Dołącz do czytelników
Brak wyników

Laboratorium

29 czerwca 2020

NR 6 (Czerwiec 2017)

Powrót z kukułczego gniazda

100

Izolujemy chorych psychicznie, nawet gdy są już po leczeniu. Dzieje się tak z lęku i braku empatii, a także z obawy przed cudzym cierpieniem. 
 

Krystyna Rożnowska: Historia psychiatrii przypomina raczej dzieje kryminalistyki niż medycyny. Skąd w ludziach tyle okrucieństwa wobec chorych psychicznie? 

POLECAMY

Jacek Bomba: Istnieje wiele tego przyczyn. Jedną z najważniejszych, o której pisał prof. Antoni Kępiński, jest lęk, jaki chorzy psychicznie budzą swoją odmiennością. Często zachowują się niekonwencjonalnie, bywają więc odbierani jako niebezpieczni. Co więcej, ich inność hamuje empatię, stąd trudno nam współodczuwać z nimi. Od lęku zaś już tylko krok do agresji. Do tego dochodzą czynniki społeczne – chorzy wymagają opieki, często przysparzają problemów. Chrześcijańskie miłosierdzie nakazuje zaopiekować się nimi, a nie zawsze jest to możliwe. Oddanie ich do szpitala rodzi w wielu osobach poczucie winy, które trzeba jakoś usprawiedliwić, przerzucić na kogoś winę... najczęściej właśnie na chorych.

Zaburzenia psychiczne towarzyszą ludziom od zawsze...

Ale koncepcja choroby psychicznej jest stosunkowo nowa. Wcześniej psychikę wiązano z duszą, a dusza nie może chorować. Zaburzenia psychiczne traktowano więc jako interwencję nadprzyrodzonych sił – nawiedzenia lub opętania, zaś opętanie przez Złego uważano za skutek grzechu. Były też czasy, gdy chorych psychicznie uznawano za bliższych Bogu – wtedy cieszyli się uznaniem. 

W zachowaniach tych ludzi nie dostrzegano przejawów choroby. Kiedy to się zmieniło?

Początek nowożytnej psychiatrii wiąże się z racjonalizmem i przypada na XVIII wiek. Wtedy zaburzenia psychiczne zaczęto nazywać chorobą umysłową, przyjmując, że to skutek utraty rozumu. Jako dyscyplina medyczna psychiatria pojawiła się dopiero w XIX wieku. Uważano, że głównym kryterium choroby psychicznej jest utrata krytycyzmu, prowadząca do braku świadomości choroby. 

Pierwsze próby leczenia choroby psychicznej bywały bardziej dotkliwe niż ona sama. Choćby lobotomia, wykonywana jeszcze w połowie XX wieku – przez oczodół wbijano w mózg szpikulec, by przeciąć włókna łączące płaty czołowe z międzymózgowiem. Powodowało to nieodwracalną utratę samoświadomości. Grozę budziły też elektrowstrząsy.... 

Myśli pani, że stosowanie tych metod było wyrazem agresji wobec chorych? Oczywiście, mogą się trafić wśród personelu osoby, które na bezbronnych chorych rozładowują swą agresję. Ale wspomniane zabiegi miały uzasadnienie w teorii. Na przykład elektrowstrząsy wprowadzono, by wywołać duży napad padaczkowy, bo posiadano wówczas dowody, że jeśli ktoś choruje na padaczkę, to nie grozi mu schizofrenia, gdyż napad padaczkowy rozładowuje napięcie. Być może za ileś lat metody, które teraz stosujemy, także zostaną krytycznie ocenione. Zresztą elektrowstrząsy wykonuje się – przy pełnym znieczuleniu – do dziś i okazują się skuteczne, zwłaszcza w pewnych opornych na leki stanach depresji. Również psychochirurgia, a właściwie neurochirurgia, jest stosowana w pewnych zaburzeniach, które nie poddają się ani farmakoterapii, ani psychoterapii. 

Uwolnić z kajdan

Losy chorych psychicznie przez wieki były pasmem cierpień, spowodowanych nie tylko przez chorobę, ale także zadawanych im przez innych ludzi. 

Wymierzano im chłosty, wypalano piętna, pławiono w wodzie, palono na stosie, wreszcie zamykano, by uwolnić się od ich widoku. Trzymano ich w strasznych warunkach, w klatkach, w komórkach, w przepełnionych, zimnych pomieszczeniach, brudnych, zaszczurzonych, gdzie wiązano ich, a niekiedy przykuwano do posadzki. Taka była przez wieki codzienność pacjentów szpitali psychiatrycznych. Pierwszy z nich, Bethlem Royal, powstał w XIII wieku w Londynie. Aż do końca XIX wieku szpitale dla „wariatów” czy „obłąkanych” – jak wówczas nazywano chorych psychicznie – przypominały raczej cele więzienne. 

Choć niekiedy i w tamtych czasach przebijały się inne głosy. W XIV wieku napisano, że czarownic nie powinno się palić na stosie, bo są to osoby chore i wymagają leczenia. Za ojca nowoczesnej psychiatrii uważa się francuskiego lekarza Philippe'a Pinela, który w czasie rewolucji francuskiej „uwalniał chorych psychicznie z kajdan” – dosłownie, a także likwidował ówczesne zakłady przymusowego pobytu. Powoływał się na prawa każdego człowieka do życia w wolności i decydowania o swoim losie.

 

W Szpitalu Psychiatrycznym im. Babińskiego w Krakowie poznałam panią Janinę Srokę, emerytowaną pielęgniarkę pracującą tam od przedwojnia. Opowiadała, że pacjentów z zaburzeniami psychicznymi na tle kiły najpierw zakażano malarią. Po co?

Chodziło o spowodowanie wysokiej gorączki, która miała zabijać krętki blade wywołujące kiłę – wtedy nie było na nie innego sposobu. Dopiero gdy wynaleziono penicylinę, okazało się, że leczy ona nie tylko infekcję kiłową, ale też choroby umysłowe występujące w zaawansowanym stadium kiły. 

Pani Sroka wspominała, że chorych poddawano też wstrząsom insulinowym. Dlaczego?

Uważano, że kiedy w organizmie obniży się poziom cukru, który stanowi pokarm dla mózgu, a potem nagle się go dostarczy, to unormuje się pracę mózgu. Kiedy zaczynałem pracę w zawodzie, była to standardowa metoda leczenia osób chorujących na schizofrenię. Jeszcze w końcu XX wieku doc. Marcin Olajossy z Lublina dowodził, że leczenie insulinowe daje korzystne efekty w schizofrenii, jeśli zostanie wprowadzone w ciągu pół roku od momentu pojawienia się choroby. 

Te niezwykłe metody terapii świadczą chyba o bezradności psychiatrów... 

Istnieje wiele różnych chorób psychicznych. Stopniowo je rozpoznajemy i leczymy, ale nadal nie znamy ich przyczyn. Wyjątkiem są zaburzenia przemiany materii prowadzące do upośledzenia umysłowego i zaburzenia będące następstwem kiły. Okazuje się, że dziewiętnastowieczny pogląd, iż każda choroba ma swoją przyczynę, nie zyskuje potwierdzenia. 

Chociaż coraz więcej wiemy o budowie mózgu, nadal nie znamy przyczyn chorób psychicznych?

Nie, bo każda choroba psychiczna ma wiele przyczyn. Pojawia się w wyniku konstelacji genów, ale też swoistych warunków, w jakich przebiega zaprogramowany przez geny rozwój, a także różnych jego zakłóceń i urazów. W leczeniu farmakologicznym dokonujemy jedynie korekty funkcjonowania mózgu. 

Jednak farmakologia zmieniła obraz psychiatrii. Kiedy zaczęto stosować leki psychotropowe?

Już w latach międzywojennych, głównie barbiturany i opiaty. Wiadomo było, że jedne i drugie redukują lęk i wywołują sen. Stosowano też alkaloid – skopolaminę, która również działa na receptory mózgowe i powoduje intensywne uspokojenie. Nazywana była farmakologicznym kaftanem bezpieczeństwa. Stosując te specyfiki, trzeba było wyważyć, ile ich podać, by uzyskać oczekiwany efekt.  

Postęp w leczeniu przyniósł Fenactil. Początkowo leczeni nim chorzy byli wypisywani do domu w dobrym stanie. Z czasem jednak wracali, lek przestawał działać. Leczenie to nazwano „psychiatrią drzwi obrotowych”. 

Wprowadzenie w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku leków usuwających objawy psychozy doprowadziło do radykalnej zmiany w psychiatrii. Pierwszy lek, Largactil, w Polsce zwany Fenactilem, dał początek psychofarmakologii. Został odkryty w latach czterdziestych w Paryżu, i to przypadkiem. Szukano środka uspokajającego, który by pozwolił na operowanie przy zastosowaniu mniejszej ilości eteru. Znaleziono taki specyfik – właśnie Largactil, nazwany wielkim uspokajaczem. Podano go przed zabiegiem choremu będącemu w psychozie. Po operacji okazało się, że objawy psychozy minęły. Starano się wyjaśnić, w jaki sposób lek działa, co spowodowało rozwój nauki o neurotransmisji. Wiedziano...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy