Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

14 września 2016

SŁOWA, OBRAZY, DŹWIĘKI 25

0 369

PIOTR TOCZYSKI poszukuje świętego Graala, a BRONISŁAW MAJ analizuje wiersz Wojciecha Bonowicza.

Grzechy Merlina

Pośrodku sceny stoi kolisty nitowany kształt, przywodzący na myśl zarówno żelastwa motocyklistów, jak i potężny stół. To na tym umownym Okrągłym Stole – symbolu znanym nam i z mitu arturiańskiego, i z najnowszej historii Polski – rozgrywa się akcja dramatu „Merlin” (1993) Tadeusza Słobodzianka. Opowiedziana przez słowackiego reżysera Ondreja Spišáka sztuka o podtytule „Inna historia” przyciąga pełną widownię „Sceny przy Wierzbowej” Teatru Narodowego. Prawie dziesięć lat musiało minąć, aby sztuka Słobodzianka, za którą białostocki Wierszalin i reżyser Piotr Tomaszuk zdobyli w 1994 roku w Edynburgu „Fringe First” (główną nagrodę największego na świecie festiwalu teatrów alternatywnych), dotarła – w innej interpretacji artystycznej – na deski Teatru Narodowego.
Niedługo po tym, jak Słobodzianek napisał „Merlina”, z innej okazji literaturoznawca Tadeusz Komendant pisał o legendzie arturiańskiej tak: „Gdybym, jak Wdowa z Walii, wyprawiał swoje dziecko – Percevala – w obcy, nieprzyjazny i dorosły świat, dałbym mu na drogę nie Biblię, rzecz o początku świata, lecz »Opowieści Okrągłego Stołu«”. Czy spośród wielu wersji tych opowieści warto wybrać „Inną historię” Słobodzianka w inscenizacji Spišáka? Niekoniecznie.
„Merlin. Inna historia” zaczyna się przypomnieniem grzechu pierworodnego i wygnania z Raju, ukrzyżowania Jezusa i wprowadzeniem pojęcia apokryficznego świętego Graala, do którego Józef z Arymatei miał zebrać Chrystusową krew. Wbrew tym biblijnym nawiązaniom i osnuciu całego przedstawienia „na planie” mszy, Boga w „Innej historii” nie ma – są jedynie przekleństwa pod Jego adresem, krzyczane przez któregoś z ginących rycerzy króla Artura, jest i kierowana do Niego prośba o przebaczenie. Nie ma też w świecie tego dramatu świętego Graala, bo u Słobodzianka – wbrew licznym wersjom arturiańskiej legendy – rycerze go nie odnajdują. Na przeszkodzie poszukiwaniom staje siedem grzechów głównych w postaci siedmiu bestii, czy też siedmiogłowej bestii.

Tak więc w trakcie poszukiwań Graala król Artur walczy z pychą, Gowen z gniewem, Klaudas z obżarstwem, Mordret z chciwością, Keu z zazdrością, Percewal z lenistwem, a Lancelot z nieczystością. Każdy grzech ucieleśniony jest przez potwora więżącego dziewicę. Każdy rycerz pokonuje co prawda potwora, ale to zwycięstwo nad personifikacją grzechu nie oznacza wyzbycia się grzechu. Przeciwnie – grzech niejako przechodzi na pokonującego go rycerza, zaś ucieleśnieniem grzechu zdają się także oswobadzane dziewice. Ponieważ to ci rycerze współtworzą szczęśliwe królestwo, ich zetknięcie z grzechem stanie się przyczyną zagłady Brytanii.

Tu pojawiają się pytania. Czy w jakiś sposób przyczynia się do tego rozkładu państwa diabelska proweniencja Merlina, będącego przecież niepokalanie poczętym synem szatana i dziewicy? Jaki związek z nieudaną próbą zbudowania przezeń udanego państwa ma wstępny konflikt bohaterów dramatu o władzę przynależną temu, kto wyjął święty miecz z kamienia, i w efekcie pewne zhierarchizowanie rycerzy (Keu zostaje seneszalem, a Gowen konetablem)?
Jak wpływa na rozpad królestwa oddanie się Merlina w ręce swojej uczennicy Viviany i kim w ogóle owa Viviana jest? Co znaczy ostentacyjna odmienność Lancelota? I po co w tym wszystkim tkwią jakieś erotyczne, łącznie z homoseksualnymi, aluzje? Niestety, pytania te pozostają bez odpowiedzi. Za dużo tu zmiennych, by w trakcie inscenizacji nie pogubić się w zamierzeniach autora i w ich zinterpretowaniu przez reżysera.

Swobodne sięgnięcie do legend arturiańskich i próba opowiedzenia czegokolwiek na ich tle nie może być łatwa. Legenda o Arturze ma bowiem tyle wykluczających się pod różnymi względami wersji, że manipulacja jakimkolwiek elementem tego mitu produkuje – zamierzenie bądź nie – nowe znaczenia. Tradycyjnie, za niemal każdym rycerzem Okrągłego Stołu stoi osobna historia czy idea. Mordret to nieślubny syn Artura, poczęty z kazirodczego związku. W „Merlinie” nie ma o tym ani słowa, zaś Mordret jeszcze przed koronacją Artura współzawodniczy z nim i z innymi rycerzami o miecz utkwiony przez Merlina w kamieniu. Percewal i Lancelot, którzy zazwyczaj pojawiają się dopiero na jakimś etapie sprawowania przez Artura rządów, tu od początku są konkurującymi z nim, a następnie służącymi mu rycerzami. Gowen, zazwyczaj syn Lota z Orkadów czy królewski bratanek, w „Merlinie” jest... teściem króla Artura, ojcem Ginewry. Ona zaś jest siostrą seneszala Keu, tradycyjnie przyrodniego brata króla. Z kolei Klaudas, w legendzie skutecznie przez Artura tępiony król, wyrasta u Słobodzianka na najwierniejszego rycerza, który – umierając – chce za wszelką cenę ostrzec króla przed Mordretem...

Nie ma nic złego w tym nietrzymaniu się tekstu (czy tekstów) legendy. Ambitny brytyjski reżyser John Boorman, twórca najlepszej dotychczas ekranizacji tego mającego wiele wersji mitu, mówił, że „jak bywa to ze wszystkimi mitami nieopierającymi się na pewnych faktach historycznych, można w pewnym sensie robić z nimi, co się chce, przedstawiać poszczególne elementy, zmieniać postacie, cały czas zachowując nienaruszony mit, to co stanowi jego naturę”. A na temat swojego nominowanego do Oscara arturiańskiego filmu „Excalibur” (1981) dodawał: „Przede wszystkim chodziło mi o to, aby pozostać wiernym duchowi legendy, a właściwie ożywić ducha legendy. Ponieważ istnieje wiele wersji tego mitu, (...) mogę więc zawsze uzasadnić własną wersję”.

Wersję Słobodzianka wzbogaconą o interpretację słowackiego reżysera na pewno też da się uzasadnić. Jednak „Merlin” nie tylko nie trzyma się ściśle legendy, ale też zawiera wiele wykraczających poza nią symboli, jak choćby rycerskie herby z wizerunkami zwierząt i związane z nimi przepowiednie czy ludowe rymowanki, wypowiadane ni stąd, ni zowąd przez Vivianę. Walijski smok Percewala czy tradycyjnie symbolizujący Brytanię lew Artura są jeszcze zrozumiałe. Ale jak rozumieć nietoperza i świnię jako herby innych rycerzy czy wzmianki o delfinie i salamandrze, związane chyba z Merlinem i Vivianą? Nie ułatwia odbioru „Innej historii” także to, że jest ona opowiadana na zasadzie teatru w teatrze i odgrywana przez grupę ludzi noszących – zapewne w ujęciu scenografa Františka Liptáka – skórzane kurtki i wystylizowanych na członków gangu motocyklowego. Wszystkie te komplikacje sprawiają, że odnalezienie właściwych sensów „Merlina” staje się trudne. Może nawet tak trudne, jak odnalezienie Graala...

Liczne znaczenia dodatkowo komplikuje konstrukcja samego przedstawienia, odzwierciedlająca porządek łacińskiej mszy. W 1995 roku Tadeusz Komendant na łamach książkowego dodatku „Gazety Wyborczej” nazwał opowieści o rycerzach...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy