Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

4 października 2016

Skąd wiemy, co jest dobre

14

Jak postąpić? Co wybrać? Co jest dobre, a co złe? Nieraz zadajemy sobie podobne pytania. Staramy się nie działać pochopnie. Długo zastanawiamy się, ważymy alternatywy. Jesteśmy przekonani, że wybieramy to, co dobre i właściwe. Czy na pewno?

Codziennie stajemy przed wieloma dylematami: powiedzieć partnerowi o zdradzie czy zachować to w tajemnicy? Ściągnąć na egzaminie czy uczciwie wypełniać test? Stanąć w obronie koleżanki, niesprawiedliwie atakowanej przez szefa, czy udać, że tego nie widzimy? Zatrudnić Jana Kowalskiego czy Abdula Haschemidabdula, który ma nieco większe kompetencje? Dać zaliczenie studentce, która ma kłopoty rodzinne, czy potraktować ją zgodnie z regulaminem? Wyjechać na emigrację w nadziei na lepsze zarobki czy zostać w kraju? Z jednej strony troska, współczucie i lojalność, z drugiej – sprawiedliwość, wolność. Która wartość zwycięży? Niebo gwiaździste nade mną, prawo moralne we mnie – ta najsłynniejsza bodaj sentencja Immanuela Kanta mówi, że w ocenie moralnej sami musimy rozstrzygać, co dobre, co złe.
Cokolwiek wybierzemy, będzie dobre. Naszym zdaniem. Jesteśmy przecież prawi, uczciwi i cnotliwi. A im bardziej tkwimy w tym poczuciu, tym bardziej czujemy się upoważnieni, by oceniać innych, jakże często krytycznie.

Dzieło szatanów czy bogów?
Z ocenami moralnymi wiąże się niemały paradoks. Odgrywają wielką rolę, są najważniejszą przesłanką naszego stosunku do drugiego człowieka, znacznie ważniejszą niż przymioty jego intelektu czy osiągnięcia. Na co dzień wyznaczają, z kim przestajemy, od kogo stronimy, a w sytuacjach krańcowych mogą decydować o życiu lub śmierci ocenianej osoby. Chciałoby się, by były bezsporne, zasadne, oparte na obiektywnych i powszechnie akceptowanych kryteriach. Ale z tym jest problem. Przecież w ocenach moralnych zgody nie było, nie ma i zapewne nigdy nie będzie. Ludzkie kultury bowiem niezmiernie się różnią wyznawanymi wartościami i sposobami ich realizacji. Oto kobieta poszła sama do kina. Syn zwraca się do ojca po imieniu. Wdowa jada ryby trzy razy w tygodniu. Wszystkie te czyny są w naszej kulturze neutralne moralnie, ale dla Hindusów – jak dowodzi Jonathan Haidt, amerykański badacz moralności, autor książki Prawy umysł – pociągają negatywne oceny moralne.

Współcześni Europejczycy uważają, że pójście za głosem serca w wyborze partnera jest czymś pożądanym, zaś ofiarom gwałtu należy się moralne wsparcie. Pakistańscy mężczyźni co roku zabijają setki córek i sióstr, jeżeli te padły ofiarą gwałtu (!) albo wybrały męża, idąc za głosem serca, a nie za nakazem rodziny. Oba te zdarzenia wydają się im moralnie naganne, wstrętne i zasługujące na najwyższą karę. Karę dla kobiety rzecz jasna.

Nawet wewnątrz tej samej kultury różnimy się wartościami i interesami, a w konsekwencji ocenami moralnymi. Przeciwnicy zapłodnienia in vitro widzą w tej metodzie dzieło szatanów, „zabijających” niewykorzystane zarodki, zwolennicy zaś – dzieło bogów, pozwalających nam powołać człowieka do życia. Takie spory z lubością są wykorzystywane do moralnego pognębienia przeciwników politycznych. Pokazują zarazem, że problem tendencyjności ocen moralnych nie sprowadza się ani do relatywizmu moralnego (nigdy i nigdzie nie jest tak, że wszystko wolno), ani do samego zróżnicowania wartości wyznawanych przez grupy czy jednostki. Problem w tym, że oceny moralne są zawsze wytworem ludzkich umysłów – to, co dla nas jest moralne, dla kogoś innego może być obojętne lub naganne.

Mniejsze zło?
Moralność – podobnie jak język – stanowi zapewne biologiczną adaptację naszego gatunku. Powstała choćby po to, by wiązać ludzi. Każde społeczeństwo dysponuje jakimś systemem moralności, choć zarazem systemy te ogromnie różnią się treścią nakazów i zakazów etycznych, które kierują tak postępowaniem, jak i ocenami moralnymi. Jak są formułowane?
W drugiej połowie XX wieku psychologię moralności zdominowało podejście racjonalistyczne (nawiązujące do filozofii Immanuela Kanta). Zakłada ono, że oceny moralne mają charakter przemyślany i racjonalny, wymagają więc czasu, wysiłku, intencji oraz zdolności umysłowych. Czołowym zwolennikiem takiego podejścia był Lawrence Kohlberg, który badał rozwój moralny dzieci w zależności od rozwoju ich myślenia. Zakładał, że wydając oceny moralne, postępujemy niczym uczony poszukujący prawdy – jedna z jego wczesnych prac nosi znamienny tytuł „Dziecko jako filozof moralności”.

Opierając się na podobnym założeniu, również inni badacze stawiali ludzi w obliczu dylematów przeciwstawiających sobie różne przesłanki ocen moralnych, aby sprawdzić, na których z nich faktycznie opierają swe oceny. Oto jeden z takich dylematów. Wyobraź sobie, że wagon odczepił się od lokomotywy i stacza się szybko na pięciu robotników pracujących na torach. Z pewnością ich zabije. Stoisz przy zwrotnicy, za pomocą której możesz skierować rozpędzony wagon na inny tor, gdzie zginąłby tylko jeden pracujący tam robotnik. Stając przed takim wyborem, większość (85 proc.) ludzi uznaje za właściwe przełożenie zwrotnicy, wybiera mniejsze zło (lepiej, by zginęła jedna osoba zamiast pięciu). Kiedy jednak w innej wersji dylematu jedynym sposobem ocalenia pięciu robotników jest zepchnięcie z mostu jednego dużego mężczyzny, którego ciało zatrzyma wagon, tylko 12 proc. badanych zgadza się to zrobić. Choć z logicznego punktu widzenia oba dylematy są identyczne, to wybory, jakich dokonują ludzie – radykalnie odmienne. Dlaczego?

Z powodu emocji, które są znacznie silniejsze przy dylematach osobistych: zepchnięcie mężczyzny wydaje się bardziej odrażające niż przełożenie zwrotnicy. Co więcej, Joshua Greene z Uniwersytetu Harvarda wykazał za pomocą fMRI (jednej z technik neuroobrazowania), że rozważaniu dylematów osobistych towarzyszy silniejsza aktywizacja tych obszarów kory móz[-]gowej, które są zwykle zaangażowane w przetwarzanie silnie emocjonalnej informacji – chodzi o brzuszno-przyśrodkową część kory przedczołowej.

Moralne osłupienie
Gdyby nasze oceny moralne były racjonalne, to jak wyjaśnić fakt, że często nie potrafimy ich uzasadnić? Przyjrzyjmy się następującej historyjce: studenci Julia i Marek, rodzeństwo, podróżowali po Francji podczas letnich wakacji. Pewnego razu nocowali na odludziu w wynajętym domku nieopodal plaży. Doszli do wniosku, że przyjemnie byłoby uprawiać ze sobą seks – poszerzyłoby to zakres ich doświadczeń. Julia zażyła tabletki antykoncepcyjne, ale Marek na wszelki wypadek założył prezerwatywę. Przygoda sprawiła im przyjemność i jeszcze bardziej ich do siebie zbliżyła. Oboje zdecydowali jednak już tego nie powtarzać w przyszłości.

Co o tym myślisz? Czy postąpili właściwie, uprawiając seks? W badaniach Jonathana Haidta większość uczestników bez wahania i namysłu stwierdziła, że Julia i Marek postąpili niewłaściwie, ale wszyscy mieli kłopot z uzasadnieniem swego potępienia. Wielu wskazywało na możliwość genetycznych powikłań. Kiedy zwracano im uwagę, że rodzeństwo zastosowało antykoncepcję, badani mówili o zgorszeniu innych. A kiedy przypominano, że nikt tego nie widział, mówili o możliwej traumie psychicznej bohaterów. Jakiej traumie, skoro stali się sobie bliżsi...

Po wyczerpaniu wszystkich prób racjonalnego objaśnienia swoich ocen, badani wpadali w tzw. osłupienie moralne. Po czym stwierdzali: „nie potrafię tego uzasadnić, ale czuję, że postąpili źle”. Mamy tu przykład intuicji moralnej – przeświadczenia, że coś jest dobre lub złe, przy czym pojawia się ono nagle i bez namysłu, jako oczywista prawda, którą „każdy” (podobny do mnie) widzi. Haidt w swoim intuicjonistycznym modelu ocen moralnych zakłada, że oceny moralne w przeważającej części są rezultatem automatycznego przetwarzania danych i opierają się na prostych odczuciach dobra i zła, wywoływanych przez oceniany postępek. Uzasadnienia odwołujące się do norm lub innych przesłanek są przywoływane, ale już po dokonaniu oceny, szczególnie gdy ktoś ją kwestionuje. Stanowią raczej racjonalizację oceny niż jej rację, czyli faktyczne uzasadnienie.

Procesy automatyczne działają bowiem zawsze i natychmiastowo, zaś procesy kontrolowane – z opóźnieniem i tylko wtedy, kiedy jesteśmy motywowani do formułowania sądów i mamy do tego możliwości, na przykład nasz umysł nie jest pochłonięty czymś innym. Zatem intuicje moralne pojawiają się pierwsze, i choć mogą być modyfikowane świadomym namysłem, zwykle taki namysł nie zachodzi. Wyjątkiem jest sytuacja, kiedy to samo zdarzenie budzi w nas sprzeczne intuicje lub wiemy, że będziemy musieli swoje oceny uzasadnić innym osobom. Na przykład w demokratycznie funkcjonujących organizacjach szefowie wydają sprawiedliwsze oceny (gdyż muszą je uzasadnić), niż w organizacjach sterowanych autokratycznie, gdzie przełożeni nie muszą niczego uzasadniać. Mamy zatem do czynienia – jak powiada Haidt – z prymatem, choć nie dyktaturą intuicji.

Dobrzy od niemowlęcia
Za intuicyjnością ocen moralnych (intuicjonizm moralny) sporo przemawia. Na przykład to, że preferencje dobra pojawiają się już u niemowląt, które nie posługują się jeszcze językiem. Kiley Hamlin i współpracownicy pokazywali sześciomiesięcznym niemowlętom przedstawienie kukiełkowe z trzema postaciami. Jedna z nich wchodziła na pagórek, w czym przeszkadzała druga kukiełka, spychając ją w dół, inna zaś kukiełka pomagała jej wspiąć się na górę. Kiedy położono niemowlętom na tacy „przeszkadzacza” i „pomagacza”, dzieci częściej wolały dotykać tego drugiego. Wskazuje to, że elementarne preferencje dobra i zła mogą być wrodzone albo nabywamy je wcześnie.

Najważniejszym argumentem na rzecz intuicjonizmu moralnego jest fakt, że oceny moralne zmieniają się pod wpływem emocji, nawet gdy nie wiążą się one z ocenianym postępkiem. W jednym z badań pod kierunkiem Haidta uczestników wprowadzano w stan hipnozy i sugerowano im odczucie wstrętu na widok słowa „często”. Następnie badani czytali historyjkę o studencie, który działał w samorządzie i (czasem padało tu słowo „często”, czasem nie) lubił zabierać głos w sprawach cieszących się zainteresowaniem studentów. Choć cały opis w ogóle nie dotyczył moralności, badani surowiej oceniali charakter bohatera, gdy w opisie pojawiało się słowo „często” (a zarazem emocja wstrętu).

Oczywiście rzadko przeżywamy emocje wskutek sugestii posthipnotycznej, ale taki zabieg dał pewność, że emocja ta nie ma związku z ocenianymi postępkami. Późniejsze badania Haidta i współpracowników pokazały, że wstręt podobnie wpływa na oceny moralne, gdy jest wywoływany w bardziej naturalny sposób, na przykład badani oceniają postępki naruszające normy, siedząc w brudnym pokoju.

Nasze intuicje moralne są silnie nasycone emocjami, takimi jak wstręt czy współczucie. Co się dzieje, gdy brak nam zdolności do ich odczuwania? Przykładem takiego deficytu jest psychopatia. Wprawdzie psychopaci stanowią zaledwie 1 proc. mężczyzn (wśród kobiet jest ich jeszcze mniej), ale – jak się szacuje – to właśnie oni są sprawcami połowy najgroźniejszych przestępstw, takich jak seryjne morderstwa czy zabójstwa policjantów na służbie. Psychopaci wiedzą, że ich postępowanie jest złe i że krzywdzą swoje ofiary, jednak kompletnie nie przejmują się ich uczuciami. Badania wykorzystujące techniki neuroobrazowania wskazują, że mniej aktywne są u nich części mózgu odpowiedzialne za powstawanie uczuć moralnych, takich jak empatia, poczucie winy czy wstyd, choć zarazem ich mózgi normalnie reagują na bodźce zagrażające im samym.

Lepsze zadanie dla siebie
Bez emocji trudno o moralność. Skądinąd wiadomo, że nic nas tak emocjonalnie nie rusza, jak własna osoba i własne interesy. Można przewidywać, że wyżej ocenimy to, co sprzyja ich realizacji. Wiele badań dowodzi takiej egocentrycznej moralności. Na przykład ludzie mają skłonność do żądania większej zapłaty za pracę, jeżeli oni sami ją wykonali. W naszych badaniach prowadzonych z Olgą Białobrzeską stwierdziliśmy, że nierówne traktowanie kobiet i mężczyzn w pracy, czyli faworyzowanie tych drugich, mężczyźni oceniali jako bardziej sprawiedliwe. W jednej z polskich uczelni stworzono kontrowersyjny regulamin przyznawania stypendiów do...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy