Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

15 marca 2016

Przydatność daje siłę

38

Każdy, kto ma niską samoocenę, nie wierzy we własne siły i w sens swoich działań, powinien znaleźć coś, choćby drobną rzecz, w której czuje się dobry - mówi MAGDA UMER.

MAGDA UMER – poetka, pieśniarka, dziennikarka, polonistka, reżyserka, scenarzystka, aktorka i autorka recitali. Mieszka z mężem Andrzejem w Pęcicach Małych koło Warszawy. Ma dwóch synów – Mateusza i Franciszka.

JOLANTA BIAŁEK: – Taka osoba jak Pani, znana i uwielbiana przez publiczność, pewnie ma ugruntowane poczucie własnej wartości?
MAGDA UMER: – Bywa różnie. Czasami rzeczywiście czuję, że nie zmarnowałam życia, że zrobiłam i robię coś, co pomaga ludziom. Mam tego dowody na każdym kroku. Ale czasami wydaje mi się, że to mi się tylko wydaje, że to co robię, tak naprawdę niewiele jest
warte, nikomu niepotrzebne i wpadam wtedy w chorobliwy brak wiary w siebie i swoje możliwości. Z trzeciej jednak strony myślę, że może to dobrze, bo nie grozi mi uderzenie wody sodowej do głowy.

Daje Pani koncerty, gra w teatrze, występuje w telewizji, radiu, jest Pani pieśniarką, aktorką, reżyserką, zajmuje się Pani wieloma sprawami, pracuje Pani z najwybitniejszymi polskimi artystami. Nieśmiałość jest Pani chyba obca?
– Obca mi nie jest. Bywa, że jestem zaszokowana własną śmiałością, a kiedy indziej nieśmiałość sprawia, że kroku nie mogę zrobić. Najgorsze jest to, że na swoje nieszczęście nie potrafię przewidzieć, kiedy jaka będę. Dlatego nie mogę się uzbroić. Czasami zwykła wizyta na poczcie staje się najstraszniejszą przygodą. I momenty przed wyjściem na scenę – co jest paradoksalne, bo wychodzę już tyle lat. Wiem też, że gdy już wyjdę, to daję ludziom ukojenie i spokój. Ale sama, tuż przed wyjściem, składam się z obezwładniającego lęku. Wiem już, że muszę to przeczekać, że w moim organizmie zajdzie taki niebywały proces i lęk odejdzie, ale właściwie dopiero ludzie mi pomagają. Za każdym razem ratuje mnie dobra energia płynąca od ludzi, czuję te dobre prądy, czuję, że mogę się pomylić, przewrócić, a oni mnie – w takim metaforycznym sensie – podniosą.

Publiczność Panią napędza?
– Publiczność mnie peszy i krępuje. Po występie oczywiście jestem zadowolona, że coś takiego się stało. Potem jednak musi nastąpić długi czas, w którym nabieram siły na ponowne spotkanie. Jednak były też w moim życiu długie okresy, w których lęk nie pozwalał mi występować.

Skąd więc ten lęk?
– Nie wiem. To jest lęk irracjonalny. To nie jest reakcja na sytuację, a w każdym razie nie do końca. Potrafię sobie zracjonalizować sytuację i to wszystko wiem na poziomie rozumienia, a jednak lęk nadchodzi i obezwładnia. Odczuwając lęk, nie wiem, czego się boję. I tylko czekam, modląc się, żeby to minęło. I mija. Na szczęście. Czasami to trwa dłużej, czasami krócej, ale mija. To jest syndrom „ni stąd, ni zowąd”. Nagle zdaję sobie sprawę, że coś jest nie tak. Człowiek jest kulą związków chemicznych i pewnie w tym momencie brakuje mi serotoniny, dopaminy czy innych endorfin. Ale ja jestem osobą na tyle niemądrą, że bardziej wierzę w metafizykę niż w fizykę. I tak już będzie do końca. Choćby to nie wiem jak śmieszyło neurofizjologów czy inżynierów.

Czy ten lęk wraz z doświadczeniem maleje?
– To jest kolejny paradoks – bo nie maleje. Stojąc na scenie, czuję się obnażona, nie mogę się schować za żadne aktorstwo – to wymaga odwagi. I ciągle jeszcze mam wątpliwości, czy potrafię śpiewać, czy to ma sens, czy to co piszę, co śpiewam ma jakąś wartość.

Mimo tych wątpliwości wychodzi Pani na scenę i czaruje swoją publiczność...
– Bo jestem odpowiedzialna. Jeżeli ludzie przychodzą na koncerty, kupują płyty – chce im się, to przecież ja nie mogę ich zawieść. Najważniejsze na świecie jest poczucie bycia potrzebnym. A ja czuję się potrzebna i to nie tylko osobom z mojego pokolenia, ale też ludziom młodym. To jest ogromne szczęście być dla
kogoś lekarstwem, nie chemicznym w dodatku. Nie pozwalam ludziom myśleć i mówić o okropnych rzeczach, staram się robić coś, żeby się uśmiechnęli. Chcę im dać siłę, sama jej nie mając – nie wiem, jak to się dzieje. Ludzie, z którymi się stykam, nawet nie przypuszczają, że czasem bywa mi tak trudno samej ze sobą. Umiem swojego lęku nie przekazywać, nie zarażać innych, ale w ten sposób też chronię siebie. I to jest moja ciężka praca. Rozpoczęłam ją, gdy urodziłam dzieci. Wiedziałam, że nie mogę zarazić ich lękiem, bo będą nieszczęśliwe w życiu. I bardzo się staram nie przekazywać złej energii. Znajduję ratunek właśnie w tym, co robię: w pisaniu, śpiewaniu. Wiem, że moim zadaniem jest dawanie ludziom siły i radości. Już ponad cztery lata piszemy bloga z Andrzejem Poniedzielskim i ciągle próbujemy czytelników roz[-]chmurzyć. Ludzie tego chcą i to im dajemy. Poczucie humoru ratuje także nas oboje przed wrodzonym smutkiem. Nie znoszę rechotu, błazenady, ale uwielbiam ludzi pogodnych, wesołych. Poczucie humoru jest cechą ludzi smutnych z natury, to jest ostatnia deska ratunku. Gdybym tego nie miała, to pewnie już by mnie nie było. Często śmieję się sama z siebie. Gdy nie daję już rady sama ze sobą, wtedy się głaszczę i mówię: nie jest tak źle, inni mają gorze...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy