Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

17 maja 2016

Niewidzialni ludzie

66

Jak rozmawiać z osobą chorującą psychicznie? Czego się w niej lękamy? Jak opowiadać o doświadczeniu psychozy? Na czym polegają iluzje klinicystów? Jak nie pomylić niegrzeczności z cierpieniem, złego zachowania z chorobą? O tym, jak zrozumieć osoby chorujące psychicznie opowiada dr Andrzej Cechnicki. Dr n. med. ANDRZEJ CECHNICKI jest psychiatrą, pracuje w Katedrze Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest polskim koordynatorem programu „Schizofrenia - otwórzcie drzwi”, redaktorem naczelnym „Dialogu”. Jeden z pomysłodawców sieci hoteli „U Pana Cogito”, w których zatrudnienie znajdują ludzie chorujący psychicznie i wykluczeni ze społeczeństwa przez stereotypy. Współtworzy Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego.

Dorota Krzemionka: – Co czwarty Polak ma jakiś problem ze zdrowiem psychicznym. Szacuje się, że w Polsce żyje milion ludzi, którzy przeżyli psychozę. Milion ludzi! Niewiele o nich wiemy...
Andrzej Cechnicki: – To prawda. Chorzy psychicznie są dla większości ludzi niewidzialni. Niewidzialni i niezrozumiani. Nie pojawiają się w przestrzeni publicznej, w mediach. W kolorowych czasopismach nie pisze się o ich problemach, o barierach, na jakie napotykają, i o tym, jak je pokonywać – najlepiej z ich własnym udziałem. Nie jesteśmy gotowi słuchać ich głosu, ich doświadczeń. Żyją na marginesie.

Nie jesteśmy gotowi słuchać ich głosu, bo reagujemy na chorych ogromnym lękiem. Nieuzasadnionym. Chorzy nie zagrażają nam. Skąd więc ten lęk?
– Po pierwsze, obawiamy się utraty kontroli. Jest w nas potrzeba kontroli – ciągłej, czasem nadmiernej. A z drugiej strony, doświadczamy czasem chaosu, utraty tej kontroli i lęku przed jej utratą. Każdy nosi to w sobie. Chory psychicznie uzmysławia nam, że to jest ludzkie doświadczenie. To wywołuje w nas rezonans. Druga przyczyna lęku, to niezrozumienie. Osoba chorująca przeżywa coś niezrozumiałego, odległego od codziennego doświadczenia. Jeśli śnimy, że przenosimy się w czasie, rozmawiamy z Matką Boską, to po przebudzeniu wiemy, że to tylko sen. A tu nagle ktoś doświadcza podobnych przeżyć na jawie.

Chorzy psychicznie są niezrozumiani, bo nie rozumieją siebie...
– Tak i najpierw trzeba im pomóc zrozumieć siebie. Uporządkować ten chaos przeżyć, oddzielić to, co jest w nich rzeczywiste, od tego, co nierzeczywiste. Trzeba wsłuchać się w historię ich przeżyć. Bo tylko w dialogu, w bezpiecznym klimacie można opowiedzieć historię utraty własnego „ja”, poczucia braku wpływu na własne życie, poczucia przytłoczenia zewnętrznym światem, przeżyciami nie z tej ziemi. Osoba, która ich doświadcza i jej otoczenie są zaskoczeni, nie wiedzą jak reagować.

Ale jak można zrozumieć ten niezrozumiały świat, w którym chory zdaje się być zamknięty?
– Krąg psychoz, nazywany w skrócie „schizofrenią”, był i jest symbolem choroby, której towarzyszy niezrozumienie. Kiedyś mówiono o niemożliwości wczucia się. Terapeuta towarzyszący osobie chorującej miał poczucie, że stoi za szklaną szybą i nie mógł doświadczyć emocjonalnego, empatycznego współbrzmienia z nią. A Freud nie mógł doświadczyć przeniesienia. Potem terapeuci przekonywali się, że to przeniesienie było tak potężne, że aż oślepiało. I uczyli się, że trzeba odczytywać wypowiedzi i zachowania nie w sposób dosłowny. Towarzysząc choremu, zaczynamy rozumieć to niezrozumiałe. Poprzez porządkowanie przeżyć, odkrywamy wspólnie ich ukryty sens. To się nie dzieje od razu. Po trzydziestu latach pracy z chorymi psychicznie wiem, że w człowieku jest zawsze to zdrowe „ja” i można do niego się odwoływać. Tylko trzeba mieć czas na rozmowę. Zdarza się, że karetki pogotowia przywożą osoby w pasach. Rozmawiamy, budujemy zaufanie, pijemy herbatę, pasy znikają. I chory decyduje się na dobrowolne pozostanie w szpitalu. Albo mówi: „Nie jestem pewny, czy jest tak, jak mówisz, ja to przeżywam inaczej, ale jeśli ty mi dajesz ten lek, to ja go wezmę dla ciebie, choć myślę, że to może jest trucizna”. Bo ufa mi. Najpierw poprzez słuchanie następuje zrozumienie. Potem z jeszcze większym wysiłkiem trzeba szukać przyczyny albo związku między tym, co człowiek przeżywa a jego historią życia, różnymi wydarzeniami, które na te przeżycia miały wpływ.

Czy chodzi o jakieś specyficzne wydarzenia?
– Nie, chodzi o tak zwany stres życia. Wszyscy go doświadczamy. Doświadczamy rozluźnienia związku, poplątania, samotności w relacjach, nieumiejętności radzenia sobie ze stresem, traumy związanej z utratami. Niemożności wyrażenia siebie, spełnienia w różnych rolach, wejścia w różne związki, podjęcia pracy, udziału w tym wyścigu szczurów. Ale dla chorych psychicznie jest to szczególnie trudne, bo nie nabyli oni kompetencji potrzebnych do uczestniczenia w tej grze, w dwuznacznościach świata. Nie są wyposażeni w umiejętności radzenia sobie – i są bezbronni. Wymagania życia trafiają u nich na większą wrażliwość, na dyspozycję do zranienia stresem. Na te same zdarzenia reagują większym lękiem, niepokojem, chaosem, skrajną zmiennością nastroju i narastającym przekonaniem, że to, co płynie ze świata, jest zagrażające. W relacji z terapeutą, do którego mają zaufanie, którego spojrzenia nie obawiają się, i w poczuciu bezpieczeństwa, mają szanse na zrozumienie siebie. Budują wobec tych przeżyć odpowiedni dystans i znajdują język do opowiedzenia o swych przeżyciach innym.

W ten sposób dochodzi do zmiany nastawienia społecznego. Tylko jak opowiadać taką historię, jak doświadczenie psychozy?
– Wielką sztuką jest opowiadać to tak, żeby nie przestraszyć, nie epatować niezwykłością, heroizmem. Historia chorowania często jest pokazywana z perspektywy błędnego koła ofiary i sprawcy. Trudniej jest opowiadać o niej jako o prostej historii zmagania się z wyzwaniem choroby, z próbą jej zrozumienia, z codziennością życia, z częstą pomocą najbliższych lub z ich niezrozumieniem. O tym, jak chory z mozołem odzyskuje rozumienie siebie, porządek wewnętrzny i wpływ na własne życie i na chorowanie. Jeśli to się zdarzy, to część z tych osób podejmuje się misji publicznej – i potrafi o swej historii opowiedzieć. Ci, którym najlepiej się udało pokonać chorobę, wolą milczeć. Można to zrozumieć. Jeśli prowadzą kancelarię adwokacką, nie chcą opowiadać mediom o tym, jak byli po drugiej stronie lustra i jak pokonali schizofrenię. Opinia publiczna nie zna wielu ich historii. Znają je psychiatrzy – i cieszą się ich sukcesami. Gdy widzą swego księdza w parafii, który chorował psychicznie, to nie drgnie im powieka na jego widok.

Media mają ogromną rolę w kształtowaniu wiedzy o chorobie psychicznej.
– Tak. Około 20 procent osób dowiaduje się o chorobie psychicznej z mediów. Jest tam wielu wspaniałych ludzi, którzy robią dobre audycje i wykazują się wrażliwością. Niestety, zbyt często media karmią nas też spektakularnymi i dramatycznymi historiami. Mylą osoby chorujące psychicznie z osobami o zaburzonej osobowości. W ten sposób kształtują opinię, że chorzy są agresywni. Tak naprawdę, jeśli wieczorem na ulicy ktoś nas zaatakuje, zabierze nam komórkę, przystawi nóż czy pobije, to na pewno nie będzie to chory psychicznie. Osoby chorujące psychicznie zachowują się czasem agresywnie, ale tylko w wyjątkowych sytuacjach, kiedy mają ostry kryzys psychiczny i gdy sytuacja między chorym a jego otoczeniem tak się zapętla, że przeżywają dramat...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy