Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

4 lutego 2020

NR 2 (Luty 2020)

Selfie i genealogia

48

Odkrywanie swoich korzeni pozwala poznać nie tylko życie przodków, ale także samego siebie. Drzewo genealogiczne, podobnie jak selfie, jest specyficznym autoportretem.

Dlaczego nieżyjący od lat członkowie rodziny wywołują u wielu ludzi wielkie emocje? Miałam okazję to sprawdzić, gdy przestałam pracować na uniwersytecie. Okazało się, że moje zainteresowanie własnymi korzeniami przerodziło się w fascynację. Zaczęłam wtedy rozumieć emocje, jakich doświadczają ludzie odkrywający swoich przodków. Chciałam wiedzieć więcej. Postanowiłam zgromadzić dane o sobie i swoim pochodzeniu, korzystając z metod, które stosowałam w pracy, by poznawać różne aspekty życia innych ludzi: prowadziłam rozmowy i sięgałam do dokumentów, tekstów, fotografii, mitów i opowieści rodzinnych, wspomnień.

Takie spojrzenie w przeszłość buduje na różne sposoby nasze poczucie tożsamości i własnego miejsca we współczesnej kulturze, przestrzeni geograficznej i historycznej. Po pierwsze, możemy zagłębić się w dane z archiwów, przekazywane ustnie opowieści rodzinne, fotografie oraz inne materiały. Po drugie, historie rodzinne mogą połączyć się z naszym bieżącym „projektem «ja»”, może to na przykład dotyczyć związku między „selfie” a dawnymi fotografiami rodzinnymi. Po trzecie, co chyba najważniejsze, historie rodzinne mogą mieć działanie terapeutyczne i pozytywnie wpływać na nasz dobrostan.

Oczywiście z punktu widzenia psychologów koncentracja na „ja” lub tożsamości nie jest niczym nowym. Nie jest też ona wyjątkowa dla ludzi poszukujących własnych korzeni. Jest integralną częścią tego, jak żyjemy w XXI wieku, o czym świadczy na przykład zaabsorbowanie selfie czy aktualizacjami na Face­booku, Instagramie i innych portalach społecznościowych. Prezentowanie postów zewnętrznemu światu odzwierciedla mniejszy lub większy poziom pewności w naszej własnej narracji „ja”. Kto nigdy nie chciał podzielić się ze znajomymi tym, jak świetnie się bawi w pewnym lokalu, albo tym, że wyhodował orchidee, albo że jest na pieszej wycieczce w górach? Kto nie zerka ukradkiem na swoje zdjęcie profilowe? Wydaje się, że uwaga, jaką poświęcamy temu, jak często inni lajkują to, co robimy, gdzie i z kim to robimy oraz jak wyglądamy, jest bardzo ważnym elementem osobistego zadowolenia i stale snutej opowieści o tym, kim naprawdę jesteśmy. I równie ważny element stanowią nasi przodkowie, kimkolwiek się okażą. Kiedy tworzymy samych siebie, próbując zrozumieć własne życie, możemy też budować historię swojej rodziny, by zrozumieć własną tożsamość. Pojmujemy samych siebie przez pryzmat tego, co jest wokół nas oraz jak reaguje na nas otoczenie.

Czy odkrycie korzeni i powiązań rodzinnych rzeczywiście pogłębi tę narrację? Czy wzbogaci naszą samoświadomość i rozumienie siebie?

W poszukiwaniu korzeni

Poszukiwania genealogiczne stały się stosunkowo łatwe (co częściowo wyjaśnia ich dużą popularność). Możemy zagłębiać się w przeszłość, siedząc przy komputerze i przeglądając dostępne zasoby archiwalne.

Dociera do nas, że nasi przodkowie mieli imiona, nazwiska, adresy, zatrudnienie, mężów, żony, dzieci, lokatorów… – byli ludźmi z krwi i kości, niezależnie od tego, czy kiedykolwiek o nich słyszeliśmy w opowieściach rodzinnych. I każdy z nich miał swój wkład w to, jak wygląda nasze życie i – być może – w to, dlaczego znaleźliśmy się na świecie. Ich życie ukształtowało nasze. Czy jednak tożsamość przodków – to, kim byli, gdzie mieszkali i zmarli, jakie wiedli życie – rzeczywiście wpływa na nasze poczucie tego, kim jesteśmy? Tu wkracza psychologia. Badania z obszaru psychologii społecznej i rozwojowej już dostarczają pewnych odpowiedzi na to pytanie. 

Zanim zaczęłam składać w całość zebrane informacje, moja wiedza o rodzinie była raczej fragmentaryczna. Urodziłam się, gdy moi rodzice mieli 40 lat. Ojciec był najmłodszy z pięciorga rodzeństwa, a matka była dziesiątym dziec­kiem spośród jedenaściorga. W efekcie moje doświadczenie starszego pokolenia było ograniczone, większość z tych osób bowiem zmarła, zanim byłam w stanie nawiązać z nimi znaczący kontakt.

Najmłodsza osoba z mojego rodzeństwa wujecznego i stryjecznego jest o 13 lat starsza ode mnie. Inna kuzynka zmarła w 2017 roku, dożywszy prawie 101 lat. Taka różnica wieku, i w pewnym stopniu statusu, sprawiła, że nie mogłam osobiście doświadczać swojego pochodzenia.

Kiedy czytałam książkę Common People: The History of an English Family, w której prof. Alison Light opowiada o tym, jak poszukiwała swoich korzeni – poczułam ukłucie zazdrości. Light była w stanie porozmawiać z osobami, które miały kluczową wiedzę o przeszłości jej rodziny, i ona sama była zanurzona w przestrzeni geograficznej, gdzie żyli i pracowali jej przodkowie. Zafascynowało mnie to, że starając się zrozumieć ich życie, Light udało się odnieść do kultury i historii klasy pracującej. Później przeczytałam książkę Identity, Attachment and Resilience, w której prof. Antonia Bifulco przedstawiła analizę trzech pokoleń polskiej rodziny. Przygląda się w niej wpływowi wojny, okupacji, pokoju i przemian kulturowych na tożsamość, przywiązanie i odporność psychiczną jej członków. Obydwie książki pokazały mi, że historia rodzinna pozwala nam wszystkim czerpać wiedzę z przeszłości i że poszukiwanie korzeni może być bardzo głębokim przeżyciem. Daje nam możliwość poznania samych siebie w osobisty i emocjonalny sposób. Możemy też uzyskać informacje o warunkach społecznych, historycznych i politycznych, w jakich żyli nasi przodkowie, które pomogą nam lepiej zrozumieć to, jacy sami jesteśmy. Pokazują to historie dwóch znanych psychologów…

Erik i John

Psychoanalityk Erik Erikson zaproponował szerokie wyjaśnienie, jak złożone związki między kulturą, geografią i biologią wpływają na rozwój tożsamości – co ilustruje jego własna historia. Zanim przeniósł się do Stanów, uczył się i pracował w Europie. Jego matka była duńską Żydówką. Gdy Erik został poczęty, od kilku miesięcy była w separacji z mężem, również Żydem. O swoim biologicznym ojcu Erikson wiedział tylko tyle, że był Duńczykiem, ale nie Żydem. Matka Erika, gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, wyjechała do Niemiec, gdzie poślubiła żydowskiego pediatrę Theodora Homburgera. Ten zaadoptował chłopca i dał mu swoje nazwisko. Kiedy Erik przeprowadził się do Stanów, ożenił się i przeszedł na chrześcijaństwo. Później zmienił nazwisko na Erikson, zostawiając „Homburger” jako drugie imię. Jego zainteresowanie tożsamością, kulturą i biologią nie wydaje się wcale zaskakujące.

Pamiętam, jak uczestniczyłam w semi­narium poświęconym życiu Johna Bowl­by’ego w Tavistock Clinic w Londynie. Została wtedy we mnie myśl, że jego zainteresowanie przywiązaniem musiało wynikać bezpośrednio z...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy