Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

9 sierpnia 2016

Nie uciekniemy od niej

155

Nie filmowałem rzężenia czy płaczu za uchodzącym życiem. Starałem się pokazać ludzi, którzy nie są upokorzeni śmiercią, ale próbują stawić jej czoło - mówi o swoich najnowszych dokumentach reżyser MARCIN KOSZAŁKA, który przekłada traumy i osobiste lęki na język filmów. W jednym z nich on i jego siostra konfrontują się z odejściem swoich rodziców...

MARCIN KOSZAŁKA jest operatorem, reżyserem i scenarzystą. Absolwent Realizacji Obrazu na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Zadebiutował kontrowersyjnym filmem dokumentalnym „Takiego pięknego syna urodziłam”. Nagrodzony Złotymi Lwami za zdjęcia do filmów „Pręgi” Magdaleny Piekorz i „Rewers” Borysa Lankosza. W swoich filmach dokumentalnych porusza problem toksycznych relacji („Takiego pięknego syna urodziłam”, „Do bólu”) i zmagania się z lękiem przed śmiercią („Śmierć z ludzką twarzą”, „Istnienie”, „Ucieknijmy od niej”).

ANITA PIOTROWSKA: – „Takiego pięknego syna urodziłam”, „Jakoś to będzie”, „Ucieknijmy od niej” – to filmy, w których pokazuje Pan swoje relacje z najbliższymi: rodzicami, siostrą, żoną.
Czy dla reżysera taki „rodzinny” dokument może stać się narzędziem autoterapii?
MARCIN KOSZAŁKA: – Jako filmowiec staram się podążać za tymi twórcami rozmaitego stylu i kalibru, którzy od początku istnienia sztuki starali się traktować ją nie tyle jak terapię, ile odreagowywanie pewnych drzemiących w nich potworów. Gdyby przyszło mi żyć w innych okolicznościach, gdybym był innym człowiekiem, kto wie, czy nie zamordowałbym własnej matki. Ja mojej matki nie zabiłem, ale zrobiłem o niej film. W taki sposób próbowałem skanalizować istniejące w nas toksyny, przełożyć swoje traumy na inny język. Nie mam jednak złudzeń: żadne dzieło sztuki nie ma takiej mocy, by działać jak lek przeciwbólowy, przeciwdepresyjny czy przeciwlękowy.

Nie czuł Pan wstydu, zakłopotania, odsłaniając przed kamerą tak wiele niezdrowych emocji, niekończącego się ujadania i wzajemnych upokorzeń?
– Podczas moich studiów w szkole filmowej byłem tak nakręcony, że nie czułem żadnych kosztów tego, co robię. Nie znałem poczucia wstydu, nie przejmowały mnie komentarze innych. Poddałem się instynktowi i złapałem temat, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, co rozpętałem filmem „Takiego pięknego syna urodziłam”. Przez rok negocjowałem z moją matką wypuszczenie mojego dokumentu w telewizji. Musiałem ją przekonać, że to nie jest film wyłącznie o naszej rodzinie, że dotyczy on problemów wielu innych ludzi. Nie chciałem, żeby matka, godząc się na emisję filmu, składała mi jakąś ofiarę, choć pewnie tak to było przez wielu odbierane. Przekonałem ją, że taki właśnie jest społeczny cel dokumentu.
Studiowałem wcześniej socjologię, nie chciałem jednak pracować za biurkiem i wydawać zasiłki. Pragnąłem zostać street workerem, który wychodzi na ulicę, rozmawia z prostytutkami czy narkomanami. W Polsce ta idea, niestety, ciągle jeszcze kuleje i dlatego szybko się zraziłem. Ale społecznikowska pasja we mnie pozostała. Jako bohaterów swoich filmów wybieram często ludzi chorych, umierających – nie po to, by
epatować cierpieniem, ale by widz – oglądając na ekranie ich godną postawę – czegoś się nauczył, nad czymś się zastanowił. W końcu wcześniej czy później każdy z nas będzie musiał się z tym zmierzyć.

W drugim filmie z Pańskiego tryptyku rodzinnego – „Jakoś to będzie” – zobaczyliśmy Pana nową rodzinę: żonę, córeczkę, a także nowe mieszkanie. Wszystko, co Pan stworzył, miało być zaprzeczeniem starej rodziny, tamtego „złego” domu rodziców. Choć przecież uciec się od niego nie udało. Pana rodzice się postarzeli i już trochę wyszli ze swych ról. Film „Ucieknijmy od niej” powstał po ich śmierci. Główną bohaterką jest Pana starsza siostra – opływająca w luksusy, ale samotna bizneswoman, która w filmie miała odwagę bardzo siebie obnażyć. Jakie były jej reakcje na ten film?
– Siostra w pierwszym odruchu zareagowała bardzo pozytywnie. Była zadowolona, że taki film w ogóle powstał. Przeszkadzał jej jedynie sposób, w jaki ją w filmie pokazałem fizycznie – z bardzo bliska, w gruncie rzeczy niedoskonałą, niebędącą w stanie umknąć upływowi czasu, pomimo tych wszystkich wysiłków: obsesyjnych zabiegów upiększających, siłowni. Ale w końcu i z tym się pogodziła. Stwierdziła, że to właśnie w moim filmie jest mocne. Muszę przyznać, że pomimo swojego specyficznego stylu życia, którego ja osobiście nie podzielam, siostra jest osobą bardzo wrażliwą i niezwykle otwartą.

Film, którego bohaterka, ciągle niepogodzona ze śmiercią rodziców, dokonuje tak bolesnej wiwisekcji jej i Pana stosunków z nimi, musiał coś zmienić pomiędzy wami.
– Oczywiście. Moja siostra jest kimś zupełnie innym niż nasza matka, znana widzom z poprzednich filmów. Ma w sobie dużo spokoju i przez te wszystkie lata byliśmy rodzeństwem w zasadzie bezkonfliktowym. Ale ponieważ żyliśmy i żyjemy w dwóch różnych światach, nie mieliśmy ze sobą częstych kontaktów. Dopiero podczas kręcenia „Ucieknijmy od niej” zaczęliśmy rozmawiać ze sobą szczerze. Ten film sprawił, że musieliśmy sięgnąć do naszych najgłębszych, najbardziej intymnych problemów, przez co bardzo zbliżyliśmy się do siebie. Gdybym tego filmu nie robił, to prawdopodobnie nigdy byśmy takich rozmów nie odbyli. Jej to zbliżenie bardzo odpowiadało, ja natomiast pozostałem nieco bardziej ostrożny. Od tamtej pory siostra ma ciągły niedosyt kontaktów ze mną.

Na ekranie mówi wprost, że nie chciałaby doczekać końca tego filmu.
– Nawet trochę się tego obawiałem – zwłaszcza że po śmierci rodziców mogła czuć się jeszcze bardziej osamotniona. Muszę jednak zaznaczyć, że „Ucieknijmy od niej” nie jest filmem o mojej siostrze, ale o mnie samym. Widz nie dowiaduje się wiele o szczegółach jej osobistego życia, trochę na życzenie samej bohaterki. Wolałem skupić się na naszej wzajemnej relacji i na tym, co zdarzyło się pomiędzy nami a naszymi rodzicami. Siostra jest w tym filmie moim sumieniem. Poprzez nią dokonuję rozrachunku z samym sobą. Więcej już podobnych wątków rozliczeniowych ciągnąć nie zamierzam.

„Myślałeś, że tym filmem domkniesz sprawę z rodzicami” – słyszymy z ekranu. Udało się Panu tym razem „uciec od niej” – od matki, od rodzinnego domu?
– W sensie psychicznym tej historii wcale nie zakończyłem, bo problem zawsze we mnie pozostanie, ale w sensie filmowym jak najbardziej. Śmierć moich rodziców domknęła pewien rozdział, również w moich filmach. Jedyne, co mogłoby się jeszcze w tym temacie wydarzyć, to moment, kiedy moja córka za parę lat zapozna się z moimi filmami, sięgnie po kamerę i zdecyduje się mnie, starego wówczas dziada, sfilmować. To jedyne, co mógłbym jeszcze sprowokować w tej kwestii. Czuję się zamęczony przez tworzone przeze mnie dotychczas kino osobiste. Dalej będę poszukiwał swoich tematów: śmierci czy rodzinnych traum, ale nie chcę już, by pojawiali się w tym moi
bliscy.

Powiedział Pan kiedyś, że czysty dokument nie istnieje, bo każdy z nas w momencie włączenia kamery zaczyna grać, i dopiero spod tej gry ma szansę wynurzyć się jakaś prawda o filmowanej osobie.
– Moja siostra gra swoją rolę w sposób piętrowy. To ja namawiałem ją, by przebierała się w różne stroje, by pozowała na tle złoconych ram i kosztownych sprzętów – bo tak właśnie wygląda jej życiowa rola. Zależało mi, by jej postać była w filmie wykreowana. Jej osoba służy także zderzeniu iluzji życia, mitowi życia za wszelką cenę, z jego najciemniejszą stroną – z umieraniem. Siostra jest w filmie przedstawicielką cywilizacji, która neguje istnienie śmierci. Ale jednocześnie posiada bardzo głębokie przemyślenia na ten temat. Dlatego poza, w którą usiłuję ją wtłoczyć, w jakimś momencie musi ustąpić – w filmie pojawiają się prawdziwe uczucia i prawdziwe łzy. Nie ma już kreacji i autokreacji, jest szarpanie emocjami. Tak jak w trakcie meczu, który sam w sobie jest spektaklem: w którymś momencie publika przestaje istnieć, jest już tylko walka.

Przejścia pomiędzy luksusowym życiem bohaterki i jej refleksjami o śmierci a rzeczywistym cierpieniem pacjentów oddziału opieki paliatywnej są w filmie dość szokujące – często odbywają się poprzez jakiś wspólny motyw, na przykład wspomnieni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy