Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

17 czerwca 2019

Być tym, kim można być

49

W coraz bardziej niepewnym świecie coraz częściej gonimy za pewnością siebie. A im bardziej chcemy ją zyskać, tym częściej czujemy się niepewni. Wątpimy... Tylko czy można wątpić w siebie? Czego i dlaczego jesteśmy pewni? Jaką cenę za to płacimy? Kiedy lepiej wątpić?

 

 

Prym w rankingu popularności różnych ludzkich dyspozycji wiedzie „pewność siebie”. Wpisując to hasło w Google, otrzymujemy blisko 9 milionów wyników. A jeśli dodać bliskie mu pojęcia, jak „przekonanie o własnej skuteczności” (milion rezultatów) i „samoocena” (pół miliona), to mamy najlepszy dowód, jak wiele osób poszukuje wiedzy na temat pewności siebie, a może raczej sposobu, by ją zyskać. Szukają wskazówek w internecie, kupują poradniki typu „jak w 30 dni stracić wątpliwości i zyskać pewność siebie”. A jeśli to nie pomaga, zgłaszają się po pomoc do psychoterapeutów.
Dlaczego? Skąd ta pogoń za pewnością siebie? Czy brakuje nam jej, bo świat się coraz bardziej komplikuje? Może tracimy ją w konfrontacji z medialnymi wizerunkami ludzi zawsze pewnych i gotowych? A może mało wiemy o sobie, często nie rozumiemy samych siebie, skąd zatem moglibyśmy czerpać pewność?

Od Carnegie Hall do Titanica
Adam Maksymow, przedsiębiorca prowadzący ośrodek wypoczynkowy w Jarnołtówku, w województwie opolskim, zapewnia w wywiadzie dla „Gazety Krakowskiej”, że widział UFO. Z jego relacji wynika, że był to ciemny obiekt, emitujący niebieskie, fluorescencyjne światło i dźwięk, jaki wydaje rój pszczół zamknięty w słoju. Po tym spotkaniu jest przekonany, że istnieją pozaziemskie cywilizacje. Ale wróćmy na ziemię. „Boska Florence” to oparta na faktach historia Florence Foster Jenkins (w tej roli Meryl Streep), kobiety, która mimo „drewnianego ucha” i braku talentu wokalnego postanowiła zostać śpiewaczką operową. Odziedziczona po ojcu bankierze fortuna i pewność siebie pozwoliły jej rozwinąć skrzydła – dosłownie, bo jeden z jej scenicznych strojów przyozdobiony był imponującymi skrzydłami.

Mało tego, w wieku 76 lat zaśpiewała w Carnegie Hall – miejscu, o którym marzy każda śpiewaczka i śpiewak operowy. Po występie krytycy nie zostawili na niej suchej nitki. Nie miało to dla Florence znaczenia, bo kiedy zaczynała śpiewać, zapominała o wszystkim. Jak sama stwierdziła: „Niektórzy mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam”.

W filmie „Oto jest głowa zdrajcy”, w reżyserii Freda Zinnemanna, towarzyszymy angielskiemu myślicielowi Tomaszowi Morusowi w ostatnich latach jego życia, gdy nie poparł Henryka VIII w staraniach o porzucenie królowej Katarzyny i poślubienie Anny Boleyn. W efekcie Morus zrzekł się urzędu kanclerza i wycofał z życia publicznego. Za swoją postawę otrzymał najsurowszą karę – został ścięty, a jego głowa przez miesiąc była zatknięta na Moście Londyńskim. Podczas procesu nikomu nie udało się zachwiać jego pewnością siebie ani złamać go. Prezentował zdumiewające opanowanie, charakterystyczne dla osób, które mimo nieprzychylnych okoliczności znajdują oparcie w sobie.

Jeśli przyjrzymy się tym przykładom, dostrzeżemy, że mamy do czynienia z różnymi przejawami, a nawet typami pewności siebie: po pierwsze, z pewnością własnych sądów (Adam Maksymow jest pewny, że naprawdę widział UFO), po drugie, z pewnością swych umiejętności (Florence Jenkins była pewna, że potrafi śpiewać) oraz, po trzecie, z poczuciem wewnętrznej mocy (Tomasz Morus znalazł oparcie w sobie). Są one współzależne, ale odrębne. A każdy z nich pomaga nam radzić sobie z wyzwaniami w życiu. Dobrze jest być pewnym siebie.

Z drugiej strony można podać mnóstwo przykładów, gdy nadmierna pewność siebie okazała się zgubna. Symbolem jest tu niewątpliwie pierwszy i ostatni rejs RMS „Titanic”, który miał być przecież niezatapialny. Dlatego warto być pewnym siebie na tyle, by nam to pomagało, a nie narażało na przegraną. Nie tak dawno przeżywaliśmy pechowy występ na Igrzyskach Olimpijskich w Rio Pawła Fajdka, mistrza świata w rzucie młotem. Był jednym z niewielu „pewniaków” do złotego medalu. A jednak...

Na sto procent mam rację
Chcemy wierzyć, że nasze oceny i opinie są prawidłowe. Często mówimy: „Mam przeczucie graniczące z pewnością”, „Wiem to na sto procent”, „Mogę przysiąc”. Ufamy swoim zmysłom i pamięci; zakładamy, że skoro coś widzimy w jakiś sposób, to właśnie takie jest. A tego, czego nie widzimy, po prostu nie ma. Jak zawodne jest to przekonanie, dowiedli amerykańscy psychologowie Christopher Chabris i Daniel Simons. Uczestnicy ich eksperymentu, którzy oglądali film prezentujący grę w koszykówkę, zupełnie nie dostrzegli postaci przebranej za goryla, która przed 9 sekund stała na środku boiska, waląc się w piersi. Nie widzieli jej, bo… obserwowali zawodników podających sobie piłkę.

Jak mówi psycholog społeczny Daniel Gilbert, gdybyśmy mieli wybrać tylko jedną mądrość psychologiczną, brzmiałaby ona: pamiętaj, nie zawsze jest tak, jak na to wygląda. W spostrzeganiu innych ludzi nie ma czegoś takiego, jak świadec[-]two zmysłów. Są tylko nasze interpretacje, subiektywne i często stronnicze. Skąd więc nasza pewność sądów?

Pewni siebie ludzie zakładają, że prawda jest jedna i właśnie oni mają do niej dostęp. A jeśli ktoś myśli inaczej, to albo jest niespełna rozumu, albo ma jakiś ukryty powód, by tak twierdzić. Postępujemy często zgodnie z ironiczną zasadą sformułowaną przez Sørena Kierkegaarda: „To jest moje zdanie, nikomu go nie narzucam i jednocześnie wypraszam sobie odmienne opinie”. Sądy rozbieżne z naszymi rodzą bowiem dysonans poznawczy, opisany przez Leona Festingera: przykry stan niepewności, który usilnie chcemy zredukować. Skoro, jak zakładamy, jest tylko jedna prawda, to w przypadku różnicy zdań ktoś musi się mylić – i na pewno nie my. W konsekwencji próbujemy swoje zdanie narzucić innym. Wystarczy przyjrzeć się dyskusjom toczonym na forach internetowych, by stwierdzić, że usilnie lansowane wypowiedzi emanują niezachwianą pewnością siebie. Dyktat mocniej ujawnia się w warunkach anonimowości i najczęściej prowadzi do pogłębiania podziałów i kłótni. W tych okolicznościach cichną głosy zmierzające do porozumienia, a ich autorzy czują się trochę jak osoba domagająca się stosowania reguł savoir-vivre’u podczas bójki ulicznej.

Wierze w jedyną prawdę szczególnie hołdują osoby cechujące się dogmatyzmem, czyli tendencją do bezkrytycznego przyjmowania poglądów, na zasadzie ślepej wiary. Nie przeżywają żadnych wątpliwości, bo żyją w czarno-białym świecie. A światłocień jest dla nich źródłem obaw i niepewności. Zapotrzebowanie na subiektywnie pewną wiedzę rośnie też wraz z potrzebą domknięcia poznawczego. Ten motyw sprawia, że ludzie preferują porządek i przewidywalność, a unikają wieloznaczności. Pragną jak najszybciej dojść do pochopnych nawet wniosków, by potem kurczowo się ich trzymać.

Jeśli nie zaślepia nas dogmatyzm i silna potrzeba domknięcia poznawczego, staramy się sprawdzić, czy w danej kwestii mamy rację, czy nie. Odwołujemy się wtedy do procesów metapoznawczych, swoistego umysłowego monitoringu, dzięki któremu oceniamy swoje obserwacje, wspomnienia i wnioski, podobnie jak ocenia się produkty w biznesie. W zależności od naszej wiedzy i doświadczenia ów mentalny kontroler kieruje się odmiennymi kryteriami oceny i różną przypisuje im wagę. Jeśli swoją opinię oprzemy na jednym tylko wymiarze, np. Skoro mówili w telewizji, więc na 100 procent tak jest, nasze poczucie pewności wyrażanych opinii będzie równie wysokie, co nieuzasadnione.

We mgle niepewności
Nadmierna pewność sądów nie szkodzi, jeśli pojawia się w luźnej rozmowie. Gorzej, gdy dotyczy na przykład zeznań świadków w procesach sądowych. Jak wiadomo, nasza pamięć różni się od plików komputerowych, zapewniających nam dostęp do danych dokładnie w takiej formie, w jakiej zostały zapisane. Nasze wspomnienia przypominają raczej wariacje na dany temat niż rzetelny raport. W trakcie opowiadania epizody w pamięci przekształcają się w barwne narracje, z ukrytym w gąszczu słów ziarnem prawdy. Czasem tego ziarna w ogóle nie ma. Elizabeth Loftus, światowej sławy ekspertka w zakresie badania fałszywych wspomnień, opisuje przypadki bardzo poważnych oskarżeń, opartych na zdarzeniach, które nigdy nie miały miejsca. Na przykład pielęgniarka Beth Rutherford w trakcie nieudolnie prowadzonej terapii „przypomniała” sobie, że między ósmym a czternastym rokiem życia była wiele razy gwałcona przez ojca, w efekcie czego dwukrotnie zaszła w ciążę, po czym usunęła płód za pomocą wieszaka. Na szczęście biedak uniknął więzienia, ponieważ badania medyczne wykazały, że Beth… jest dziewicą.

Nie każdy niesłusznie oskarżony ma tyle szczęścia. Czesław Kowalczyk spędził 12 lat w więzieniu, nim okazało się, że jest niewinny. Oskarżono go o zabójstwo, a kluczowym dowodem było zeznanie naocznego świadka. Ten chciał swoje oświadczenie odwołać, ale mu nie pozwolono. Być może nowa wersja zdarzeń podważała opcję, którą prokurator już argumentował z… dużą pewnością.

Czasem lepiej jest wątpić niż „brnąć w zaparte”. Kilkanaście lat temu z Piotrem Francuzem sprawdzaliśmy pamięć treści telewizyjnych programów informacyjnych. Badani oglądali newsy, a potem odpowiadali, czy dany fakt był pokazany, czy nie. Dodatkowo pytaliśmy ich, jak bardzo są pewni odpowiedzi. Okazało się, że przy błędnych ocenach byli mniej pewni niż przy prawidłowych. Doświadczali więc niepewności, ale sygnał ten nie był na tyle mocny, by zmienili swoją odpowiedź. Gdybyśmy nie dali im okazji do wyrażenia wątpliwości, uznalibyśmy ich za nieuważnych widzów.

Wędrujemy przez życie we mgle niepewności. Możemy mieć pewność tylko w przypadku problemów dobrze określonych, takich, które mają jedno rozwiązanie (jak równania matematyczne). Większość życiowych trudności to jednak problemy o wielu wariantach rozwiązań (np. jak zaprowadzić pokój na świecie, jak odnieść zawodowy sukces albo wychowywać dziecko). W takich przypadkach im więcej wiedzy, tym mniej pewności. Jej brak jest oznaką roztropności i dobrym prognostykiem życiowej mądrości. Jeśli zaś oddalamy się od Sokratejskiego „wiem, że nic nie wiem”, często wpadamy w sidła licytacji: moja racja jest mojsza niż twojsza.

Ludzie pełni wątpliwości nie powinni dezerterować i oddawać mikrofonów „ich nieomylnościom”. Warto pielęgnować w sobie postawę badacza, który traktuje swoje przekonania jako ledwie hipotezy, a następnie sprawdza dane, najlepiej w wielu źródłach, i na dodatek cieszy się, gdy pod ich wpływem może zmienić swoje mniemania. Dobrze jest przy tym kontrolować wewnętrznego doktrynera, który wierzy w swą nieomylność i odrzuca wszelkie informacje sprzeczne z jego przekonaniami, a osoby myślące inaczej traktuje jak wrogów. Wyrasta on z potrzeby lansowania swoich poglądów, przy pełnej ignorancji zarówno dla aktualnego stanu wiedzy, jak i metodologii poznania naukowego. Paletę nieznoszących sprzeciwu sądów znajdziemy na przykład w obszarze psychobiznesu – jego przedstawiciele są akwizytorami gotowych, pewnych recept na szczęśliwe życie.

Na szczęście można wypracować nawyk krytycznego myślenia i nie ulegać wskazówkom, które określam jako „markery zaufania”. Takim markerem może być na przykład przedrostek „neuro”. Jak dowiodła Deena Weisberg, badaczka z University of Pennsylvania, usypia on naszą czujność i otwiera umysł na różne śmieci. Weisberg ustaliła, że osoby, które nie są ekspertami w dziedzinie psychologii, chętnie akceptują nawet bezsensowne wyjaśnienia różnych zjawisk, o ile zawierają one odniesienia do neuronauki, typu Badania tomograficzne mózgu wskazują, że.... Takich markerów jest więcej. Są nimi informacje podkreślające „eksperckość” mówców (np. tytuły naukowe), popularność osób (prowadzący programy telewizyjne chętnie wypowiadają się na dowolny temat), kraj pochodzenia (Amerykańscy naukowcy dowiedli, że…) czy informacje o rzekomej sprzedaży (nowe piosenki to zwykle hity, a nowości wydawnicze to bestsellery). Szczegółowe informacje na temat „markerów zaufania” można znaleźć w publikacjach z zakresu psychologii perswazji.
Błądzenie jest rzeczą ludzką. Rzadko, jeśli kiedykolwiek, mamy dostęp do pełnego obrazu sytuacji, dlatego dawajmy sobie prawo do poprawy. Praktyka pokazuje, że wystarczy sprostowanie i uczciwe: Przepraszam, myliłam/myliłem się.

Ja nie potrafię!?
We wszystkim, co robimy, ważne jest przekonanie na temat posiadanych umiejętności. Miło mieć pewność, że potrafimy coś zrobić i osiągnąć sukces. Ona nas zachęca do działania. Bywa jednak równie silna, co nieuzasadniona. Życie najczęściej ją weryfikuje – wielu upadło z piętra zbytniej pewności siebie. Inni zaś tkwią w piwnicy braku wiary w siebie, marnując kolejne życiowe szanse. I choć ten czy ów podpowiada: Spróbuj, dasz radę, to przekonanie o braku kwalifikacji jest silniejsze. Nie i już!

Pewność siebie odnosząca się do umiejętności przypomina przekonanie o własnej skuteczności (termin wprowadzony przez Alberta Bandurę). Jest ono przeświadczeniem, że potrafimy coś zrobić, że „damy radę” i osiągniemy cel. Według Bandury obejmuje pozytywną ocenę swych kompetencji oraz siłę tego przekonania, czyli właśnie pewność siebie. Szerszą perspektywę zaproponował Alexander Stajkovic z University of Wisconsin-Madison. Uważa on, że oprócz przekonania o własnej skuteczności na pewność siebie składają się również nadzieja, optymizm i rezyliencja, czyli zdolność powracania do pionu po trudnych, a nawet traumatycznych wydarzeniach. Według Stajkovica pewność siebie wraz z umiejętnościami oraz pragnieniami jest spustem wyzwalającym nasze działanie. Bez niej ani rusz.

Ciekawych danych dostarczają psychologowie zajmujący się badaniem zachowań zakupowych. Łączą oni pewność siebie konsumenta z konkretnymi umiejętnościami, takimi jak pewność podejmowania decyzji i przekonanie, że potrafię obronić się przed presją ze strony sprzedawcy. Pewny siebie konsument potrafi znaleźć potrzebne informacje i wybrać spośród dostępnych propozycji te, które zaspokajają jego potrzeby, a oprócz tego umie rozpoznać marketingowe strategie wywie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy