Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

29 maja 2017

Nie jestem dyktafonem

103

Poprosiłem piątoklasistów, żeby narysowali, czym jest bieda. Jeden z rysunków przedstawiał scenę w szatni – dziewczynka leżała na podłodze, a nad nią stały dwie koleżanki. Przy jednej dorysowany dymek z tekstem: „Ty się nie odzywaj, jesteś biedna, won ze szkoły”.

Daria Grabda: „Codziennie mam poczucie, że jestem samotna. Przychodzę z pracy i mam tylko kota, do którego mogę się odezwać, ale on mi nie odpowie. Mam komórkę i znajomych. Ale czasem są momenty, że nie mam do kogo zadzwonić, bo nie czuję, by ktokolwiek mógł mnie zrozumieć” – mówi dziewica konsekrowana, której historią rozpoczyna Pan zbiór reportaży. Poślubienie Jezusa miało być sposobem na samotność, a tylko ją pogłębiło?
Paweł Piotr Reszka: Jeżeli tak, to pewnie wiele osób uzna go za dość radykalny. Jednak moja bohaterka twierdzi, że po prostu zakochała się. Na zaproszeniach na ślub napisała: „Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłam się uwieść”. Jej ślub z Jezusem Chrystusem wyglądał niemal jak tradycyjny ślub kobiety z mężczyzną, tyle że oblubieniec był niewidzialny – tak zresztą powiedział arcybiskup, który go udzielał. Ona traktuje Jezusa jak męża, twierdzi, że prowadzi z nim normalne życiowe rozmowy, wieczorem opowiada, jak minął jej dzień, sprzecza się z nim. Jednocześnie, kiedy przechodzi obok placu zabaw i widzi bawiące się tam dzieci, to „coś ją tak ściska za serce”. Wie, że nie będzie miała dzieci. Spotkanie z nią zrobiło na mnie duże wrażenie.
Ślub z Jezusem jest jej życiowym wyborem, do którego oczywiście ma prawo i nie chciałbym go oceniać. Ktoś może powiedzieć, że ona żyje w wymyślonym świecie – wymyślonym od początku do końca, a relacja rozgrywa się głównie w jej głowie. Dla niej jednak ta relacja jest jak najbardziej realna.

A jednak poczucie osamotnienia nie jest wymyślone, ona mocno je odczuwa. Podobnie jak mocno przeżywają je osoby starsze z pokolenia tzw. srebrnego tsunami, czyli boomu demograficznego z lat 50. i 60., które przechodzą teraz na emeryturę. Z badań psychologów, m.in. prof. Johna Cacioppo, wynika, że samotność ma równie degradujący wpływ na ich zdrowie jak ubóstwo czy zła dieta…
Mam wrażenie, że nie uświadamiamy sobie skali problemu. Uznajemy samotność osób starszych za coś oczywistego, za naturalną kolej rzeczy. Próbowałem przyjrzeć się temu w reportażu w „Dużym Formacie” o fali oszustw metodą „na wnuczka”. Młodzi wyjeżdżają do większych miast, rodzice zostają. Zdarza się, że potem po prostu wegetują. Widziałem to, zbierając materiał do tekstu. Na regale w dużym pokoju mnóstwo zdjęć wnuków i dzieci. Babcia czy dziadek opowiadający o nich z entuzjazmem. Pozorna sielanka. I mieszkanie – zaniedbane, z brudnymi firankami, bo starszy człowiek nie ma siły ich zmienić, w zlewie stos brudnych naczyń, bo nie ma siły pozmywać. Fala przestępstw „na wnuczka” nasila się od lat. Co sprawia, że kiedy starsza pani usłyszy w słuchawce głos osoby podającej się za wnuka, niemal bez pytania jest w stanie oddać jej oszczędności swojego życia? Dlaczego tak łatwo daje się oszukać? Czy ma częsty kontakt z wnukiem, skoro jeden telefon „od niego”, krótka rozmowa wystarczają, by straciła instynkt samozachowawczy? Może zgadza się przekazać pieniądze, zgadza się pomóc, bo wtedy choć przez krótką chwilę ma poczucie, że jest jeszcze potrzebna, że jest częścią rodziny? Zadaję sobie te pytania również jako reporter. Historie oszukanych starszych ludzi wydają mi się niezwykle poruszające. To nie jest pospolite oszustwo, to coś więcej. 78-letnia pani, która odkładała na swój nagrobek, nagle traci wszystko, bo chciała pomóc wnukowi. Bardzo
ciężko podnieść się po takim doświadczeniu.

Zastanawia się Pan, jak będzie wyglądała Pana starość? Jaki Pan wtedy będzie, z jakimi nadziejami i lękami?
Oczywiście, tym bardziej że w reportażach często wracam do wątku starości. To wątek ludzi, którzy czują się niepotrzebni. Czasem pojawia się zupełnie nieoczekiwanie. Pisałem kiedyś reportaż o tym, jak dziś w Polsce żyje się bez łazienki. Starsza pani z gminy na wschodzie Polski opowiadała mi, że w jej wsi w ostatnim czasie do kilku starych domów dobudowano pomieszczenia, które mają służyć jako łazienki. Bo dziś – jak powiedziała – nikt nikogo na starość nie chce pielęgnować, wyrzekają się, a „stary” nie wyjdzie na dwór, bo ma za daleko, nie przyniesie sobie wody w wiadrze, nie zagrzeje, więc żeby się zabezpieczyć, buduje łazienkę.
Albo piszę w książce o pani Janinie, która mieszka pod Lublinem. W bardzo młodym wieku zaszła w ciążę ze znajomym ze wsi, który ją zostawił i ożenił się z jej koleżanką. Została sama z dziec[-]kiem. Ciąża była zagrożona, pani Janina trafiła do szpitala i gdy tam leżała, ogarnął ją smutek, który został w niej przez całe życie. Nigdy nie związała się z innym mężczyzną, kochała tamtego. Wychowała w bardzo trudnych warunkach syna, który wyjechał do miasta i tam ma swoje życie, rodzinę. Janina została sama w tej swojej chałupince. I żeby nie zwariować, żeby czuć, że gdzieś przynależy, słucha Radia Maryja. Odmawiając różaniec z innymi słuchaczami, ma poczucie, że nie jest sama.

To poruszająca historia. Trudno ją czytać ze spokojnym sercem, a co dopiero wysłuchać jej i zapisać.
Kiedyś Lidia Ostałowska została zapytana o to, jak reportażyści radzą sobie z trudnymi tematami. Odpowiedziała, że łzy naszych bohaterów nie są naszymi łzami, że ich tragedia nie jest naszą tragedią. Reporter zawsze powinien mieć świadomość, kto jest bohaterem jego tekstu. I pamiętać, że po prostu ma do wykonania pewną pracę. Wydaje mi się, że z tego wynika też stawianie sobie pewnych granic. Staram się o tym zawsze myśleć, zbierając materiał. Opisuję różne dramaty, nierzadko wchodzę bardzo głęboko w czyjeś życie i te sprawy nie są mi obojętne. Nie jestem tylko dyktafonem. Mimo wszystko mam świadomość, że to jest moja praca. Tylko, a może aż.

Im więcej w naszym życiu tragicznych historii i obrazów, tym bardziej się na nie uodparniamy. Praca reportera polega na wsłuchiwaniu się w innych. To wymaga olbrzymiej empatii. Jak nie uodpornić się na samotność innych?
Reportaż ma tę przewagę, że pozwala wejść głębiej w daną historię. Dzięki temu czytelnik jest w stanie lepiej poznać los konkretnej osoby, zidentyfikować się z nią, znaleźć jakieś punkty wspólne między swoim życiem a życiem bohatera, który staje się mu bliższy, a opisana historia zostaje w jego pamięci. To jest właśnie wielka moc reportażu. Byłem jeszcze na studiach, kiedy wpadł mi w ręce zbiór reportaży Zły dotyk. Do dziś pamiętam tekst Tomasza Toszy o kasjerkach z hipermarketów, które przechodzą gehennę w swojej pracy. Autor porównał ich pracę do harówy górników, tylko dużo gorzej opłacanej. Ten reportaż sprawił, że gdy na drugi dzień poszedłem do sklepu, to zupełnie inaczej spojrzałem na te panie. Bohaterki reportażu Toszy stały się dla mnie ważne, bliskie, mimo że były anonimowe. Pamiętam, jak na jednym ze swoich spotkań autorskich mówił o tym Wojciech Tochman. Opowiadał, że choć od wydania Jakbyś kamień jadła minęło piętnaście lat, to czytelnicy wciąż pytają go, czy jedna z jego bohaterek, Jasna Ploskić, prawniczka z Hercegowiny, odnalazła szczątki swoich dzieci zamordowanych przez Serbów podczas konfliktu na Bał...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy