Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

23 marca 2018

Odgrać, a zyskasz

23

Dzięki minimalizmowi jestem spokojniejsza, bardziej świadoma siebie. Zrozumiałam, jaka chcę – a nie jaka powinnam – być. Pozbyłam się różnych nagromadzonych przez lata przekonań na własny temat. Zobaczyłam to, co jest pod spodem.

JOANNA PIEKARSKA: Wielu osobom minimalizm kojarzy się z pustymi, przestronnymi, pomalowanymi na biało wnętrzami, z prostym stolikiem, dwoma krzesłami, bez bibelotów...
KATARZYNA KĘDZIERSKA: Minimalizm jest czymś znacznie szerszym – to narzędzie pozwalające żyć w taki sposób, w jaki chcę, skupić się na tym, co istotne. Chodzi nie o to, żeby mieć w domu najwyżej sto przedmiotów, ale o to, żeby potraktować minimalizm jako sposób na uczynienie życia prostszym. Po to, by móc robić rzeczy, na które mamy ochotę i które są dla nas ważne. Dla każdego to będzie co innego: dzieci, rodzina, przyjaźnie, zdrowie, praca.
Lata temu podczas przeprowadzki pakowałam swoje książki. Zajęły kilkanaście kartonów, które trzeba było znieść po schodach, wpakować do samochodu, przewieźć na nowe miejsce, wnieść po schodach i wypakować. Uświadomiłam sobie wtedy, że nie chcę nadmiaru.

Przeprowadzki rzeczywiście są okazją do refleksji: ile z tych wszystkich rzeczy naprawdę potrzebuję?
Można też skorzystać z innej metody, i to bez konieczności przeprowadzania się. Jest to proste liczenie przedmiotów. Dzięki temu uświadomimy sobie, jak wiele posiadamy. Kiedy policzymy książki na półkach albo skarpetki w szufladzie z bielizną, okaże się, że mamy ich bardzo dużo. Często za dużo.

Marie Kondo, japońska guru od sprzątania, proponuje, by zebrać wszystkie rzeczy z jednej kategorii i zobaczyć, jak dużo ich jest. Myślę, że to zmniejsza obawę, że będziemy mieć za mało i czegoś nam zabraknie.
Często nie mamy świadomości nadmiaru, który nas przytłacza. Nie czujemy się komfortowo u siebie w domu i nie wiemy dlaczego. Gdy zbierzemy rzeczy razem i je policzymy, uświadomimy sobie, jak dużo ich mamy i jak wielu z nich w ogóle nie używamy.

Kiedy życie nas przytłacza, instynktownie szukamy ładu wokół, zaczynamy sprzątać, myć okna.
Oba te obszary wpływają na siebie. Gdy posprzątamy, zadbamy o harmonię w przestrzeni, w której żyjemy, to mamy wrażenie, że nagle zaczyna się też nam porządkować w głowie. To nie magia, tylko naturalny proces. Kiedy sprzątamy, jesteśmy w ruchu, skupieni na tym, co robimy. Zwiększa się nasza uważność.
Ja dzięki minimalizmowi jestem spokojniejsza, bardziej świadoma siebie, mam silniejsze poczucie wpływu na własne życie. Zrozumiałam, jaka chcę – a nie jaka powinnam – być. Pozbyłam się różnych nagromadzonych przez lata przekonań na własny temat. Zobaczyłam to, co jest pod spodem. Nie było to łatwe doświadczenie – przedrzeć się przez wierzchnią warstwę „śmieci” i znaleźć ukrytą pod nimi prawdziwą mnie, ze wszystkimi zaletami i wadami. Właśnie do tego cennego momentu dochodzą minimaliści na całym świecie. Ostatnio czytałam książkę o minimalizmie japońskiego autora. Zafascynowało mnie to, że mężczyzna żyjący kilkaset tysięcy kilometrów ode mnie i wychowany w zupełnie innej kulturze dzięki narzędziu, jakim jest minimalizm, zyskuje dokładnie to samo. Poznaje siebie. To pokazuje, jak uniwersalne i skuteczne jest to narzędzie. Może być pomocne na każdym etapie życia. Korzystają z niego 20-, 30-latkowie, ale i osoby po sześćdziesiątce.

Jak minimalizm przekłada się na Pani wybory zawodowe? Prowadzi Pani dwie firmy, blog, szkolenia, występuje na konferencjach...
Wszystkie działalności pojawiały się u mnie w naturalny sposób, ale często słyszę uwagi: „Jak możesz być minimalistką, skoro robisz tyle rzeczy naraz?”. Myślę, że wielozadaniowość nam nie służy, ale tylko wtedy, gdy nie poświęcamy całej uwagi czynności, którą w danej chwili wykonujemy. Gdybym w trakcie naszej rozmowy jednocześnie jadła śniadanie i oglądała telewizję, to oczywiście na żadnej z tych czynności nie byłabym skupiona. Natomiast jeśli teraz z uwagą odpowiadam na pytania, a za chwilę pojadę na inne spotkanie, podczas którego również będę skupiona, po czym usiądę do komputera i skoncentruję się na odpowiadaniu na wiadomości, to nie ucierpi żadne z tych działań. Ani moje życie. Kluczowa jest dobra organizacja pracy, sprawne delegowanie zadań, umiejętność pracy w skupieniu. Choć obecnie mój plan dnia jest poszatkowany, to tygodniowo pracuję dużo mniej, niż kiedy byłam na etacie – co jest dla mnie ogromną wartością. To, że w tym samym czasie robię różne rzeczy, ma mniejsze znaczenie. Problem pojawiłby się, gdybym doprowadziła do sytuacji, gdy robię wszystko naraz i pracuję 12 godzin dziennie.

Minimalizm nie oznaczy życia w tempie slow?
Nie. Ja żyję we własnym tempie, raz intensywniej, raz spokojniej – wracam do domu i idę na spacer z psem. Ale bywa też tak, że cały dzień przeleżę przed telewizorem, oglądając ulubiony serial. Moja doba nadal ma 24 godziny i żeby robić pewne rzeczy, muszę rezygnować z innych. Gdy zdecydowałam się na pisanie książki, to ograniczyłam zaangażowanie w kancelarii. Za każdym razem, kiedy mówimy czemuś „tak”, to jednocześnie czemuś innemu mówimy „nie” – i to jest kwestia świadomego wyboru.
Minimalizm uczy mówić „nie” z pełną świadomością. Oczywiście na początku to wcale nie jest takie proste, ale wraz z praktyką staje...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy