Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

1 grudnia 2015

Sprawca pilnie poszukiwany

73

Unikanie odpowiedzialności za coś, czego sobie sami nawarzyliśmy, w dłuższej perspektywie może być szkodliwe. Bo nie dostrzegamy potrzeby zmiany.

AGNIESZKA CHRZANOWSKA: – Co roku podczas gali rozdania Oscarów laureaci wygłaszają pełne emocji mowy. Dziękują w nich wszystkim osobom, bez których ich sukces nie byłby możliwy. Reżyser dziękuje aktorom, aktorzy – reżyserowi. Podziękowania padają pod adresem ekipy filmowej, rodziny, przyjaciół. W życiu codziennym jednak, z dala od blasku jupiterów, sukcesy lubimy przypisywać przede wszystkim sobie. Za to kiedy poniesiemy porażkę, mamy tendencję do doszukiwania się jej przyczyn na zewnątrz.
BERNARD WEINER:
– W psychologii mówimy o tzw. złudzeniu hedonistycznym, czyli egocentrycznym błędzie atrybucji. Polega on na tym, że sukcesy przypisujemy sobie, a przyczyn swoich porażek doszukujemy się na zewnątrz, poza nami. To jednak wcale nie musi być czymś złym. Przypisywanie winy sobie może mieć wiele negatywnych konsekwencji, może prowadzić do obniżenia samooceny, a osoby o niskiej samoocenie mają skłonność do samoobwiniania się. I tak koło się zamyka.
Dokonując atrybucji przyczyn, chronimy Ja – stąd hedonistyczne złudzenie, skłonność do przypisywania sukcesów sobie i obwiniania „świata” za swoje porażki. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje. Jeśli obleję egzamin, a wszyscy moi koledzy wypadną świetnie, trudno mi będzie winić za moje niepowodzenie nauczyciela, stwierdzając na przykład, że bardzo ostro ocenia i za dużo wymaga. Ne ma dowodów, które by poparły takie twierdzenie.

Czy usprawiedliwiamy się, by zachować dobre mniemanie o sobie?
– Nie tylko. Usprawiedliwiamy się również po to, by chronić nasze relacje z innymi. Dotyczy to wszystkich sytuacji, w których ma miejsce naruszenie norm społecznych. Wyobraźmy sobie, że umówiliśmy się z kimś na spotkanie i osoba ta przychodzi spóźniona o pół godziny. Oczekujemy, że poda powód, że wytłumaczy, dlaczego się spóźniła.

I sami, gdy naruszymy pewne zasady – a tym samym stworzymy sytuację, w której relacja z drugą osobą zostaje zagrożona – staramy się wytłumaczyć, usprawiedliwić.
– Bo rozumiemy zasady, wiemy, jakie są normy. Rozumiemy też prawa psychologiczne i zdajemy sobie sprawę, że jeśli zawinimy, druga osoba poczuje się zraniona albo będzie na nas zła. Nasza relacja jest wtedy w niebezpieczeństwie. A że zależy nam na utrzymaniu pozytywnej relacji – usprawiedliwiamy się, szukamy wymówek. Mówimy na przykład: „To nie moja wina. Pociąg utknął w szczerym polu”. Jeśli druga osoba zaakceptuje takie wyjaśnienie, relacja będzie bezpieczna. Nie chcemy wziąć na siebie winy i przyjąć odpowiedzialności za coś, co się stało – w tym przypadku za spóźnienie – aby chronić i Ja, i relację. Nie chcemy – świadomie lub nieświadomie – siebie obwiniać, ale też nie chcemy – świadomie lub nieświadomie – żeby partner relacji był na nas zły.
Wyobraźmy sobie jednak, że podobna sytuacja powtarza się bardzo często: codziennie się spóźniamy, sprawiamy, że druga osoba czuje się zawiedziona, i za każdym razem mówimy, że to przez pociąg, który znowu nie przyjechał punktualnie.

Nikt w to nie uwierzy. Pociągi bywają niepunktualne, ale nie spóźniają się codziennie. W podobnej sytuacji zastanowiłabym się, czy osobie, na którą czekam, zależy na spotkaniu ze mną. Czy rzeczywiście stara się zrobić wszystko, co w jej mocy, by zdążyć na czas.
– Dokładnie. Ja, będąc w sytuacji tego, który czeka, powiedziałbym „spóźnialskiemu”: „Skoro pociąg spóźnia się codziennie, mogłeś wziąć to pod uwagę, planując podróż. To twoja wina, że się spóźniłeś”. I byłbym zły na tę osobę.
Spóźnienie może mieć przeróżne przyczyny. Jeśli spóźniony sam za nie odpowiada i teraz próbuje się usprawiedliwić, może sięgać po różne wyjaśnienia, które brzmią całkiem przekonująco. Jeśli jednak sytuacja się powtarza, stają się one coraz mniej wiarygodne. Myślę sobie: Zaraz, zaraz, w zeszłym tygodniu mówił, że spóźnił się, bo padał deszcz; dwa tygodnie temu tłumaczył, że musiał opiekować się chorą matką. W końcu przestaję wierzyć w coraz to nowe wyjaśnia.
Człowiek jest niczym naukowiec. Stara się wyjaśnić sytuację, stawia hipotezy i weryfikuje je. Zastanawia się, czy wyjaśnienie, które podaje druga osoba, jest wiarygodne. Bierze na przykład pod uwagę to, jak często podobna sytuacja miała miejsce w przeszłości, czy inni ludzie też się spóźniają. Uwzględnia również normy społeczne dotyczące spóźnień. I na podstawie takich danych – swojego banku danych – dokonuje atrybucji przyczyn. Przekonania dotyczące przyczyn obejmują trzy ich właściwości: umiejscowienie – przyczyny mogą mieć charakter wewnętrzny w stosunku do osoby lub zewnętrzny; kontrolowalność – niektóre przyczyny podlegają kontroli osoby, natomiast nad innymi nie ma ona żadnej kontroli; i stałość – przyczyny mogą mieć charakter stały, niezmienny, albo mogą być chwilowe.

Nic nie dzieje się samo z siebie, tak po prostu. W końcu każda przyczyna ma swój skutek, a każdy skutek ma swoją przyczynę. Człowiek-naukowiec lubi znać przyczyny tego, co się dzieje wokół, tego, co przydarza się innym i jemu samemu. Dlatego szuka wyjaśnień i przypisuje zdarzeniom przyczyny. A atrybucje te wiążą się z określonymi emocjami.
– Jeśli osiągamy sukces i wiemy, że jest to nasza zasługa, np. efekt wytężonej pracy, to rozpiera nas duma. Cieszą nas też osiągnięcia tych, którzy mieszczą się w obrębie naszego Ja: dziecko, matka, bliski krewny. Jeśli zwycięża drużyna koszykarska, której kibicuję, cieszę się: „Wygraliśmy!”. My wygraliśmy, choć przecież nie grałem osobiście, nie kozłowałem piłki. Mimo to odczuwam dumę i radość. Jeśli natomiast sukces jest udziałem kogoś innego, zupełnie obcej nam osoby, nie interesuje nas to, nie ma to dla nas większego znaczenia.

A jeśli ta sama drużyna przegra?
– A czy starali się grać jak najlepiej? Jeśli nie, wtedy winię ich za poniesioną porażkę i jestem zły. Jeśli są słabymi graczami, a jednak podczas meczu dawali z siebie wszystko, starali się z całych sił – współczuję im, pocieszam, doceniam ich wysiłki. Wiem, że to nie ich wina, że przegrali. Rozumiem, że przyczyna porażki nie podlegała ich kontroli.

Czasem gdy poniesiemy porażkę, czujemy wstyd. Chcemy się zapaść pod ziemię.
– Wstyd odczuwamy wówczas, gdy coś się nie powiedzie, jednak nie byliśmy w stanie temu zaradzić. Wyobraźmy sobie, że gramy w meczu piłki nożnej, nie jesteśmy jednak najlepszymi graczami. Nie za dobrze nam idzie. Staramy się, ale poruszamy się po boisku w wyjątkowo nieskoordynowany sposób. Nie udaje nam się kopnąć piłki. I wszyscy to widzą! Co za wstyd! Zgromadzeni na trybunach kibice współczują nam: „Patrzcie na tego biednego gościa na boisku! Nie potrafi kopnąć piłki”. A ich współczucie sprawia, że czuję jeszcze większe upokorzenie. Te dwie emocje – współczucie i poczucie upokorzenia – są niczym siostry. Są ze sobą powiązane. Gdy ludzie nam współczują, czujemy się upokorzeni, a im bardziej czujemy się upokorzeni, oni tym bardziej nam współczują.

Podobnie złość i poczucie winy. Im bardziej ktoś jest na mnie zły, tym bardziej czuję się winna.
– Poczucie winy mamy wtedy, gdy zawiniliśmy, zrobiliśmy coś nie tak, jak powinniśmy, a byliśmy w stanie zachować się inaczej. Na przykład spóźniłem się na spotkanie, ponieważ beztrosko z kimś gawędziłem, zapominając o całym świecie. Osoba, która na mnie czekała, jest zła, a ja mam poczucie winy. Jeśli jednak ona widzi, że czuję się winny, to nie powinna być zła – wie, że biorę odpowiedzialność za to, co zrobiłem.
Poczucie winy, gniew, upokorzenie, wstyd, duma, współczucie stanowią część systemu atrybucyjnego. Są wywoływane przez przekonania dotyczące odpowiedzialności i popychają do podjęcia działania, np. wymierzenia kary lub udzielenia pomocy.

Czy można powiedzieć, że pewne atrybucje są „zdrowsze” niż inne, korzystniejsze dla naszego samopoczucia?
– To zależy. Każda atrybucja ma pozytywne i negatywne właściwości. Na przykład w sytuacji porażki zdrowe może być powiedzenie sobie: „nie starałem się wystarczająco”, i przyjęcie odpowiedzialność za to, co się stało. To zmobilizuje nas do wytężonej pracy, będziemy się bardziej starać. Ale przypisanie winy sobie może też sprawić, że będziemy czuli się winni, a inni będą na nas źli.
A co, jeśli powiemy sobie: „Nie udało mi się, bo nie potrafię”? Nikt nie będzie nas winić, za to wszyscy będą nam współczuć. Być może taka sytuacja sprawi, że zmienimy swoje zachowanie i w przyszłości nie będziemy się starali za wszelką cenę robić coś, co nie jest naszą najmocniejszą stroną. W obliczu porażki upór i zawziętość nie zawsze są dobre.
Unikanie odpowiedzialności za coś, czego sobie sami nawarzyliśmy – np. oblewamy egzamin, bo nie przygotowaliśmy się do niego – w dłuższej perspektywie może być szkodliwe. Bo nie dostrzegamy potrzeby zmiany. Kontynuujemy zachowania, których konsekwencje są nie takie, jakich byśmy oczekiwali.

Pan Profesor jako wykładowca słyszał pewnie wiele takich wymówek od swoich studentów.
– Student nigdy się nie przyznaje: „Oblałem egzamin, ponieważ wczoraj byłem na imprezie i w ogóle się nie uczyłem”. To oczywiste, że w takiej sytuacji obwiniłbym go, obarczyłbym odpowiedzialnością za porażkę. Podaje zatem usprawiedliwienie. Mówi na przykład, że musiał zająć się czymś niezwykle ważnym: zabrać chorą matkę do szpitala. Albo sam był chory – to usprawiedliwienie bardzo często stosowane przez
studentów.
Czasem jest tak, że komunikujący i odbiorca nie zgadzają się co do przypisania odpowiedzialności. Na przyk...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy