Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Spotkałem nawet szczęśliwych Polaków

70

Czy Polacy czują się szczęśliwi? Czy pieniądze dają nam szczęście? Dlaczego Polak smutny po rozwodzie? Skoro nikomu nie ufamy, to jak się rozwijamy? I co mogą władze? Wszystko to tłumaczy JANUSZ CZAPIŃSKI. Prof. dr hab. Janusz Czapiński jest psychologiem społecznym, prorektorem Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania, pracuje też na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorem kilku teorii dotyczących adaptacji, m.in. cebulowej teorii szczęścia. Od 1991 roku razem z socjologami, demografami i ekonomistami bada jakość życia Polaków.

Dorota Krzemionka: – Ukończył Pan kolejną, czwartą już Diagnozę społeczną, czyli duże badania panelowe nad szczęściem i kondycją psychiczną Polaków. Czy władze kraju, prezydent lub premier interesują się tymi wynikami?
Janusz Czapiński: – Nie doszły mnie takie sygnały. Mam nadzieję, że jacyś analitycy w jednej bądź w drugiej kancelarii przygotowują wyciągi z tych badań i że moja praca nie idzie na marne. Ale politycy z górnej półki i tak zazwyczaj wiedzą swoje.

– A powinni się interesować tymi wynikami, bo, po pierwsze, przynajmniej w deklaracjach władca dba o szczęśliwość narodu, a po drugie, w demokratycznym systemie zadowolenie obywateli przekłada się później na głosy wyborców. Eugeniusz Gostomski w „Gazecie Bankowej” pisze, że „cechą wszystkich szczęśliwych krajów jest to, że politycy i różne instytucje intensywnie poszukują tam odpowiedzi na pytanie: co jest istotne dla pomyślności ludzi i jak zmieniają się w czasie czynniki wpływające na ich zadowolenie z życia?”.
– Zgodnie z moją cebulową teorią, niezależnie od tego, jak wiele by politycy zrobili, żeby ludzi uczynić szczęśliwszymi – to niewiele im z tego wyjdzie. Bo najgłębszej warstwy dobrostanu tak naprawdę ani w jedną, ani w drugą stronę zmienić się nie da. Ona zależy od genetycznie uwarunkowanej woli życia. Oczywiście jakiś potężny cios życiowy, na przykład śmierć bliskiej osoby lub ciężka choroba, może naruszyć tę warstwę, ale na szczęście na krótko. Jeśli ciężki los nie zaczerni nam całkowicie horyzontu, to jest ogromna szansa, że po pół roku, choć to złe doświadczenie wcale nas nie opuściło, wrócimy do równowagi na tym najgłębszym poziomie.

Innymi słowy, źródło naszego szczęścia bije wewnątrz nas i nie można go zwiększać?
– Tak. Jeśli wszystko idzie po naszej myśli, to znaczy: nie biedujemy, mamy dobre relacje z innymi ludźmi, dobrą i pewną pracę, jesteśmy w miarę zdrowi i sprawni, to w pełni wykorzystujemy swój potencjał szczęścia i dalej nie ma co się wysilać, bo szczęśliwsi nie będziemy. Natomiast zmianom pod wpływem warunków zewnętrznych mogą ulegać różnego rodzaju cząstkowe satysfakcje życiowe: zadowolenie z pracy, żony lub dzieci. Jeśli któryś z tych obiektywnych warunków jakości życia się posypie, to spadamy w dół i nie wykorzystujemy swego potencjału.

A więc to, co mogą zrobić politycy, to przeciwdziałać nieszczęściom?
– To powinno być ich zadaniem. Powinni wiedzieć, co jest głównym czynnikiem, który zapoczątkowuje zjeżdżanie w dół jeśli chodzi o nastroje społeczne i poczucie szczęścia obywateli. Powinni się zainteresować, dlaczego w Polsce jest tak niski wskaźnik zatrudnienia, niewiele ponad 50 proc., podczas gdy w Szwecji 70 proc. ludzi pracuje zawodowo. A praca jest jednym z ważnych źródeł dobrostanu psychicznego. Co jest głównym źródłem stresu w miejscu pracy? Co utrudnia życie samotnym matkom? Gdyby politycy bardziej dbali o uchylanie barier życiowych, to moim zdaniem nawet nie mnożąc zarobków Polaków, mogliby trochę powstrzymać rosnącą falę emigracji. Tym się powinni interesować. Ponieważ niewątpliwie im lepsze na różnych wymiarach warunki życia obywateli, tym większe prawdopodobieństwo, że będą oni szczęśliwsi, a w każdym razie bardziej odporni na różnego rodzaju ciosy. Niestety, politycy nie myślą tymi samymi kategoriami co zwykli obywatele. Próbują ludziom urządzać życie na przekór wysiłkom, które oni sami podejmują. Nic dziwnego, że Polacy w coraz większym stopniu sądzą, że politycy nie mają wielkiego wpływu na ich życie. Tylko 5 proc. badanych uważa, że władza ma jakikolwiek wpływ na indywidualne osiągnięcia obywateli.

Co wynika z ostatniej Diagnozy? Czy Polacy czują się szczęśliwi?
– Wyniki pokazują, że wzrosło zarówno poczucie szczęścia Polaków, jak i większość satysfakcji cząstkowych. Aż 76 proc. Polaków czuje się szczęśliwymi bądź bardzo szczęśliwymi. Niewiele już pod tym względem ustępujemy Amerykanom, wśród których jest ok. 85 procent szczęśliwych. Najbardziej w ostatnim okresie poprawiło się zadowolenie z perspektyw na przyszłość, z bezpieczeństwa w miejscu zamieszkania. Po raz pierwszy od 1997 roku wzrosło zadowolenie z sytuacji w kraju. Trochę jest to rezonans działań polityków, a każdym razie tego, co media pokazują. Polacy nabierają przekonania, że walczy się z różnymi patologiami. I że mogą wyjść bez obaw wieczorem na ulicę, bo minister Ziobro ich obroni.

Czy zatem poprawa nastrojów wynika ze zmiany obiektywnych warunków, czy raczej z wyobrażeń ludzi, ich przekonań, że coś się zmieniło na lepsze?
– To są dwie różne rzeczy. W ciągu minionych dwóch lat dochody osobiste Polaków realnie wzrosły o 19 proc., podczas gdy PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca wzrósł w tym samym czasie o 10 proc. Z jednej strony jest to wskaźnik przepływów finansowych, które nie są rejestrowane przez państwo. Ale zarazem nie zmienił się w tym czasie odsetek tych, którzy twierdzą, że ich sytuacja finansowa się pogorszyła. Albo inny przykład: do 2005 roku rosło zadowolenie Polaków ze stanu własnego zdrowia i z opieki medycznej. Ale zarazem ogromna większość badanych twierdziła, że ta opieka się zmieniła na gorsze.

Jak to wytłumaczyć?
– Gdy pytamy o poglądy, otrzymujemy zupełnie inne odpowiedzi niż wówczas, gdy pytamy o odczucia. Pytany o poglądy przeciętny Polak czuje się zobowiązany do zasygnalizowania władzom, żeby się tak nie cieszyły, bo ciągle jest dużo do zrobienia i mogłoby być lepiej. Poglądy są odzwierciedleniem pewnych nawyków kulturowych, tego typowego polskiego narzekania. Natomiast jeżeli pytamy o bezpośrednie odczucia, to przeciętny Polak nie włącza tego instrumentu nacisku na władzę. Tylko mówi, co mu w duszy gra. I wtedy okazuje się, że Polacy wcale nie są takimi malkontentami.

Czy, biorąc pod uwagę te odczucia, Polacy są szczęśliwym narodem? Co mówią na ten temat kolejne Diagnozy?
– Od początku moich badań nad jakością życia Polaków, czyli tak naprawdę od samego początku transformacji, daje się zauważyć nieustannie – z niewielkimi wahaniami – trend wzrostowy pod względem zarówno poczucia szczęścia, oceny całego swego życia, jak i masy satysfakcji cząstkowych.

Czy to znaczy, że żyje nam się coraz lepiej?
– Polacy przebyli niesamowicie długą drogę między 1990 a 2007 rokiem i widać to w różnych miarach, także w dochodach. Rośnie przekonanie, że to, co przynosimy do domu, pozwala nam zaspokoić wszystkie podstawowe potrzeby. Takich rodzin w Polsce na początku transformacji było 38 proc., a dzisiaj dochodzimy do 70 proc. Rośnie zasobność, wyposażanie domu, korzystanie z nowoczesnych technologii. Polakom naprawdę dziś żyje się zdecydowanie lepiej niż kilkanaście lat temu. Co więcej, wbrew wielu opiniom, twierdzę, że ten rozwój w Polsce jest zrównoważony. Od 2003 roku przestało rosnąć rozwarstwienie ekonomiczne. Bogacą się i awansują wszyscy mniej więcej w podobnym tempie.

Deutsche Bank Research wymienia 10 czynników wpływających na całościowe zadowolenie ludzi z życia w danym kraju. I na pierwszym miejscu, obok poziomu wykształcenia czy dochodu na jednego mieszkańca, niskiej korupcji oraz stopy bezrobocia, wymienia się poziom zaufania do współobywateli. A w Polsce od lat mamy jeden z najniższych w Europie wskaźników zaufania – jedynie 11 proc. rodaków ufa komukolwiek spoza najbliższej rodziny. A mimo to jesteśmy zadowoleni? Dlaczego?
– Zaufanie pomostowe, czyli do osób obcych, spoza rodziny, oraz gotowość do stowarzyszania się z innymi i działania z nimi dla wspólnego dobra razem tworzą kapitał społeczny. Większość ekonomistów zakłada, że przy niskim kapitale społecznym niemożliwy jest ani rozwój ekonomiczny, ani dobra kondycja psychiczna obywateli. Polska odbiega od tej prawidłowości. Mamy niemal zerowy kapitał społeczny – 11 procent – i nic się w tej sprawie od lat nie zmienia. Gdy się skończył komunizm, to 4/5 Polaków powypisywało się z wszelkich organizacji i ta przynależność jest u nas jedną z najniższych na świecie. Nie rozwinął w Polsce wolontariat. A mimo to rozwijamy się szybko i rośnie poczucie szczęścia obywateli.

Jak można wyjaśnić ten paradoks?
– Moim zdaniem na rozwój i na kondycję psychiczną obywateli składają się przynajmniej dwa zupełnie różne kapitały: ludzki i społeczny. Kapitał ludzki obejmuje poziom wykształcenia, zaradność, inteligencję i zdrowie. Cały czas Polacy inwestowali i nadal inwestują w ten ludzki kapitał, niezależnie od tego, czy państwo im w tym pomagało, czy nie. Przed kilku laty przygotowywałem raport na temat rozwoju edukacji na poziomie wyższym w Polsce. Według bardzo optymistycznego scenariusza, zakładałem, że przy ówczesnym tempie powinniśmy osiągnąć wskaźnik scholaryzacji na poziomie Hiszpanii, czyli 40 procent studiujących w grupie wiekowej 19-24 lata dopiero około roku 2015. A my już w zeszłym roku przekroczyliśmy 50 procent. To samo jest ze zdrowiem, Polacy są coraz zdrowsi, dłużej żyją – przeciętna długość życia wzrosła od 7 do 8 lat w okresie minionych kilkunastu lat. Tak więc zainwestowaliśmy, co mogliśmy, w kapitał ludzki i nie ruszyliśmy palcem, jeżeli chodzi o kapitał społeczny.

Jakie mogą być tego konsekwencje?
– Moim zdaniem, do pewnego momentu ludzie mogą być coraz szczęśliwsi tylko dzięki temu, że rośnie kapitał ludzki. Ale w pewnym momencie przestaje on wystarczać. Kapitał społeczny może nie jest tak ważny wówczas, kiedy leci manna, jak teraz z brukselskiego nieba. Ale kiedy unijne dotacje się skończą i sami będziemy musieli karczować ten las, wtedy okaże się, że bez zaufania społecznego dalszy rozwój jest niemożliwy. Jeśli nie będzie wspólnego działania, bez oglądania się na to, ile ja osobiście będę z tego miał, wcześniej czy później pojawi się stagnacja. A wówczas zacznie ubywać szczęśliwych Polaków, ponieważ człowiek patrzy na to, co posiada, z perspektywy tego, czego spodziewa się w przyszłości. Jeśli Polacy stracą przekonanie, że się będą rozwijać i że średniej klasy samochód będą mogli za pięć lat, jeśli tylko się przyłożą, zamienić na samochód z półki nieco wyższej – to stracą pogodę ducha. I zacznie się psychiczna szarzyzna z okresu PRL-u i początku transformacji. Niestety, kolejne władze w Polsce jak do tej pory nie robiły w zasadzie nic, żeby odwrócić Polaków do siebie twarzami i zachęcić ich do działania na rzecz wspólnych celów. Bez zaufania do innych cała masa energii społecznej jest marnotrawiona. Spójrzmy na to, co się stało po wygraniu przez nas prawa do zorganizowania Euro 2012. Nie minęło kilka miesięcy, a już słychać, że gdzieś kradną, ci są skorumpowani, ci nieudolni. A ci, którzy chcą i próbują coś zrobić, natrafiają na ciągły opór tych, którzy patrzą na nich podejrzliwie i nie wierzą w ich czyste intencje. Albo z powodu zawiści – bo to jest drugi, obok nieufności, wymiar naszej kultury – utrudnią im działanie i utrącą inicjatywę.

A co, zdaniem Polaków, jest warunkiem udanego życia? I czy te warunki rzeczywiście rzutują na nasze zadowolenie i szczęście?
– Za główne warunki udanego życia Polacy uznają: przede wszystkim zdrowie, na drugim miejscu małżeństwo, dzieci, w dalszej kolejności pracę i pieniądze. Badania potwierdzają, że dla poczucia szczęścia i zadowolenia z życia niezwykle ważne są nasze relacje społeczne. Musimy mieć kogoś bliskiego obok siebie, aby ten nasz potencjał życiowego wigoru uruchomić. Brak stresu życiowego, dobre relacje z ludźmi i wsparcie społeczne są najistotniejszym warunkiem udanego, szczęśliwego życia. Ale warunek ten zależy od tego, jaki jest stan naszego ducha. Nie jest tak, że dobre relacje z bliskimi są losowo przydzielane przez Pana Boga. My sami je budujemy. A osobom szczęśliwym łatwiej jest nawiązywać dobre, trwałe i satysfakcjonujące relacje z innymi ludźmi. A jeśli nawet noga im się powinie: stracą pracę czy pieniądze, to dzięki tym dobrym relacjom potrafią dosyć szybko podnieść się psychicznie.

Z Diagnozy 2007 wynika, że najwięcej, bo ponad 80 procent szczęśliwych jest wśród małżonków. Dla porównania: wśród rozwodników szczęśliwych jest tylko 47 proc. mężczyzn i 57 proc. kobiet. Ale małżeństwa w Polsce coraz częściej kończą się rozwodem...
– To prawda, małżeństw w Polsce zawiera się mniej, ludzie decydują się na życie singla. Coraz częściej Polacy się rozwodzą. Nie twierdzę, że robią to z głupoty. Nieraz są w takiej sytuacji, że rozwód wydaje się im najlepszym wyjściem. Niemniej zarówno on, jak i ona poniosą konsekwencje psychiczne tego rozstani...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy