Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

11 lutego 2016

Ojcowie z leju po bombie

0 415

Dzisiejsi trzydziestolatkowie to dzieci ojców niedojrzałych, lękowych, chwiejnych uczuciowo i skoncentrowanych na sobie. Ojcowie odrzucali ich albo wspierali się na nich emocjonalnie. Dzieci stały się ich emocjonalnymi opiekunami - mówi Piotr Fijewski.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Gdzie się podziali nasi ojcowie? Do naszej redakcji przychodzi mnóstwo listów od trzydziestoparolatków, którzy przyznają, że choć mieli ojców fizycznie, to emocjonalnie ojcowie byli nieobecni w ich dzieciństwie. W wielu listach powtarza się taka refleksja: teraz, kiedy ja sam mam dziecko i widzę, czego ono potrzebuje, co ode mnie dostaje, jak ja się staram, żeby nasze relacje były pełne, fajne, to czuję ogromny smutek, że nie miałem takiego ojca...
PIOTR FIJEWSKI: – Rzeczywiście jest coś trudnego w ojcach dzisiejszych trzydziestolatków. Ja tych ojców nazywam ludźmi urodzonymi w leju po bombie, bo to jest powojenne pokolenie: chwiejne emocjonalnie, niedojrzałe, bardzo lękowe i skoncentrowane na sobie, krytykujące. Dzisiejszym trzydziestoparolatkom trudno jest utrzymać relacje z ojcami, zresztą niełatwo im było również w dzieciństwie. Ich ojcowie znikali. Byli nieobecni fizycznie i emocjonalnie: zniknęli, opuszczając swoje rodziny, albo prowadzili podwójne życie i wcale tego nie ukrywali, popadali w pracoholizm – prawie nie bywali w domu, a jeśli już się pojawiali, to nie można było do nich podejść, bo nadal pracowali i wrzeszczeli, by dać im spokój. Często nie radzili sobie z emocjami, byli bardzo
labilni emocjonalnie, w efekcie ich dzieci stawały się ich opiekunami emocjonalnymi.

Trzydziestolatkowie są dojrzalsi od swoich ojców?

– Myślę, że w ojcach – w pokoleniu 50–60-latków – ciągle jeszcze żyje II wojna światowa, przekazana bardzo intensywnie z kolei przez ich rodziców oraz powojenne media. Żyją z bardzo silnym przekazem, że świat jest groźny, a to co groźne może zaskoczyć w każdej chwili, więc trzeba się zabezpieczyć, głównie materialnie – bo teraz, dziś, można zabezpieczyć się materialnie. Ciągle wypowiadają przestrogi. Jest w nich bardzo dużo lęku, potrzeby kontroli, a jednocześnie niedojrzałość emocjonalna i zmienność reakcji. Moi trzydziestoparoletni pacjenci to są dzieci ojców, którym bardzo często zmienia się nastrój, od szału i agresji do słabości i kruchości. U własnych dzieci często szukają potwierdzenia, opieki, wsparcia terapeutycznego.

Albo zawstydzają swoje dzieci. Tak jak bohater filmu „Mój rower”, który co prawda dotarł na koncert swojego syna, ale pijany, i przespał, głośno chrapiąc, cały jego występ. Ten ojciec po latach powie takie zdanie: facet może opuścić kobietę, ale nie może opuścić dziecka...
– Nie jest mi szczególnie bliskie budowanie pijacko-ojcowskich zasad. Alkohol jest sposobem na opuszczanie – i to zarówno kobiety, jak i dziecka. Z drugiej strony sens tego powiedzenia wskazuje na to, że dla ojca jego kobieta, czyli żona, matka jego dziecka, jest mniej ważna niż dziecko. Taki układ rodzinny jest fatalny dla rozwoju dzieci. Chłopcy mają negatywny – wygenerowany przez ojca – model traktowania kobiet jako gorszych, dziewczynki często zostają wciągnięte w koalicję przeciwko matce. Dla dziecka to ogromne obciążenie.

Dlaczego? Przecież to taki ładny widok: tata zapatrzony w syna czy córkę. Niejedna kobieta marzy, by jej mąż był tak blisko dziecka, albo jej ojciec był taki dla niej.

– Tata zapatrzony w syna, ale szanujący jego matkę, a swoją żonę, i też w nią zapatrzony, to jest dla syna fantastyczne doświadczenie, lepiej być nie może. Ale ojciec traktujący np. dorastającą córkę jako lepszą i ważniejszą kobietę w domu, to dla młodej dziewczyny trauma na granicy przemocy seksualnej. Poza tym taki niedojrzały ojciec wykorzystuje córkę jako swoje oparcie, spowiednika czy doradcę. Ona go pociesza, wspiera, bierze odpowiedzialność za jego rozchwiane emocje i kruchość. Odbija się to na jej przyszłych relacjach z mężczyznami.

Czemu ojcowie emocjonalnie opuszczają swoje dzieci?

– Po pierwsze, myślę, że ojcowie częściej odrzucają niż opuszczają. Opuszczenie to przerwanie więzi. Patrząc na to symbolicznie, można powiedzieć, że matka jest formatorem więzi i bezpieczeństwa, a ojciec formatorem poczucia wartości. To on pomaga dziecku stać się w świecie – stać się wartościowym, użytecznym, sprawnym, zaradnym, zbudować poczucie swojej wartości. Ojciec jest edukatorem, uczy dziecko wchodzenia w relacje ze światem, a matka jest tą, która chroni, przytula. Ojcowie odrzucający to ojcowie, którzy umniejszają, upokarzają – za pomocą przemocy fizycznej lub słownej.

Dlaczego tak reagują? Jako pokolenie urodzone w leju po bombie noszą w sobie traumę własnych rodziców, uciekających przed bombą?

– Boją się... Boją się, że dzieci nie dadzą sobie rady, że nie myślą perspektywicznie, że popełnią takie same błędy jak oni. Noszą też w sobie dużo lęku przed światem, który jawi im się jako zagrażający – nie tylko wychowywali się w cieniu II wojny, którą przeżyli ich rodzice, ale też na własnej skórze przeżyli komunizm. Mają obsesyjne lęki dotyczące banków, kredytów... Powtarzają dorosłym dzieciom: „Nie bierzcie kredytu! Co się z wami stanie, jak stracicie pracę?”. To dość powszechna forma „troszczenia się”, ale w niej widoczny jest wysoki poziom niepokoju, czarnowidztwo. Tak reagują ojcowie bardzo skupieni na dziecku. Są jeszcze ojcowie, którzy w ogóle nie podejmują swojej roli.

Przyjmują do wiadomości, że dzieci są i... tyle? Są to są. Trzeba je ubrać, nakarmić, komputer im kupić. Ewentualnie ojciec wkracza do akcji, gdy pojawiają się jakieś duże problemy wychowawcze, z którymi matka nie może sobie poradzić sama.

– Często tak bywa. Chociaż myślę, że jakiś rozdział, różnica między ojcem a matką jest dla rodziny bardzo zdrowa. Nie da się podmienić jednego rodzica drugim. Dobrze, żeby ojciec był ojcem, a matka – matką. Dobrze, gdy dzieci z pewnymi kłopotami idą do matki, a z innymi do ojca, gdy widzą i czują różnicę, z czym do kogo się chodzi. Dzisiaj często dzieje się tak, że ojciec zostaje w domu, zakłada fartuch, zmywa i gotuje, zajmuje się wszystkimi domowymi obowiązkami, by wesprzeć pracującą żonę. Będę teraz niepoprawny politycznie, ale powiem to: ten model się nie sprawdza. Podczas psychoterapii okazuje się, że mężczyźni strasznie się męczą w roli „ojca matkującego”. Jednak pewne rzeczy powinny być domeną ojca: to, co związane z organizacją życia rodziny, parciem do przodu, działaniem w zagrożeniu, a tak zwane sprawy domu, miękkie, emocjonalne sprawy – bardziej domeną matki. Nie mówię, że ojcowie nie powinni przytulać swoich dzieci, a matki nie powinny być stanowcze czy dyrektywne. To wyłącznie kwestia proporcji.

Jedna z naszych czytelniczek opowiada w liście o swoim ojcu, który był wychowywany przez kobiety, bo we wczesnym dzieciństwie stracił ojca. Sam jako dorosły scedował całą swoją władzę rodzicielską na żonę, nie wtrącał się, tylko obserwował, stał z boku. Matka w tej rodzinie decydowała o wszystkim, co dotyczyło dziecka. Kiedy jako zbuntowana nastolatka wypomniała to ojcu, usłyszała od niego: „bo wiesz, ja tak naprawdę nie wiem, co to znaczy być ojcem, nie potrafię, bo sam nie miałem ojca”. Dopiero po latach, gdy sama już była dorosła, ta szczerość ojca, ale i słabość, rozczuliła ją. Stał się dla niej prawdziwy, a jego pozorna miękkość pozwoliła im zbliżyć się do siebie.

– To był moment zbliżenia, kontaktu z ojcem, bo wcześniej ta kobieta nie doświadczała więzi z ojcem, która przejawia się w mówieniu sobie o ważnych sprawach. Ojciec po raz pierwszy się przed nią otworzył i z tego otwarcia wyłoniło się dobro. I tu znów jest kwestia proporcji. Cz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy