Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Portret rodziny we wnętrzu

75

Skarbu ukrytego w rodzinie - w rodzinnych zdjęciach, opowieściach dziadków, pożółkłych zaproszeniach na ślub - poszukuje Ryszard Praszkier.

Ryszard Praszkier jest specjalistą pierwszego stopnia psychologii klinicznej i psychoterapeutą, superwizorem Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Pracuje dla międzynarodowego stowarzyszenia Ashoka, które promuje innowatorów i przedsiębiorców społecznych. Jest autorem książki „Zmieniać nie zmieniając. Ekologia problemów rodzinnych”, jednej z pierwszych polskich publikacji o systemowej terapii rodzin. Swoje podejście nazywa „etno-neuro-choreo-terapią”.

Dorota Krzemionka: – Aby zrozumieć człowieka, psychologowie wcześniej czy później sięgają do jego rodziny. Książka Virginii Satir nosi tytuł „Rodzina. Tu rodzi się człowiek”. Co się rodzi w człowieku dzięki rodzinie?
Ryszard Praszkier:
– Rodzina istniała tysiące lat przed nastaniem psychoterapii. Była jedynym sposobem, żeby zapewnić redukcję lęku, a świat był wówczas pełen zagrożeń. Tak jest i dziś, tylko zagrożenia są inne. W rodzinie rozwija się poczucie tożsamości. Jeśli go brakuje lub jest zachwiane, pojawiają się patologie. Dowodzą tego badania społeczności emigranckich i młodzieży dysfunkcyjnej. Aby to poczucie tożsamości uzyskać, potrzebna jest ciągłość obrazu siebie. Potrzebne są także potwierdzenie tego obrazu w oczach innych oraz zespół możliwych do odegrania przez siebie ról. Dawniej te role były dość sztywne, jasno określone i jednoznaczne. Człowiek wiedział, jakie jest jego miejsce, i całe swoje myślenie i rozumienie siebie dostosowywał do tej wyznaczonej roli.

– To się zmieniło. Mówi się, że został przerwany przekaz pokoleń. Nie ma mistrzów, bo nie mają czego przekazać, ich wiedza przestaje być użyteczna. W jaki sposób dotyka to rodziny?
– W podejściu etnograficznym rodzina była miejscem istnienia wielu różnych symboli, tabu, wierzeń, zakazów i nakazów. Symbole kształtowały duchowość ludzi, ich działania, przyszłe losy. Czy rola tych symboli znikła? W Ugandzie symbolem stabilności rodzinnej jest posiadanie wielu krów. Masajowie ich nie sprzedają, bo krowa to symbol bezpieczeństwa. Nie prowadzą upraw, ponieważ zabraliby krowom pastwiska. Żyją w symbiozie z krowami – gdy jest susza, to nacinają im lekko szyję i wypuszczają trochę krwi, którą piją z wodą. W USA, gdzie jest społeczeństwo wieloetniczne, przy problemach rodzinnych zespół terapeutyczny często zastanawia się nad wierzeniami i rytuałami, które mogą być pomocne w terapii. Widziałem terapię rodziny z chłopcem, który wagarował. Rodzice wzajemnie się o to obwiniali i kłócili. Terapeuci nie mogli sobie poradzić. W pewnym momencie jeden powiedział: „To rodzina żydowska, głęboko wierząca, zastanówmy się, co z tego wynika”. Otóż tam jest taki rytuał, że jak coś przestaje być koszerne, to się to zakopuje w ziemi pod drzewem, i następnego dnia staje się koszerne. Terapeuci poprosili rodziców chłopca, żeby spisali swoje pretensje do siebie, a potem zakopali te kartki. Następnego dnia problemy ustąpiły. Widocznie ten rytuał działał podświadomie z pokolenia na pokolenie. Popełniamy błąd, jeżeli patrzymy na rodzinę w przekroju synchronicznym, w danym momencie. Gdy widzimy jedynie aktualną strukturę i aktualne relacje. Równie ważne jest spojrzenie dynamiczne, mówiące o zmianach wraz z upływem czasu, w ciągu życia obecnego pokolenia i wielu poprzednich.

– Zabory Polacy przetrwali dzięki tradycjom przechowywanym w rodzinie. Nawet jak ojcowie byli nieobecni, bo zginęli, matki o nich opowiadały. Potem przyszedł PRL i podlegaliśmy wpływom obcych, teraz znów obowiązują inne wzorce...
– W książce „Ethnicity and Family Therapy”, wydanej w latach siedemdziesiątych, opisano różne amerykańskie grupy etniczne podczas terapii. Okazuje się, że narodowość żydowska najchętniej poddaje się terapii, współpracuje, jest nastawiona na zmianę siebie i akceptuje eksperta z zewnątrz. Natomiast Polacy należą do najbardziej zamkniętych narodowości, bo żaden obcy nie będzie się nam szarogęsił. My swoje wiemy i sami sobie poradzimy. Rzeczywiście przez pokolenia trzymaliśmy się w zamkniętym kręgu rodziny spójnej i zamkniętej, bo na zewnątrz istniało zagrożenie. Rodzina była podstawową jednostką oporu społecznego. Okopanie się w rodzinie pozwalało przetrwać, zachować wartości, religię, kulturę. Z pokolenia na pokolenie przekazywało się pragnienie i możliwość wywalczenia niepodległości. A gdy to się stało, kult dziadków przestał być tak potrzebny. Nastąpiła wymiana symboli.

– Czy przez tę zmianę nie tracimy czegoś?
– Dla mnie istotne jest to, co trwałe, a nie to, co zmienne. Dziś młodzi terapeuci idą do pacjentów jako agenci zmiany: oto jest źle, a oni zrobią tak, że będzie dobrze. Ja jestem agentem stabilizacji, utrzymania status quo. Byłbym za tym, żeby nie patrzeć na rodzinę jako na siedlisko różnych zagrożeń, patologii, ale jako na miejsce, w którym istnieje dobro. Czasami jest ono ukryte, trzeba się nieźle napocić, żeby je wydobyć. Nie mówię oczywiście o rodzinach patologicznych. Mówię o takich, w których są napięcia, kryzysy i łzy. Koncepcja Susan Forward, autorki książki „Toksyczni rodzice”, wyrządziła wiele złego. Są jej ofiary. Ludzie uznali, że są toksyczni, przez nich dzieci są chore, więc muszą się leczyć. Nie zgadzam się z tą huraterapeutyczną optyką. Rodziny powinny być zostawione sobie. Jedyne, co można, to pomóc im w poszukiwaniu ukrytego skarbu. Powiedzmy, że jest ci źle, bo ojciec dominuje, nie daje rozwinąć skrzydeł, podcina wszystkie inicjatywy, i myślisz o nim źle. Zamiast iść na trening dotyczący tego, jak dawać sobie radę i odzyskać autonomię, spytaj lepiej, gdzie jest ukryty skarb, gdzie jest ta wartość, bo przecież przez tego ojca przemawia kilka poprzednich pokoleń. Popatrz na to nie jako na przekaz negatywny – że ojciec chce cię zniszczyć i stłamsić. Być może jest tu ukryty jakiś ważny przekaz, może gdzieś w poprzednim pokoleniu był jakiś lęk, że łatwo da się człowieka zniszczyć, że jeżeli nie jesteś silny, to konkurencja cię zje. Niewykluczone, że ten lęk ma odbicie w historii rodzinnej. Może jakiś wujek zbankrutował i popełnił samobójstwo, a ojciec chce cię uzbroić, dać ci moc. Może ten przekaz pozytywnie zadziała w twoich relacjach z ludźmi czy z twoimi dziećmi. I nawet buntując się, jesteś nośnikiem jakiejś ważnej prawdy. Jakiej?

[nowa_strona] – Ale bez względu na to, skąd wywodzi się nastawienie ojca, synowi jest ciężko w życiu...
– Przecież nikt nie powiedział, że zawsze ma być szczęśliwy. Nie zgadzam się z warsztatami pod hasłem „w poszukiwaniu szczęścia”. Uczenie ludzi, że najważniejsze jest dogadzanie sobie, prowadzi do egocentryzacji. Kultowe staje się „ja”, moje ciało, moja przyjemność. Koncentracja na sobie zakłóca relacje między ludźmi. Nie żyjemy po to, żeby nam było lekko. Ja nie obiecuję, że będzie lżej. Obiecuję więcej mądrości, harmonii, zrozumienia siebie, rodziców, pokoleń, rodu i narodu.

– Rodzina daje możliwość redukcji lęku, tożsamość. Co jeszcze?
– Rodzi się w niej miłość, zdolność do miłości, umiejętność życia w grupie. Także zdolność do poświęceń, do empatii, pozyskiwania pozycji. Nawet jeżeli sądzimy, że od rodziny czegoś nie otrzymaliśmy, to zwykle się mylimy. Młody człowiek ma wrażenie, że nie jest kochany. I nagle matka na łożu śmierci mówi mu: „Ja wiem, że nie dałam ci nic dobrego”. Ten przekaz pozwala temu człowiekowi zrozumieć, że matka widziała o tym, iż nie daje mu tego, co by chciała. Ale po prostu nie umiała, borykała się z jakimś ciężarem. Zamiast hodować w sobie różne resentymenty, frustracje, napięcia, agresje, warto dokonać takiej podróży „archo-etno-psychologicznej”, w głąb swojej rodziny, poszukać, skąd się ten ciężar wziął. Bo być może ta nieumiejętność ekspresji zabezpieczała przed czymś gorszym.

– Ludzie często skłonni są wyjaśniać swoje porażki tym, że nie dostali czegoś od rodziny...
– Każdy buduje sobie taką księgę zażaleń. Naturalną potrzebą jest ujarzmianie świata przez jego wyjaśnianie, a więc przez atrybucję. Tworzymy więc prywatne teorie, wyjaśnienia i chcemy, by były one spójne. A tworząc je, próbujemy podtrzymać obraz siebie i świata. Jeżeli zalążkiem obrazu jest jakaś frustracja, to wszystko się wokół niej buduje. U każdej z osób w rodzinie te księgi są inaczej napisane i każda z nich ma silną motywację, żeby bronić swojej wizji. W związku z tym nie mogą się porozumieć. Salvador Minuchin proponuje terapię, która polega nie na tym, by zmieniać emocje czy zachowania, lecz na tym, by zmieniać te księgi. Mówi wprost: przyszliście z dramatycznymi historiami, ale my się tym nie będziemy zajmować. My będziemy zmieniać wasze księgi. Aż wyjdziecie z zupełnie nowymi. To było rewolucyjne podejście, zgodnie z którym nie t...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy