pewno swoje? Urodziwi nie muszą oszukiwać. A co z tymi, którym los poskąpił urody? Mogą nie ujawniać swego wyglądu, ale brak zdjęcia przy ofercie jest odbierany jednoznacznie negatywnie. Badania dowodzą, że mężczyźni, którzy dają oferty bez zdjęć, otrzymują przeciętnie tylko czwartą część odpowiedzi, jakie przychodzą do tych, którzy zamieścili swoje zdjęcie. Kobiety tracą jeszcze więcej nie dając swego zdjęcia – dostają tylko szóstą część propozycji, jakie spływają do tych ze zdjęciem.

Kłamstwo daje konkretne zyski. Jak wynika z badań, mężczyźni, którzy twierdzą, że zarabiają rocznie więcej niż 250 tys. USD, dostają o 51 proc. więcej odpowiedzi na swe oferty niż ci, którzy ujawniają mniejszy dochód. Jeśli o atrakcyjności mężczyzny decyduje jego dochód, to dla kobiety kluczową sprawą jest wiek. Wiele kobiet deklaruje, że ma mniej lat niż faktycznie. Chcą w ten sposób upewnić się, ile dostaną odpowiedzi na anons. I dostają ich więcej. Mężczyźni często nie są w ogóle zainteresowani kobietą powyżej pewnego wieku. Rachel Greenberg i Robert Espstein, redaktor „Scientific American Mind”, przebadali tysiąc mężczyzn i kobiet, wybranych przypadkowo z bazy danych strony Match.com – jednego z największych serwisów randkowych. Sprawdzali, jaki wiek podają. I stwierdzili, że dostrzec można wyraźne wzorce w rozkładzie wieku. Mężczyźni najczęściej podają, że mają ok. 32 albo 36 lat. Liczba tych, którzy określają swój wiek na 36 lat znacznie przewyższa liczbę t...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy