Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

RÓŻNORODNOŚĆ I POGWAŁCENIE

71

Ceramika jest językiem prehistorycznym. W 2000 roku stworzyłem pracę – kawałeczek gliny, na którym jest napisane: „Autentyczny kawałek gliny z końca XX wieku”. On przetrzyma czas i będzie dokumentem dla przyszłych archeologów. Marek Cecuła jest artystą plastykiem, związanym z nurtem odrodzenia rzemiosła (Craft Revival). Zajmuje się ceramiką. Urodził się w Kielcach. 16 lat mieszkał w Izraelu, kilka lat w komunie w Brazylii. Od ponad 25 lat jest dziekanem wydziału ceramiki w Parsons School of Design w Nowym Jorku. Wykłada także w Norwegii. Jest kuratorem biennale w Izraelu.

Dorota Krzemionka-Brózda, Michał Gumowski: Każdy ma dom, miejsce, w którym jest zakorzeniony. Czy Pan ma takie miejsce? Gdzie ono jest?
Marek Cecuła: – Tu jest problem. Wyjechałem z Kielc, gdy miałem 16 lat. Mieszkałem w wielu miejscach: w Izraelu, Brazylii, Stanach. W każdym z nich czułem się u siebie. Ale zaczynam odczuwać chęć powrotu do miejsca, z którego pochodzę. To, co osiągnąłem za granicą, chcę przynieść tu i użytkować jako tutejszą wartość. Dopiero teraz, po wszystkich wycieczkach po świecie, rozpoznaję, czym ten kraj jest dla mnie. I nagle okazuje się, że język polski i kultura, z której pochodzę, mają swoją wartość, siłę. Nie jest mi łatwo powiedzieć, kim się czuję w tej chwili. To zależy od miejsca i czasu. Coraz bardziej czuję się obywatelem Polski, tym bardziej, że jestem tutaj. Kiedy wyjeżdżam za granicę, to jestem też Amerykaninem. Po tylu latach życia w Nowym Jorku czuję się nowojorskim.

– Co to znaczy czuć się nowojorskim?

– To taka energia, która dyktuje tempo, żeby rzeczy robić szybko, nie ma czasu na oczekiwanie. Charakter nowojorski jest trochę arogancki. Trzeba być praktycznym i konkretnym, bo ludzie nie mają czasu na głupstwa. Sadzę, że Nowy Jork jest dobrą szkołą dla kogoś, kto chce coś zdobyć, osiągnąć, zaproponować swoje możliwości. Ale bycie w Nowym Jorku jest bardzo wymagające. Trzeba dopasować się do standardu, który nakazuje, aby robić to, co „najlepsze”, „najwyższe”. Musisz utrzymywać to tempo, ciągle być na górze, bo jak tylko trochę zaśniesz, zapominają o tobie. Więc trzeba uczestniczyć, być widzialnym. I to zaczyna ciążyć. Ludzie przyjeżdżają do Nowego Jorku, żeby coś osiągnąć. Kiedy już to osiągną, zaczynają się zastanawiać, dlaczego tu jestem, co ja tu robię, ile mnie to kosztuje.

– Wyjechał Pan z Polski, gdy miał Pan 16 lat. Dlaczego?

– Poszukiwałem innych możliwości w życiu. To było spontaniczne. Szesnastoletni człowiek nie wyjeżdża sam z walizeczką i pięcioma dolarami w kieszeni, żeby zaczynać życie za granicą. Mało wiedziałem o korzeniach mojej rodziny. W domu nie mówiło się o pochodzeniu. O pogromie w Kielcach dowiedziałem się dopiero w Izraelu. Kiedy to się działo, mama wzięła nas – mnie, siostrę i brata – i pobiegliśmy na pociąg, którym ojciec wracał z Warszawy. Wskoczyła do pociągu, powiedziała do ojca, żeby nie wysiadał, i pojechaliśmy dalej, do Częstochowy. Nie pamiętam tego, bo byłem za mały. Ale to było częścią mojej przeszłości i niosłem ją dalej w przyszłość. W końcu Nowy Jork zamazał te wspomnienia, bo tam stajesz się zafascynowany tym, co się dzieje w tej chwili.

– Czy po wyjeździe do Izraela zaczęły się dokonywać zmiany w Pana tożsamości?

– To był proces rozpoznawania w sobie tej drugiej strony. W Izraelu zacząłem rozumieć, że jestem pochodzenia żydowskiego, i co to właściwie znaczy. Otworzyła się przede mną nowa kultura, jakaś nowa część mnie, o której istnieniu nie wiedziałem. Wchłaniałem to wszystko, byłem ciekawy, czym jest ta mądrość żydowska. To dodało mi dodatkowego wymiaru, który pogłębił i poszerzył całość mojej duszy, myślenia, intelektu. Wyjazd otworzył przede mną wiele możliwości. Byłem wolny, mogłem wybrać sobie działalność. Twórczość daje mi bezpieczeństwo, bo mogę coś zrobić sam, i dzięki temu czuję swoją wartość.

– Czy nie odczuwał Pan konfliktu? To było jak narodziny kogoś nowego. A narodziny bywają bolesne.
– Niekoniecznie. To było raczej wzbogacające niż bolesne. Nie musiałem niczego odrzucać. Nikt ode mnie nie żądał, abym się wyparł czegoś, żeby przyjąć coś innego. To pozwoliło mi dostrzec uniwersalność w religiach. Czytając Talmud, przypominałem sobie lekcje katechizmu w Polsce. Nowe nakładało się na już istniejącą warstwę. Uważam religię za intelektualną siłę, dyktującą pojęcie o świecie i życiu. Kiedy myślałem sobie, jak rabini żyli w Polsce, doszedłem do wniosku, że to była transplantacja. Kultura żydowska działa w ten sposób, jedzenie żydowskie nie jest żydowskie, mieszają się smaki ukraińskie, polskie. W Nowym Jorku sklepy sprzedające najnowocześniejszy sprzęt prowadzą chasydzi z pejsami. Kilka milionów Żydów z Rosji przyjechało do Izraela i to ma wielki wpływ na kulturę. Niedawno na stacji kolejowej zobaczyłem grupę żołnierzy izraelskich. Przeszedłem obok... i usłyszałem rosyjski.

– W Izraelu mieszkał Pan w kibucu. Jak się Pan tam czuł?
– Ponieważ byłem bez rodziców, odpowiadało mi życie w komunie. Mogłem tworzyć, być z ludźmi. Wyrosłem w systemie socjalistycznym, w którym idea wspólnoty była dość zakorzeniona. Kibuc był społeczeństwem dążącym do zrównoważenia różnic ekonomicznych między ludźmi. Mówiło się tu: „Daj, co możesz, weź, co ci potrzeba”. Potem każdy szukał własnego wyjścia. Pojechaliśmy z żoną do Stanów, otworzyłem swoje studio i zacząłem działać osobno.

– Co dało Panu każde z tych miejsc, w których Pan mieszkał?

– Żyjąc w Polsce, czułem się związany z kulturą europejską. Kiedy przeniosłem się do Izraela, nie lubiłem tej mentalności środkowowschodniej. Dla mnie było to płaskie, prymitywne, brakowało mi intelektualizmu, który był w Polsce. Potem, kiedy w Nowym Jorku pokazałem swoje prace, mówiono: „To taki europejski styl”. Zacząłem się zastanawiać, co to naprawdę znaczy. I nagle zrozumiałem, że coś jednak zostaje w nas z kultury, w której dorastaliśmy. W Izraelu kształtowałem siebie jako artystę i jako obywatela świata. Ponieważ w kibucu byli ludzie z różnych zakątków świata, łatwiej mi było później odnaleźć się w Nowym Jorku. Wcześniej mieszkałem w Waszyngtonie i czułem się tam okropnie. Wszyscy mówili i wyglądali jednakowo. W Nowym Jorku od razu poczułem się na miejscu, bo byłem związany z ludźmi różnych ras, z różnych krajów i kultur. To miasto przyp...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy