Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Pogoda na smutek

96

Od czasu do czasu nachodzi nas smutek. Nie wiadomo skąd i dlaczego. Taki smutek bywa dobry, bo daje nam siłę, by się zatrzymać, pomyśleć, pozwala dojść do ładu ze sobą. Gorzej, gdy zaczynamy z nim walczyć, biczujemy się z jego powodu, gdy prześladujemy się myślami. To najlepszy sposób, by zatonąć w rozpaczy. O dobrych stronach smutku i sposobie na wyciszenie się z psychoterapeutką Mileną Karlińską rozmawia Dorota Krzemionka.

Dorota Krzemionka: Nachodzi mnie czasami taki smutek, nie wiadomo skąd. Jak Pani myśli, dlaczego?
Milena Karlińska: – Aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw chciałabym z panią posiedzieć i pomilczeć, by zobaczyć, jak ten smutek przechodzi na mnie, jak pani na mnie działa i co się we mnie dzieje. Wtedy mogłabym poczuć, czy to jest bardziej tęsknota dorosłej osoby, czy tęsknota dziecięca. Potem bym rozmawiała o tym, jak pani sama odczuwa ten smutek, czy pojawił się on niedawno, czy też jest stałym sposobem pani istnienia.

Powiedzmy, że pojawił się niedawno. Z czego może wynikać? Smutek jest reakcją na...
– Utratę. Są dwa smutki. Pierwszy rodzaj smutku jest silną, gwałtowną i szybko przemijającą reakcją na stratę. Jeden z terapeutów, Bert Hellinger, nazwał to uczuciem pierwotnym: żywym, adekwatnym i naturalnie powstającym. Ten smutek nie niszczy. Przeciwnie, daje nam siłę, żeby przyjąć stratę, nie zmniejszać jej i nie unieważniać, ale przeżyć ją w całej bolesności.

– Na czym polega drugi rodzaj smutku?

– Jest to smutek długotrwały, zalegający, żal nacechowany depresyjnością. Taki smutek odbiera nam energię i siły. Jest to uczucie wtórne i jakoś zafałszowane. Powoduje ono, że wszyscy czują się źle. Dotyka to zarówno osobę depresyjną – według niej rozwiązanie jej spraw jest poza nią, jak i wszystkich dookoła – im jest źle, bo czują się zmuszani, by interweniować w życiu osoby depresyjnej.

– Trudno jest towarzyszyć osobie smutnej...
– Stwierdzenie „towarzyszyć osobie smutnej” kojarzy mi się z osobami, które mają taki wewnętrzny przymus pomagania innym i pocieszania ich. Ja się takich ludzi trochę boję.

– Dlaczego?
– Bo oni robią to dla siebie. Pamiętam scenę z Monty Pythona, która jest kwintesencją pocieszania. W egzotycznym kraju żołnierz leży w namiocie, bo tygrys odgryzł mu właśnie nogę. Przychodzi znajomy lekarz i mówi mu: „Nie martw się brachu, wszystko będzie dobrze”. Pocieszanie kogoś jest próbą poradzenia sobie z własną bezradnością. Takie nastawienie wywołują głównie osoby depresyjne. Zbadano, jak ludzie reagują na takie osoby. Okazało się, że w kontakcie z nimi w ciągu pięciu minut przeważnie doświadczają winy i bezradności, a w konsekwencji – złości. Bo bezradność jest czymś, czego nie znosimy w sobie i próbujemy sobie z nią poradzić – albo złoszcząc się na osobę, która w nas wywołuje ten stan, albo na siebie. W efekcie mamy ochotę albo oddalić się czym prędzej, albo – jak niektórzy terapeuci – zaopiekować się taką depresyjną osobą, co do niczego nie prowadzi. Bo osoby depresyjne oczekują, że to ktoś ma się zmienić, a nie one. Całe emanują żądaniem, żeby naprawić ich życie. A dopóki nie zaczną postrzegać siebie jako podmiotu zmian w swoim życiu, to nie ma możliwości, by coś się zmieniło.

Rozumiem, że nasza reakcja jest sygnałem pozwalającym odróżnić depresyjność od tego smutku, który jest naturalną reakcją na stratę?
– Tak. Jeśli ktoś jest rzeczywiście smutny i cierpi, to nie chce, żeby go pocieszać. I my też nie mamy wtedy impulsu, żeby się tej osobie rzucać na pomoc. Taki smutek budzi szacunek i niechęć do mieszania się. Wyobraźmy sobie matkę, która straciła dziecko – wszystko, co można zrobić, to być z nią. I tego ona potrzebuje – obecności drugiej istoty, która jest i nic nie chce. To nie jest łatwe, bo chcąc nie chcąc, dostrajamy się do drugiej osoby. Oto ktoś dowiedział się, że jest śmiertelnie chory. I wszyscy uciekają od niego jak od trędowatego, bo to im uzmysławia własną śmierć. A chory nawet nie ma komu powiedzieć: „Boję się umrzeć”.

Depresyjność tym różni się od normalnego smutku, że odbiera nam siły, budzi w innych bezradność i złość. Czy coś jeszcze?
– Można podać różne kryteria. Jednym z nich jest czas. Albert Ellis opisuje smutek jako zdrową negatywną emocję na jakieś zdarzenie. Na przykład gdy oblałam egzamin, jest mi smutno, jestem rozczarowana i zawiedziona. Natomiast gdy zaczynam biczować się z tego powodu albo prześladuję się myślami krążącymi w kółko, czyli gdy pojawiają się ruminacje, to oznacza, że dzieje się coś niedobrego. Taki jest mechanizm depresji. Żałoba po stracie trwa zazwyczaj trzy miesiące. Potrzebujemy czasu na przeżycie straty, czasem nie od razu wszystko można do siebie dopuścić, czasem musimy się wycofać. Ale cokolwiek by się nie działo, to większość ludzi w ciągu tych trzech miesięcy jakoś dojdzie ze sobą do ładu. Gdy to rozciąga się na lata, to mamy do czynienia z depresją.

A jak wyjaśnić to, że jest mi smutno i czuję się tak, jakbym kogoś straciła, choć nic takiego się nie zdarzyło?
– Jeśli spotykam osobę, która tak się czuje, to wtedy rozważam systemowe podłoże tego uczucia.

– To znaczy?
– Dzieci kochają swoich rodziców nad życie. I zrobią wszystko, co tylko im przyjdzie do nieświadomej głowy, żeby zdjąć nieszczęście i smutek, który widzą w rodzicach. Wyobraźmy sobie, że mama straciła swojego rodzica, gdy była dzieckiem i pozostał w niej jakiś rodzaj dziecięcej tęsknoty i smutku. Dzielnie sobie radzi, bo takie osoby są często zaradne, zaprzeczają temu, co czują. Ale dziecko widzi, że mama się wyłącza, odpływa, jest jakby nieobecna. A pragnie, by mama była szczęśliwa. Uruchamia więc myślenie magiczne, czyli takie, gdzie śmierć jest odwracalna i można umrzeć za kogoś. I pojawia się u dziecka nieświadome pragnienie, by umrzeć lub być smutnym za mamę, bo jak jemu będzie źle, to ukochanej mamie to pomoże.

Czyli mogę przez życie nieść smutek nie swój tylko mamy...
– Albo innego krewnego. Nieść smutek lub poczucie winy. Jeśli ktoś bez powodu się smuci, to przyczyny tego są zazwyczaj systemowe. Pamiętam kobietę chorującą na wrzodziejące zapalenie jelita grubego, która straciła matkę jak miała 5 lat. Ta kobieta ma w życiu wszystko, co chciała mieć, dwoje dzieci, kochającego męża, ciekawą pracę, a jednak odczuwa silne impulsy samobójcze, kompletnie nieadekwatne do jej aktualnego osobistego doświadczenia. Pierwsze małżeństwo jej się rozpadło, bo ona była zawieszona na smutku, niedostępna dla męża i dzieci.

Co to znaczy „zawieszona na smutku”?
– Ten stan żargonowo nazywamy byciem zdysocjowanym. Człowiek w dysocjacji jest jakby w transie. Takie osoby mówią, że uwaga im jakby odpływa. Wpadają w pustkę. Rozmawiamy z tą osobą, ale czujemy, że nie ma z nią kontaktu. A ona wie, że ktoś do niej mówi, że powinna być obecna, bo na przykład dziecko od niej czegoś chce, ale jest gdzie indziej, jakby nie mogła się obudzić. Zawiesza się, podobnie jak komputer, klikamy myszką, dziecko szarpie za rękę – i nic. Utrwaliło się w niej uczucie wtórne, które nie jest reakcją na rzeczywistość. Gdy mama tej kobiety umarła, to ona w jakimś sensie odcięła się od mamy, ale tęskniła za nią i chciała umrzeć. Bo wtedy byłaby wreszcie z mamą.

Czasem nie jesteśmy świadomi różnych strat w naszym życiu, na przykład tego, że tracimy kolejny dzień z życia. Ale nachodzi nas smutek. Czy on może być sygnałem przemijania?
– Myślę, że tak, ten smutek jest ważnym sygnałem, żeby się zatrzymać, pomyśleć. Albo kupić sobie nową apaszkę. Czasem lepiej kupić apaszkę i nie zawracać sobie głowy. A czasem lepiej się zatrzymać. Unikanie świadomości, że umieramy paradoksalnie pozbawia nas życia. Bojąc się śmierci, odsuwamy myśl o niej. Ale to powoduje, że tracimy wiele sił na to, żeby poklepywać się po plecach i mówić: „Eee tam, mam 50 lat, jestem młody, po co o tym myśleć, lepiej się napić”. Jeśli boimy się śmierci i unikając jej świadomości, tracimy przytomne spojrzenie na swoje życie, to mamy większe szanse, żeby w ogóle nie żyć.

A smutek na szczycie? Czasem po osiągnięciu tego, co planowaliśmy, nachodzi nas poczucie pustki i smutku...
– Osobiście myślę, że to się nazywa narcyzm. Jeżeli ktoś nie jest w stanie cieszyć się tym, co zdobył, a jego celem jest osiągnięcie: miejsca w hierarchii, prestiżu, pieniędzy, władzy, czyli wartości nazywanych przez Otto Kerberga wartościami infantylnymi – wtedy doświadcza pustki, bo całe jego życie jest puste. Choć czasem to poczucie pustki po osiągnięciu czegoś może być przejawem energetycznej depresji. Jeśli przez jakiś czas intensywnie pracujemy nad czymś ponad siły, to gdy to wreszcie przychodzi, wtedy następuje uczucie pustki wynikającej z tego, że wyczerpaliśmy nasze zasoby. I dobrze, że tego doświadczamy, bo to nas skłania, by wypocząć.

Co można zrobić, gdy nachodzą nas smutne myśli?
– Jeżeli chcemy, żeby smutek nas nie opuścił, to starajmy się walczyć z tymi myślami. Jest to stuprocentowy sposób, żeby zatonąć w nich na długo.

A różne „mądre” podręczniki proponują: „Nie pozwól sobie na negatywne myśli”...
– To jest zasada dentystyczno-ortopedyczna: „Zaciśnij zęby i weź się w garść”. Konsekwencją zaciskania zębów jest paradontoza, a efektem brania się w garść – problemy ze stawami. Jeśli coś próbujemy zwalczać, to w ten sposób podtrzymujemy to. Jeśli myślimy, żeby nie zjeść ciastka, które zalotnie mruga do nas z wystawy, i że nie powinniśmy nawet myśleć o tym ciastku, że to niedopuszczalne i że jesteśmy beznadziejni, gdy o nim myślimy, i próbujemy o nim nie myśleć – to jest niezawodny sposób, żeby nasze myśli nie mogły się od tego ciastka odkleić.

Pamiętam eksperymenty Daniela Wegnera: gdy zakazywał on ludziom myśleć o białych niedźwiedziach, to częstość pojawiania się niedźwiedzi w myślach badanych rosła dramatycznie.
– Podobnie jest, gdy ktoś stara się nie myśleć o seksie; o tym, że umrze; o wystąpieniu publicznym. Kiedy staramy się wyrzucić z głowy jakieś myśli, mogą pojawić się ruminacje – nawracające myśli, wątpliwości i niekończące się rozważania co do właściwości dokonanego wyboru. Mechanizm ich powstawania opisali Mark Williams, Zindel Segal i John Teasdale, anglosascy psychoterapeuci kognitywni. Przyjęli oni, że mamy dwa tryby przetwarzania umysłowego. Pierwszy tryb – zorientowany na cel – uruchamiamy, gdy chcemy dojść do celu. Zakłada stałe porównywanie stanu obecnego z pożądanym i szukanie sposobów zmiany tego co jest. Drugi to tryb kontemplacyjny – gdy tylko przyglądamy się temu, co się pojawia. Podobnie czasem patrzymy na krajobraz – bez oceny czy rozważania, co należałoby w nim zmienić, by był lepszy. Kiedy w stosunku do własnych myśli, uczuć, wspomnień, itp. używamy trybu zadaniowego, to efektem mogą być ruminacje. Na przykład zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteśmy smutni i zaczynamy rozważać: „Dlaczego znów mi smutno; to beznadziejne, że tak się czuję; znowu zacznie się depresja; to koszmarne; jestem śmieciem, który nie potrafi wziąć się w garść; dlaczego właśnie mnie się to przydarza; musi być coś ze mną nie tak; nie mogę tak myśleć; jestem beznadziejny, gdy myślę, że jestem beznadziejny”... Im bardziej tak myślimy, tym gorzej się czujemy, a im gorzej się czujemy, tym bardziej tak myślimy. Osobie ruminującej wydaje się, że w ten sposób znajdzie rozwiązanie, ale jedyne, co może znaleźć, to pogłębienie cierpienia – depresji, lęku, czy stresu.

A co może pomóc nam poradzić sobie ze smutkiem, ruminacjami, z lękiem przed śmiercią?
– Coś, co jest stare jak ludzkość, ale teraz ma nowe opakowanie i nazywa się mindfulness. Metodę tę opracował Jon Kabat-Zinn, a wspomniani Williams, Segal i Teasdale zaadoptowali ją do profilaktyki nawrotów w depresji. Jej głównym efektem jest decentrowanie, czyli nieutożsamianie się z napływającymi uczuciami lub myślami. Oznacza to, że nie zwalczamy jakichś myśli, ale i nie trzymamy się ich z uporem. Przyjmujemy taką postawę, jaką mamy, gdy patrzymy na rzekę. Widząc gałąź czy kwiat, który po niej płynie, nie mamy przymusu, by zatrzymać ten widok. Patrzymy na to, co się pojawia i na to, co odpływa. Odnotowujemy to bez oceniania, czy to dobrze czy źle.

Czyli stojąc trochę z boku, przyglądamy się naszym przeżyciom, pozwalając im przepływać jak rzece...
– Tak, chodzi o traktowanie treści świadomości – uczuć, myśli, fantazji, itp. – jako czegoś, co jest przedmiotem życzliwej uwagi. Nie osądzamy tego w żaden sposób. W zasadzie to jest podstawa wielu terapii. Ciekawe eksperymenty podważyły tezę, że to, co działa w terapii poznawczej to zmiana przekonań. Nie o to chodzi. Główną rzeczą, którą człowiek robi w trakcie terapii poznawczej jest patrzenie na swoje myśli, tak jak entomolog na owadzie nogi. To powoduje, że przestaje się z nimi identyfikować. Podobnie terapeuci rodzinni tworzą różne hipotezy wyjaśniające tę samą rzeczywistość. W efekcie takiego treningu mam pięć poglądów na jakiś temat i z żadnym z nich się nie utożsamiam. Gestaltyści też zachęcają swoich pacjentów do śledzenia strumienia świadomości.

Jak się tego nauczyć?
– Siadamy wyprostowani, bo jak siedzimy pokurczeni, zgięci, to wtedy mamy więcej natrętnych myśli. Rozluźniamy się. Oddychamy tak jak zazwyczaj. Przyglądamy się, co się dzieje w nas i wokół nas. I odnotowujemy to: „o, coś kapie”, „o, czuję pośladek, na którym siedzę”, „ptak zakwilił za oknem”. Nie chodzi o to, żeby to nazywać. Wyobraźmy sobie, że trzymamy latarkę i snop światła pada w różnych kierunkach, a my odnotowujemy to, co widzimy. Dostrzegam myśl lub uczucie, odnotowuję i puszczam je. Jeśli trudno mi się od jakiejś treści uwolnić, to robię przy tym wdech i wydech. Przy wydechu łatwiej rozluźniają się mięśnie i jakoś łatwiej pozwolić odpłynąć myśli. To można praktykować w każdych okolicznościach: gdy jesteśmy w trudnej sytuacji z kimkolwiek, gdy robi nam się smutno, odnotowujemy to, robimy wydech, po chwili smutek przepływa, pojawia się coś następnego. Wiele uczuć utrwalamy w sobie, próbują...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy