Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Pociąg już pędził

68

Niedawno znalazłem swoją notatkę dotyczącą wyniku wyborów w 2001 roku. Zdumiało mnie, że zarzuty, jakie opinia publiczna stawiała wówczas AWS, były prawie identyczne jak te, które stawiano rządowi SLD. Z obiema tymi formacjami stało się coś podobnego, jedna i druga zarzuciła jakąkolwiek ideologię. A wysiłek polityków skupiał się na problemach związanych z władzą, jej uprawianiem, umacnianiem, osiąganiem z niej korzyści - opowiada Janusz Reykowski.

Dorota Krzemionka-Brózda: – Trudno być jednocześnie motylem i entomologiem. Jest Pan specjalistą w dziedzinie psychologii społecznej, a jednocześnie czynnie uczestniczył Pan w najważniejszych wydarzeniach ze współczesnej historii Polski. Czy te role nie wykluczają się?
Janusz Reykowski: – Gdy byłem zaangażowany w działalność polityczną, na przykład w okresie obrad Okrągłego Stołu i po nim, rzeczywiście trudniej było mi dokonać zdystansowanej oceny i analizy. Nawet próby rejestrowania obserwacji i doświadczeń nie wychodziły mi. Nacisk aktualnych wydarzeń był tak duży, że blokował część mojego umysłu.

– Trudno być w środku wydarzeń i stanąć obok nich?
– Tak, chociaż czasem mi się to zdarzało. Pamiętam taki moment pata negocjacyjnego w czasie obrad Okrągłego Stołu. Po wielu godzinach sporu wokół pewnej ważnej, ale szczegółowej sprawy, gdy nie widać było żadnych szans na kompromis, zadałem sobie pytanie, czy w tej niejako beznadziejnej sytuacji mogłaby mi w czymś pomóc wiedza psychologiczna. Wtedy przyszło mi do głowy, że to, co się dzieje na sali obrad, można opisać jako zjawisko fiksacji, występujące u obu stron. Znaczy to, że perspektywy wszystkich uczestników uległy znacznemu zawężeniu, także moja. Pomyślałem, że szansę na rozwiązanie problemu możemy mieć wtedy, gdy obejrzymy go z większego dystansu. Zaproponowałem, by przerwać dyskusję i spotkać się za trzy dni. To oczywiście spotkało się z oporem, ponieważ w tym stanie umysłu ludzie myślą: „Po co mamy się spotykać za trzy dni, skoro sytuacja jest całkowicie klarowna i któraś ze stron musi ustąpić”. Wyjaśniłem wtedy, że w tym stanie jesteśmy zamknięci na nowe idee, a być może istnieją inne rozwiązania, których w tej chwili nie dostrzegamy. I powtórzyłem propozycję. Rzeczywiście, po tej wymuszonej przerwie problem udało się rozwiązać. Trzeba przyznać, że moja propozycja była dosyć oczywista, praktyk negocjacji pewnie wpadłby na to od razu. Ale ani ja, ani inni negocjujący takiej praktyki nie mieliśmy. W tym przypadku zastosowanie wiedzy psychologicznej było przydatne.

W „Charakterach”, w maju 2002 roku, zamieściliśmy wywiad z Panem przeprowadzony przez Wiesławę Sotwin. Znalazło się tam wiele odniesień do Pańskiej wizji świata. Świata, który można poprawiać, który sam w sobie ma mechanizmy naprawcze. Czy nauka jest w tym naprawianiu pożytecznym narzędziem? Pana uczestnictwo w różnych ciałach doradczych jest, jak rozumiem, właśnie wyrazem dążenia do ulepszania rzeczywistości. Ale czy nie pojawia się przy takich okazjach frustracja, że do problemów, które Pan dostrzega i wie, jak rozwiązywać, politycy podchodzą zupełnie inaczej?
– Tak jest niestety na całym świecie. Kiedy czytuję od czasu do czasu na przykład teksty opisujące mechanizmy podejmowania decyzji przez polityków amerykańskich, ich sposób myślenia, to wcale nie mam przeświadczenia, że bardzo dobrze wykorzystują ekspertów. Widać raczej, że grupy przywódcze mają własne, nieraz dosyć zamknięte wyobrażenia o świecie, swoje cele, interesy, idee. A eksperci mają pokazywać, jak te cele efektywnie realizować, nie zastanawiając się nad ich racjonalnością i odległymi skutkami.

– Politycy traktują ekspertów instrumentalnie?

– Rządzący nie pytają ekspertów: po co? Oni pytają: jak? Ekspert jest po to, żeby umożliwić realizację celu, ułatwić jego osiągnięcie. Na przykład takie było zadanie ekspertów wojskowych, którzy prowadzili wojnę w Iraku. Mieli wskazać, jak osiągnąć zwycięstwo militarne. Ale nie mieli zastanawiać się, co robić dalej. I co może z tego wyniknąć. W naszym kraju relacje rządzących i ekspertów były w większości podobne. Ale na przykład w okresie schyłku PRL-u miałem inne doświadczenia. Wtedy moje przekonanie o konieczność zmiany sposobów rządzenia państwem i o celach zmian zbiegło się w pewnym stopniu z celami części elit politycznych. Zatem pytanie „jak?” odnosiło się do uzgodnionego w jakimś stopniu celu.

Schyłek PRL-u... W tym roku obchodziliśmy dwudziestą piątą rocznicę Sierpnia ’80. Ciąg tamtych wydarzeń kończy się wprowadzeniem stanu wojennego i rozwiązaniem „Solidarności”. Pan, jako doradca ówczesnych władz, był przeciwny takiemu działaniu. Czy możliwy był inny scenariusz polityczny?
– W momencie wprowadzenia stanu wojennego działalność „Solidarności” została zawieszona. Natomiast zamiar jej całkowitego rozwiązania ogłoszono ponad pół roku później. Ja w tym czasie, między innymi na podstawie spotkań i dyskusji z gronem naukowców, przygotowałem dla wicepremiera Mieczysława Rakowskiego dokument dotyczący tej kwestii. Była tam mowa o tym, że likwidacja „Solidarności” jest błędem i że trzeba iść zupełnie inną drogą. Wyjaśniałem między innymi, że „Solidarność” to wielki ruch oparty na tradycjach narodowowyzwoleńczych, ważnych dla tożsamości Polaków. I że takiego ruchu zniszczyć się nie da. Może on zostać chwilowo stłumiony, ale jako mocno związany z tożsamościowymi cechami społeczeństwa będzie się odradzał. Natomiast niszczenie go prowadzi prostą drogą do rozbudowy policyjnego państwa. Wydawało nam się, że Rakowski przyjął ten dokument z lekkim zmieszaniem. Ale niedawno w jego opublikowanych wspomnieniach z tego okresu przeczytałem, że to, co wtedy usłyszał, uznał za bardzo ważne. Dokument ten przedstawiliśmy także Kazimierzowi Barcikowskiemu, członkowi Biura Politycznego, który nam powiedział: „Zatrzymanie tego procesu likwidacji »Solidarności« jest niemożliwe. Próbować to zrobić, to jak stanąć na torach i usiłować zatrzymać rozpędzony pociąg”. Właściwie to dobrze go zrozumiałem. Aby wyjaśnić dlaczego, wspomnę o liście, jaki do Mieczysława Rakowskiego napisałem w lutym 1982 roku – po wprowadzeniu stanu wojennego; wcześniej nie było mnie w kraju. Wyraziłem tam między innymi opinię, że użycie do ratowania państwa środków przemocy miało poważne konsekwencje dla układu sił w systemie władzy: dało wielką przewagę siłom o biurokratyczno-policyjnym charakterze. Ludzie o tak zwanej twardogłowej orientacji zdobyli dominujące pozycje. I wobec tego pole do stosowania bardziej demokratycznych rozwiązań bardzo się zawęziło. Wracając do pani pytania o możliwość innego sposobu działania w owym czasie – gdyby działać w próżni politycznej, to oczywiście można sobie wyobrazić inne rozwiązania. Dlatego trudno się dziwić, że na nic się zdały nasze przekonywania, iż są szanse na porozumienie z „Solidarnością”. Mieliśmy podstawę do takiego myślenia. Kontaktowałem się wtedy z Januszem Grzelakiem, psychologiem z Uniwersytetu Warszawskiego, który miał powiązania z kierownictwem podziemia. Reakcje były zachęcające. Ale „pociąg już pędził” i wtedy nie było sił, które mogły go zatrzymać. A powody tego tkwiły także na zewnątrz.

Jak zatem doszło do tego, że pod koniec lat 80. pojawiło się, jak Pan to ujął w rozmowie z Wiesławą Sotwin, grono ludzi na stanowiskach kierowniczych, którzy rozumieli konieczność zmian?
– PRL, jako system realizujący cele ideologii lewicowej – czyli zmniejszanie różnic społecznych, stworzenie zabezpieczeń dla upośledzonych grup społecznych, uspołecznienie produkcji – radził sobie jakoś jeszcze do mniej więcej połowy lat 70. Ale wtedy stawało się już coraz wyraźniejsze, że jego możliwości rozwojowe wyczerpały się. Okazało się, że przestają działać uruchomione u zarania PRL-u mechanizmy awansu społecznego, mechanizmy, które dawały dużym grupom społecznym szansę osiągnięcia nowych możliwości życiowych. Proszę sobie przypomnieć: w pierwszych dekadach PRL-u czymś normalnym było, że syn osiąga wyższą pozycję społeczną niż ojciec, córka wyższą niż matka. Nagle zaczęło się to odwracać. W ramach istniejącego systemu wyczerpały się możliwości awansu, co między innymi oznaczało zablokowanie rozwoju nowo przychodzących, młodszego pokolenia. Drugą rzeczą destabilizującą system był mechanizm utrzymania równości. Ta równość oczywiście nie była do końca prawdziwa, władza miała przywileje. Tyle że te przywileje były nieporównywalne z tymi, jakie miały elity ekonomiczne i polityczne w krajach rozwiniętych. Przecież pozycja ekonomiczna, uprawnienia i możliwości naszych elit były nieporównanie gorsze niż ludzi na porównywalnych pozycjach w państwach rozwiniętych. Dlatego też niemała część rządzących elit przestała akceptować system, utraciła wiarę w jego założenia ideologiczne. Przypomina mi się anegdota, którą opowiadał w Michigan, na konferencji z okazji dziesięciolecia Okrągłego Stołu, Stanisław Ciosek, były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR – a więc jeden z najwyższych dygnitarzy w państwie. Otóż kiedyś potrzebował wanny. Aby ją zdobyć, musiał napisać podanie do działu administracyjnego Komitetu Centralnego. I dział administracyjny wannę mu przydzielił. Ciosek nie musiał, jak zwykły obywatel, stać po wannę w kolejce, polować na nią czy załatwiać spod lady. Miał ten przywilej, że napisał podanie i dostał wannę. Ku zazdrości wielu zwykłych obywateli, którzy tego przywileju nie mieli. Ale czyż nie jest atrakcyjniejszą – zarówno dla przedstawiciela nomenklatury, jak i dla zwykłego człowieka – sytuacja, gdy zamiast nielicznych „sklepów za żółtymi firankami”, w każdym miasteczku są dobrze wyposażone sklepy, w których każdy może wybrać sobie taką wannę, na jaką go stać? Lata 80. były okresem, w którym ideologię zastąpił rytuał językowy. Język ideologii tworzył pozory opisu rzeczywistości i kreowania jakichś wizji i celów. Służył do podtrzymania tożsamości systemu, a nie do tego, by wytyczać cele i ukierunkować działania polityczne.

Mam wrażenie, że ta erozja systemu zaczęła się już w połowie lat 70.
– Ma pani rację, już za czasów Gierka zaczęło postępować zróżnicowanie ekonomiczne, dużo większe niż za czasów Gomułki. Ten ostatni zresztą w sferze socjalnej był reprezentantem tradycyjnego lewicowego etosu. Za Gierka etos ten zaczął ulegać erozji. A w końcu lat 80. runął. Doprowadziły do tego zarówno aspiracje społeczeństwa do wolności, jak też gotowość do zmian występująca w pewnej części elit, które uznały, że wolny rynek i kapitalizm dają większe szanse na lepsze życie.

Z tego, co Pan mówi, można wnioskować, że nomenklatura wykorzystała ten moment po to, by pozostać nomenklaturą. Może rację mają politycy, którzy dziś mówią, że nie wolno było do tego dopuścić, że należało być bardziej radykalnym...
– Obecne opowieści pseudorewolucyjnych polityków o tym, co należało w owym czasie zrobić, są moim zdaniem niemądre, a ich autorom brak świadomości procesów społecznych i historycznych. Gdyby chciano przeprowadzić wtedy to, co dziś proponują radykałowie, na przykład z Prawa i Sprawiedliwości, doprowadziłoby to do mobilizacji drugiej strony. To są okoliczności, w których rodzą się wojny domowe. A dzięki mądrości ówczesnych przywódców opozycji cały proces zmian przesze...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy