Dorota Krzemionka: „Nasze życie jest mierzone odległością od miłości” – napisałaś w swojej najnowszej książce Przejścia. Którędy do miłości. Też tak czuję. Przy czym, jak rozumiem, nie chodzi o emocje, chwilowe porywy serca?
Natalia de Barbaro: Miłość jest dla mnie podstawową siłą organizującą świat, fundamentalnym doświadczeniem bycia w życiu, gdzie jest dla mnie miejsce. Doświadczam jej na co dzień; od ponad 32 lat jestem z mężczyzną, który mnie kocha i którego ja kocham. Ale jest też miłość w innych wydaniach, np. czułość, o której Olga Tokarczuk w mowie noblowskiej powiedziała, że „jest tą najskromniejszą odmianą miłości”. Czuję ją w relacjach z synem, rodzicami, bratem, przyjaciółkami, a także z uczestniczkami moich warsztatów. Słuchając ich opowieści, widzę, jak bardzo to, czy są szczęśliwe, zależy od tego, jak układa im się z bliskimi osobami. Mało jest chyba ludzi na świecie, dla których czucie się kochanym i dawanie miłości innym nie jest zasadniczą sprawą. Dużo bólu, nie zawsze uświadomionego, wynika z poczucia, że nie jestem kochany/kochana. Wiele jałowych ucieczek i wyborów, które nikomu nie służą, bierze się ze strachu, że gdybym się zatrzymała, gdybym przestała być użyteczna, to nie dostanę miłości.
Zdolność przyjmowania miłości i obdarzania nią w dużym stopniu zależy od tego, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. Wbrew potocznym wyobrażeniom, nie jest ono krainą szczęśliwości. Wanda Sztander przed laty napisała do „Charakterów” tekst o tym, że ludzie mylą miłość. Rodzice też mylą i z różnych powodów ranią swoje dzieci…
Jako psycholożka i córka psychoterapeutów wiedziałam, jak wielki wpływ na dorosłość mają początki naszego życia, ale jeszcze wyraźniej usłyszałam to w opowieściach kobiet uczestniczących w moich warsztatach. W ich wspomnieniach z dzieciństwa dużo jest różnych zranień. Czasem zadawanych przez rodziców, którzy byli po prostu okrutni, a czasem przez tych, którzy pełni dobrej woli nie mieli kompetencji wychowawczych. Każdy rodzic wie, że nie da się nie popełnić błędu. Sama też, choć nigdy nie brakowało mi miłości do syna, dałam jako mama różne „plamy”. Gdybym miała wypisać moje błędy, zapełniłabym całą kartkę z góry do dołu. Ale gdybym miała przywołać, co jako mama zrobiłam dobrze – potrzebowałabym wielu kartek.
Nie ma idealnych rodziców, bo ci byliby po prostu nieludzcy…
Eliane Glaser w książce Motherhood napisała, że „idealna matka” nie byłaby „wystarczająco dobrą matką”. Ambicja, by się stać kimś „idealnym”, byłaby zarazem dążeniem, by przestać być człowiekiem.
Nieuchronnie wychodzimy z dzieciństwa z jakąś tęsknotą za tym, czego nie dostaliśmy, z poczuciem bycia niewidzialną, opuszczoną. Jak te głodne, nieutulone kawałki w nas rzutują na to, co się z nami dzieje w dorosłym życiu?
Są powietrzem, którym oddycha nasza psychika, a zarazem wyznaczają nasze ścieżki. Wyobraźmy sobie kilkuletnią dziewczynkę, która miała za zadanie powstrzymywać awantury między rodzicami i to była jej odpowiedzialność – próbowała rozbroić złość ojca, żeby matki nie pobił; rozładowywać jego napięcie poprzez to, że była bardzo grzeczna albo bardzo niegrzeczna. Tak czy inaczej, nie było przestrzeni na to, by mogła być sobą, bo stale była zajęta regulacją emocji osób wokół niej. A potem na warsztatach widzę kobietę, która jest w stanie nieustannej czujności; wciąż martwi się, czy innym nie jest za zimno albo za ciepło, a może są głodni. A gdy komuś upadnie długopis, to biegnie z drugiego końca sali, żeby go podnieść. Jeśli w takim reagowaniu utknie przez lata, to nic dziwnego, że czuje się bardzo wyczerpana. I, mówiąc językiem mainstreamowej psychologii, nie znajdzie siebie. Jej codzienność będzie sprowadzona do nieustannej czujności i przejmowania...
Dołącz do 50 000+ czytelników, którzy dbają o swoje zdrowie psychiczne
Otrzymuj co miesiąc sprawdzone narzędzia psychologiczne od ekspertów-praktyków. Buduj odporność psychiczną, lepsze relacje i poczucie spełnienia.