Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Scenariusze życia małżeńskiego

68

Andrzej Wiśniewski jest doktorem filozofii i psychoterapeutą, superwizorem treningu grupowego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Pracował w Poradni Synapsis. Obecnie prowadzi terapię par w Laboratorium Psychoedukacji. Napisał (razem z Katarzyną Grocholą) książki „Związki i rozwiązki miłosne” oraz „Gry i zabawy małżeńskie i pozamałżeńskie”.

Dorota Krzemionka-Brózda: – W książce „Gry małżeńskie” twierdzi pan, że związek musi być na zawsze, choć rozum podpowiada, że może być inaczej. W jakim sensie „na zawsze”?
Andrzej Wiśniewski: – W sensie emocjonalnym. To nie oznacza, że związek ma trwać za wszelką cenę. Zdarza się, że uczucia się kończą. Ale w momencie, gdy się wiążemy, mamy być przekonani – czasem wbrew całemu światu – że to jest ta jedyna osoba, że spełnia wszystkie nasze oczekiwania, pragnienia, jest idealna.

Przecież to jest idealizacja. Na początku zazwyczaj partner wydaje się idealny.
– Dlatego potrzeba trochę czasu, żeby nam się przestało wydawać, i żeby odidealizować partnera. I wtedy, gdy już wiemy, jaki jest nasz partner – ze wszystkimi swoimi wadami i problemami – możemy naprawdę powiedzieć „tak”.

A jeśli od razu jestem tego pewna, bo partner mi się podoba od pierwszego spojrzenia...
– Wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. Ale pamiętam też, co opowiadają mi często moi pacjenci. Jedna z pacjentek powiedziała: „Gdy jadę tramwajem i widzę mężczyznę, który zaczyna mi się podobać, to natychmiast wysiadam i wsiadam w tramwaj, który jedzie w przeciwną stronę”. Tyle razy sparzyła się na swoich wyborach, że w rozpaczy postanowiła nie reagować na podobne sygnały. Jest w tym dużo prawdy, bo często ten pierwszy odruch, kiedy ktoś zaczyna mi się podobać, wyraża nadzieję, że ten ktoś da mi to wszystko, czego dotychczas nie dostałem, czego nie dali mi rodzice, wychowawcy, poprzedni partnerzy. A druga osoba myśli tak samo. Taki długotrwały brak realistycznego spojrzenia nie rokuje dobrze. Dlatego optuję za dłuższym narzeczeństwem, gdy ludzie są ze sobą nawet przez lata.

Co się wtedy ma dziać, czemu mamy się przyglądać?
– Przede wszystkim wzorcom z naszych rodzin, z poprzednich związków, które wnosimy do związku niejako „w posagu”. Ważne jest, byśmy się zorientowali, czy te wzorce jakoś pasują do siebie.

Czego te wzorce mogą dotyczyć?
– Na przykład sposobu bycia w świecie, kontaktów z ludźmi, ról, w jakich występujemy. Jak twierdzi Virginia Satir, ważne jest, czy nasz partner i my mamy wystarczające poczucie własnej wartości, aby na sobie nawzajem nie „zawisać” jak powój na ścianie. Jeśli nie mamy poczucia własnej wartości, to często wybieramy sobie za partnera osoby, które mają być naszym uzupełnieniem. Ktoś niezaradny szuka partnera, który będzie zaradny i przeprowadzi go przez życie itp.

A jeśli jestem niepewna swej kobiecości, to znajdę kogoś, kto mi ją potwierdzi...
– To wtedy znajdzie sobie pani partnera, który będzie podkreślał, jak wspaniałą pani jest kobietą. Ale zrobi to, bo się boi, że pani od niego odejdzie. Jedna z moich pacjentek opowiadała, że gdy wyjeżdżała za granicę, jej partner jechał za nią do Paryża czy Londynu i czekał tam na nią z kwiatami. Była tym zachwycona. Ale tak nie postępuje normalny mężczyzna, tylko taki, który boi się o swoją pozycję i musi wykonywać takie heroiczne gesty. Kobieta, która ma kłopoty ze swoją kobiecością, jest skazana na takiego mężczyznę. Nie jest w stanie mu powiedzieć: „Czyś ty zwariował, wystarczyłby telefon”. Podobnie mężczyźni, którzy mają kłopoty ze swoją męskością, trafiają na kobiety, które mówią im, że są najwspanialsi na świecie. Ale robią tak nie dlatego, że podziwiają partnera, lecz ze strachu, że on odejdzie.

Co jeszcze może wpływać na wybór partnera?
– Nasze przeżycia z dzieciństwa i pierwsze doświadczenia bycia w relacji z chłopcami (dziewczynami) w okresie dorastania. Na to nakłada się społeczny wzorzec. Zgodnie z nim, na przykład kobieta, która kocha, ma się poświęcić dla swojego partnera. A mężczyzna ma imponować swojej partnerce. Te najczęstsze w naszej kulturze wzorce powstają w rodzinach dysfunkcyjnych, czyli takich, które mają problem alkoholowy lub nie poradziły sobie z rozwodem. Często następuje tam zamiana ról, dziecko staje się opiekunem, zajmując się opuszczonym rodzicem. Później z tych dzieci wyrastają dzielni mężczyźni, którzy muszą ciągle całemu światu udowadniać, że świetnie sobie radzą. Bo tęsknią za akceptacją i bliskością. Kobiety pełniące role matek dla swoich mężów też tęsknią za podobnymi uczuciami.

– Wydaje się, że taki dzielny chłopiec, który zajmował się mamusią, dobrze rokuje jako partner, bo mną też się zajmie...
– W pewnym sensie tak. Dzięki tej motywacji mężczyźni wiele osiągają, dochodzą do wysokich stanowisk, zdobywają pieniądze. Ale gdzieś nadal są w nich mali chłopcy, którzy boją się porażki. I domagają się od partnera, żeby zostali zauważeni, docenieni, przytuleni. Mają duże kłopoty z przeżywaniem i okazywaniem słabości i bezradności.

A partnerka nie rozumie, bo on ma być przecież tym dzielnym?
– Co więcej, partnerka tego mężczyzny czuje, że jej się zawali świat, jeśli on sobie nie poradzi. Kiedy mu się coś nie udało, ona mówi: „Poradzisz sobie, jesteś wspaniały”. A on oczekuje, że ona się zajmie tym przestraszonym małym chłopcem, który w nim jest. I narasta w nim frustracja, która w końcu zamienia się w złość. Jednocześnie, gdy partnerka takiego mężczyzny wykonuje coś samodzielnie, to on z kolei lęka się, że może być jej niepotrzebny. Jeśli ona decyduje się wyjechać do Indii lub Chin, to często słyszy od partnera: „Nie poradzisz sobie, kto ci tam poniesie walizki”. Wiele kobiet odbiera to jako troskę.
– A to jest podcinanie skrzydeł.
– Dlatego w parach, które na początku sprawiają wrażenie, że dobrze się uzupełniają, po latach pojawia się wiele złości, pretensji, frustracji – nie wiadomo skąd. Gdy w końcu trafiają do mnie, słyszę: „My się kłócimy o byle co, o drobiazgi”. Za tymi drobiazgami kryje się frustracja poważnych potrzeb.

Na podobnej zasadzie ta poświęcająca się kobieta wydaje się atrakcyjną partnerką.
– Wielu mężczyzn uwielbia takie kobiety – uczennice. Mogą być dla niej przewodnikami, czują się ważni i zaakceptowani. To jest początek porażki. Związek trwa, póki uczennica nie zamieni się w kobietę.

Nie wolno jej dorosnąć i ukończyć tej szkoły?
– Bo ona nie znalazła się w tym związku, żeby dorastać, ale żeby przekonywać partnera, że jest niezastąpiony.

Rozumiem, że mówimy tu o pewnym typie związków, które Jürg Willi nazwał koluzjami.
– Tak, ludzie dobierają się na zasadzie uzupełniających się struktur charakterologicznych. Podobnie zaburzeni partnerzy wzmacniają nawzajem swoje zachowania i prowadzą nieświadomie wspólną grę – zwaną koluzją. Najczęściej są to związki poświęcającej się kobiety i imponującego mężczyzny. Często w takich związkach dużym problemem jest bierna agresja. Na pozór ludzie rozmawiają ze sobą normalnie, ale każda sytuacja jest sposobem, by odegrać się na partnerze. Na przykład postanowili kupić samochód. Pamiętam taką parę. On mówi: „Samochód ma kosztować do 60 tys. zł i być w kolorze od żółtego do czerwonego”. Na co ona: „A mnie interesuje samochód droższy i musi być użyteczny”. Na pozór każda ze stron zgłasza gotowość do negocjacji, ale żadna propozycja nie może być przyjęta przez partnera, gdyż to oznaczałoby jego porażkę. W takim związku toczy się ukryta rywalizacja, wyrażana poprzez bierny sprzeciw i frustrowanie oczekiwań partnera. Dość dużo jest też związków na granicy przemocy, gdzie jest taki układ: „Jeśli nie będziesz realizować moich oczekiwań, to odejdę”.

Czyli emocjonalny szantaż?
– Tak, często poparty zdradą, za którą zdradzający obwinia partnera. Nazywam to zamachem stanu w małżeństwie. Żaden z partnerów nic nie dostaje oprócz obsługi. Władza jest substytutem miłości, ale nie karmi, nie daje możliwości rozwoju. Partner nie jest ze mną, bo kocha mnie i jest kochany. Trwa przy mnie, bo się boi, że odejdę i wtedy straci poczucie wartości, sens życia.

Jak wyjść poza ten zaklęty krąg wzajemnie napędzających się braków?
– Trzeba mieć optymalne poczucie bezpieczeństwa i samoakceptacji. Wtedy potrafię spojrzeć na partnera jako na niepowtarzalną osobę. Cieszę się, że on ma swoje sprawy, podoba się innym, ale wybrał mnie. Nie boję się wyrażać swoich uczuć, stawiać granic. Jasno mówię, czego chcę, czego nie, co mi się podoba, a co nie.

– I nie boję się reakcji partnera.
– Tak. Warto być w związku spontanicznym. Najgorzej jest się zastanawiać, co się stanie, jeśli powiem partnerowi to czy tamto. Trzeba powiedzieć, zaryzykować i być gotowym, że mu się to nie spodoba.

Ale wtedy związek przeżywa burze. A pan twierdzi, że stabilny związek to taki, który podlega stałej destabilizacji.
– Zdecydowanie tak. Bardzo ważna jest umiejętność bycia w konfrontacji. Większość poradników mówi o kompromisie w związku. Zgoda. Ale wtedy, gdy wyraźnie mówię swojemu partnerowi: „Nie chcę tego, co proponujesz, ale robię to dla ciebie, ponieważ ci zależy. Chcę ci to dać, jak daje się kwiaty i nie oczekuję niczego w zamian”.

Pójdę z tobą na ten film, choć to łzawy melodramat, a wolałbym western.
– I nie będę robił fochów. Ale czasem dochodzi do konfrontacji. Nie ma takiej możliwości, żeby partnerzy nie frustrowali się nawzajem swoimi oczekiwaniami. Bowiem są one różne. Partner musi w końcu zdecydować się na zrobienie tego, co chce. Mówi: „Idę na western”. I musi umieć znieść to, że żona jest niezadowolona z jego wyboru. Oczywiście nie chodzi tu o tak zwane robienie na złość, ale o realizowanie swoich planów. Od tego często zależy nasze poczucie podmiotowości w związku.

I to nie tylko nie rozwala związku, ale go rozwija.
– Tak, podobnie jak dobra kłótnia. Jeśli potrafimy kłócić się merytorycznie, czyli o sprawę, a nie stosunek do siebie, jeśli nasze uczucia są niepodważalne, ale mamy różne pomysły i rozwiązania, wtedy powiemy sobie o rzeczach, o których dotychczas nie mówiliśmy.

Ludzie, którzy lękają się, że będą sami, nie potrafią się tak kłócić.
– Oni boją się kłócić, nie potrafią stawiać granic. Im się wydaje, że każda konfrontacja jest przegraną. Jednym z przyjemniejszych momentów w terapii jest ten, gdy np. takie powojowate, zależne kobiety zaczynają stawiać granice swoim mężczyznom. I widzą, że partnerzy nie odchodzą od nich. Przeciwnie, zaczynają je cenić. Te kobiety przekonują się, że mają takie cechy, które są ważne. I rosną im skrzydła.

Kobietom trudno się pokłócić, a z czym mężczyźni mają kłopot?
– Mężczyznom najtrudniej jest okazać słabość i bezradność. Przyznają się ewentualnie do tego, że ich głowa boli. A jak żona próbuje dociekać, co się za tym kryje, to się obrażają albo wybuchają. Choć zarazem chcą być zaakceptowani ze swoją słabością i bezradnością. Ale tak się nie może stać, dopóki sami nie zaakceptują, że są w nich takie uczucia. Wtedy im z kolei zaczynają rosnąć skrzydła...

Powiedział Pan, że dojrzałe kobiety wybierają dojrzałych mężczyzn, a dojrzali mężczyźni – dojrzałe kobiety. O jaką dojrzałość chodzi?
– Dojrzałość kojarzy mi się z dialogowością, czyli gotowością do poznawania siebie i innych, do podejmowania ryzyka. Wtedy coraz mniej mamy takich obszarów – w sobie i w relacji z partnerem – z którymi nie potrafimy nawiązać kontaktu. Wiele osób myli dialog z głosem okrutnego wewnętrznego krytyka, który ciągle poucza i karze. Do...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy