Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nałogi i terapie , Praktycznie

26 lutego 2016

Nowe szaty starego nałogu

86

Od wszystkiego w taki sam sposób można się uzależnić. Uważa się, że hazardzista w smokingu jest lepszy od zamroczonego, śmierdzącego alkoholika, a cyberseks od narkomanii. A niby dlaczego?

Jolanta Białek: – Na temat uzależnień istnieje wiele mitów. One powodują też, że coraz więcej ludzi uzależnia się od coraz innych substancji czy czynności. Ostatnio przeczytałam, że uzależnienia są tak naprawdę maskowaniem depresji. Inaczej mówiąc, człowiek ma depresję i leczy ją, sięgając po używki.
Lubomira Szawdyn:
– To jest nieprawda. Takie podejście jest wygodne dla samych uzależnionych: jestem taki nieszczęśliwy, więc muszę się napić. Osoby uzależnione bardzo by chciały, żeby depresja albo psychoza były pierwsze, bo dzięki temu mogłyby usprawiedliwić swoje picie, narkotyzowanie się, nadmierne zakupy, hazard – bo przecież w ten sposób się leczą! Seksoholik, alkoholik czy każdy inny uzależniony nie wpada w uzależnienie dlatego, że jest nieszczęśliwy czy zestresowany, ale dlatego, że dzięki tym substancjom czy czynnościom robi sobie przyjemność, dostarczając mózgowi dopaminę. Natomiast bardzo wielu psychologów uważa właśnie, że alkoholizm jest wtórny do depresji i w ten sposób go leczą. Zawiązuje się taka nić porozumienia. Pacjent jest cały szczęśliwy, bo nareszcie znalazł zrozumienie, może przed kimś się wyżalić: jaki to on jest biedny, zawsze miał pod górkę, był lękowy, jak lęk mu ustępował pod wpływem alkoholu – no więc pił. I tak naprawdę to on nie jest alkoholikiem, tylko ma ciężką depresję – sam się zdiagnozował, a psychoterapeuta ma mu pomóc.

Pacjent cierpi i chyba najważniejsze, że ktoś mu pomaga.
– Ale prawidłowa diagnoza jest bardzo ważna, inaczej można po prostu zaszkodzić. Uzależnienia i depresja to są zupełnie różne obszary, które nawet się nie zazębiają. Wymagają innego podejścia. Uzależniony ma przede wszystkim problem z decyzyjnością, to nie on decyduje o sobie, za niego decydują jego potrzeby, jego żądze. I gdy słyszę, że w terapii pyta się pacjenta: jakie pan ma potrzeby, to – delikatnie mówiąc – dziwię się. Przecież w uzależnieniach potrzeba jest równoznaczna z chceniem, a chcenie z przymusem. Czyli pytając o potrzeby, pytamy tak naprawdę, czy by się nie napił. W uzależnieniach taka terminologia jest niewłaściwa, ona powoduje, że pacjent bardzo szybko wprowadza terapeutę do swoich mechanizmów obronnych.

W powszechnym przekonaniu, uzależniony to ktoś, kto ciągle chodzi pijany lub naćpany, z daleka widać, że jest alkoholikiem czy narkomanem.
– Jak ktoś w głębokim uzależnieniu jest w ciągu, to może i rzeczywiście widać z daleka. Na ogół jest tak, że ludzie bardzo wcześnie zaczynają sięgać po różne używki, wcześnie też mają zespoły odstawienia, o których nawet nie wiedzą. Bo to nie musi być „delirka z halunami”, to może przebiegać łagodniej: czegoś im brak, są rozdrażnieni, pocą się, nie mogą sobie znaleźć miejsca, są smutni. A gdy tak się czują, to nawet nie myślą, że ma to jakiś związek z uzależnieniem, tylko mówią, że mają depresję.

Nie wiedzą, że są uzależnieni?
– Z uzależnieniem związane są pewne rytuały: po pracy idę na piwo, żeby odreagować stres w pracy, albo wieczorkiem wypijam butelkę wina, bo miałem ciężki dzień, albo uprawiam seks, bo to odpręża, a na imprezie palę trawkę, bo jest super. A potem już każdy pub jest po to, żeby wypić piwo, każda impreza, żeby palić, łóżko, żeby uprawiać seks. Miałam pacjenta, który związał się z dużo młodszą kobietą. Ich związek był oparty tylko na seksie, spotykali się dwa, trzy razy w tygodniu, kochali się, spali i rano się rozstawali. Ale po roku dziewczyna odeszła. On przeżył cały zespół odstawienny, nie mając zielonego pojęcia o tym. Nazywało się to, że cierpi, bo go porzuciła kobieta. Było mu źle, był przygnębiony. Bardzo wiele osób ten smutek, ten brak rozpoznaje jako depresję. Idą do psychologa, bo smutek się pogłębia i otrzymują potwierdzenie – depresja reaktywna. Pacjent, który do mnie trafił, otrzymał taką diagnozę. A ja mówię: jaka depresja?! Wziąłeś sobie panienkę. Po co? Spotykaliście się tylko dla seksu! A teraz, gdy ci tego brakuje, czujesz się jak alkoholik, któremu brakuje wódki, czy narkoman, któremu brakuje narkotyków. Brakuje ci paliwa. To jest uzależnienie, a nie depresja.

Ludziom łatwiej przyznać się do depresji niż do uzależnienia?
– To wina mediów. Wszyscy mamy depresję! W tej chwili, gdy człowiek z czymś sobie nie radzi, ma jakiś problem, to oznajmia, że ma depresję. Zaburzenia zachowania, zaburzenia emocjonalne, somatyczne objawy chorób: człowieka coś boli, więc jest smutny, różne trudne sytuacje życiowe są pomylone z depresją. Bo tak jest łatwiej. Bo po co się męczyć, rozwiązywać jakieś problemy, skoro można wziąć tabletkę z serotoniną lub dopaminą i będzie lepiej. Niektórzy, gdy się naczytają o tej depresji, przychodzą do mnie po tabletkę, która przyniesie ulgę.

To chyba sprawiasz im zawód.
– Czy to jest zawód? Przede wszystkim staram się bardzo dokładnie rozpoznać wszystkie dolegliwości pacjenta, przecież jestem lekarzem. Niektórzy rzeczywiście są rozczarowani, gdy stwierdzam, że są uzależnieni, a nie w depresji. Dynamika uzależnień trochę się zmieniła. Przychodzą do mnie ludzie, którzy mają rzadkie ciągi, starają się je ukrywać, albo nie wiedzą, że są uzależnieni. Bo dopóki jeszcze jakoś się kontroluje swoje picie, narkotyki, seks, dopóki jeszcze potrafi się odejść od komputera, to się uważa, że to nie jest uzależnienie. A zespół odstawienia substancji przyjemnościowej czy sytuacji przyjemnościowej i związany z nim dyskomfort czy smutek interpretuje się jako depresję.

Objawy są bardzo podobne.
– Człowiek jest smutny, zniechęcony, nic mu się nie chce – to trochę mało jak na depresję. Ale niedoświadczony psychoterapeuta czy psycholog rozpozna zespół objawów depresyjnych z nasileniem lękowym albo dysforyczno-agresywnym. I to się podoba pacjentowi! To dobrze brzmi! A ja po rozpoznaniu mówię: nie masz żadnej depresji, jesteś po prostu leniem. „Publiczne” rozpoznawanie chorób dało carte blanche wszystkim. W tej chwili na topie jest depresja i w gabinecie zbieram tego żniwo. Już drugie, bo pierwsze było po książce Toksyczni rodzice. Ludzie utwierdzili się wtedy w przekonaniu, że nie ponoszą odpowiedzialności za swoje życie. Wszystko jest winą rodziców. A teraz jest moda na psychoterapię, na przypisywanie sobie różnych zaburzeń, którymi tłumaczy się to, że nic się nie chce robić, że tkwi się w bezczynności. I leniuchy się pasą na tej modzie, nie muszą rano wstać i coś zrobić z tym swoim życiem. Mam teraz napływ uzależnionych od sieci. To są młodzi, dwudziestoparoletni chłopcy. Oni oczywiście nie przychodzą dlatego, że nie radzą sobie z uzależnieniem.

Z czymś sobie jednak nie radzą, skoro szukają pomocy psychiatrycznej?
– Ale oni niczego nie szukają. „Matka suszyła głowę, że ciągle jestem na jej utrzymaniu i nic nie robię, tylko siedzę przy komputerze. Według niej to nie jest normalne i zagroziła, że jeżeli nie pójdę na leczenie, to mnie wyrzuci z domu. No to przyszedłem”. To jest wpisane w grę, którą uprawia od lat. Zawsze robi wszystko, co mama chce i dzięki temu ma wikt, opierunek i może 20 godzin dziennie grać. Uważa, że nie warto się sprzeciwiać, bo to pochłania za dużo energii i czasu, a przecież można je wykorzystać sensownie, czyli przy komputerze. Od razu też zastrzega, że nic z tego leczenia nie będzie, bo on jest mistrzem manipulacji. Tyle lat gra i jest bossem w tym swoim wirtualnym świecie i na niego nie ma mocnych. „Ja pani powiem wszystko, co pani chce usłyszeć, mam to wyćwiczone, od 10 lat manipuluję w sieci.”

Jak można leczyć kogoś, kto tego nie chce?
– Kogoś, kto nie chce się leczyć, nie można wyleczyć. Nie ma siły. Nie wiem, jak się skończy historia tego młodego człowieka. Na razie trzeba spróbować odstawić go od mamusi. I na to musi się zgodzić mamusia i synek. Rozmawialiśmy, jak to będzie wyglądać: zostanie bez utrzymania, bez dachu nad głową. Ale on się tym nie martwi: przecież jakoś to będzie, zawsze było. Nigdy nie splamił się jakąkolwiek pracą, szkoły też nie skończył, bo żadna nie była wystarczająco dobra. Wszystko miał zawsze podstawione pod nos, żadnej odpowiedzialności w realnym świecie. Po drugie, trzeba go odstawić od komputera. Nie jest to łatwe. On się broni: jest przecież bardzo odpowiedzialnym człowiekiem, bo odpowiada za całą krainę elfów, nie może przestać grać właśnie dlatego, że jest bardzo odpowiedzialny. „A wiesz, że na chleb, który codziennie jesz, trzeba zapracować?” – pytam. Jest zdziwiony, bo przecież niemal odkąd pamięta, żyje w świecie wirtualnym. Niestety, zamiast mózgu ma już siano.

Kolejny mit mówi, że rodzaj uzależnienia zależy od płci. Wśród uzależnionych od sieci jest więcej mężczyzn, a na przykład od zakupów uzależnionych jest więcej kobiet.
– Rodzaj uzależnień nie zależy od płci. Wśród zakupoholików jest tyle samo kobiet co mężczyzn, tylko kupują co innego. Kobiety idą w łaszki, a mężczyźni w gadżety. Zakupoholizm polega na kupowaniu niepotrzebnych rzeczy. Tak jak kobiecie niepotrzebna jest siedemdziesiąta para butów, tak mężczyźnie niepotrzebna jest trzecia łódź, piąty rower, czy kolejny kołowrotek do kolejnej wędki. Prawdziwy zakupoholik nie korzysta z rzeczy kupionych, to są zakupy absurdalne. Jeżeli kupujemy coś dlatego, że tego nie mamy, to jest w porządku.

Czy to prawda, że łatwiej w uzależnienia wpadają młodzi ludzie?
– Wystarczy pójść do lumpeksów, by napatrzyć się na te zakupoholiczki – czasem bardzo wiekowe panie, które ze szklistym wzrokiem trzymają w ręce jakieś 2,50 zł i wybierają szmaty na wagę. Cały tydzień oszczędzają na jedzeniu, aby we wtorek przydreptać, bo przecież będzie nowy towar. Może nie dojeść, ale nałóg jest ważniejszy. Te ciuchy są jej niepotrzebne, ona ich nigdy nie założy. A dziadkowie-hazardziści, którzy wydają ostatnie pieniądze na totolotka? Muszą puścić chociaż jeden zakład. Szczególnie trudny i zagrażający jest czas przejścia na emeryturę. Nikt tego nie traktuje jako odstawienia. Nikt. A bardzo często uzależnieni od pracy, wcześniej niezdiagnozowani, przechodząc na emeryturę mają pełny zespół odstawienny. Nie rozumiejąc swoich dolegliwości, wpadają w nowe uzależnienie. Miałam pacjentkę, która przeszła na emeryturę i znalazła sobie antidotum na brak pracy w Internecie. Przyprowadziły ją do mnie jej dorosłe dzieci. Okazało się, że mama wyczyściła im konta, robiąc zakupy w sklepach internetowych. Codziennie spędzała kilka godzin na aukcjach internetowych. Nie potrafiła przestać. Próbowała też dobrać się do kont sąsiadów. Bardzo miła starsza pani okradała własne dzieci! Wszystkie uzależnienia mają kłamstwo i kradzież pod skórą. To są prawdziwe kombinacje alpejskie.

Ko...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy