Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

NAGA PRAWDA O SEKSIE

0 285

Mężczyźni pragną, by ich partnerka jawiła im się równocześnie jako Matka Boska i wyuzdana prostytutka. Określa się to jako zespół Madonny i ladacznicy. Wszyscy odczuwamy potrzebę seksualną - twierdzi KAZIMIERZ SZCZERBA.

Czy każdy człowiek jest istotą seksualną? Według mnie odpowiedź może być tylko jedna: tak. Każdy z nas, bez względu na to, jak subiektywnie to ocenia, jest istotą seksualną. Nawet jeśli postępowaniem pozornie temu przeczymy, to od seksualizmu nie uciekniemy. Nie potrafią tego również ci, którzy deklarują się jako zagorzali przeciwnicy seksu. Negatywna postawa wobec życia seksualnego najczęściej wiąże się z brakiem zaspokojenia w tej sferze. Osoby, dla których życie płciowe jest przez dłuższy czas obojętne lub przykre, przechodzą na pozycję przeciwników seksu. Pomniejszanie roli życia intymnego pozwala im łatwiej znieść tę sytuację. Przeciwnikami seksu stają się też czasem ludzie o bogatej przeszłości seksualnej. Z upływem lat dostrzegają utratę atrakcyjności erotycznej i niejako dla polepszenia sobie samopoczucia stają się zajadłymi przeciwnikami wszystkiego tego, co wiąże się z seksem. Bywają też agresywni wobec tych, którzy wciąż mogą korzystać z uroków seksu.

Kilka lat temu zgłosił się do mnie mężczyzna z powodu impotencji na tle choroby alkoholowej. Wcześniej prowadził intensywne życie seksualne, nie tylko zresztą z żoną. Żona też wykazywała dużą potrzebę seksu, i to w różnych jego odmianach (także z udziałem innych osób). Pacjent twierdził, że w całym swoim życiu miał ponad sto kobiet. Gdy pojawiły się kłopoty z seksualną sprawnością, zaczął zwalczać seksualizm w ogóle, uznając go za mało znaczącą wartość, a swoje dotychczasowe życie seksualne nazywał patologią. Za jego nagłą niechęć do seksu najwyższą cenę zapłaciła żona, której potrzeby nie uległy zmianie. Kiedy okazywała ochotę na seks, mąż wymyślał jej od najgorszych.

Oczywiście istnieli w historii ludzie, którzy świadomie rezygnowali z aktywności seksualnej, na przykład Jadwiga i Henryk Brodaty (oficjalnie z racji umartwiania się na chwałę Bożą, ale jak było w istocie, tego się nie dowiemy). Takie pary istnieją i dziś, ale zawsze rezygnują z seksu z jakichś konkretnych przyczyn (np. po złożeniu religijnych ślubów), nie zaś z powodu aseksualności. Podobnie nie są aseksualne osoby w tzw. białych małżeństwach. Dość często niepowodzenia w tradycyjnym seksie rekompensują sobie one urozmaiconymi technikami masturbacji (także wzajemnej).

Wszyscy więc odczuwamy potrzebę seksualną, choć o różnej sile. Najczęściej za kryterium jej poziomu przyjmuje się intensywność stosunków płciowych. Osoby o wysokiej potrzebie seksualnej dążą do częstych zbliżeń. Ale nie tylko one. Wiele ludzi z zupełnie innych powodów prowadzi współżycie o zadziwiającej intensywności. „Pazerność” seksualna może na przykład służyć przedstawianiu się w korzystnym świetle w oczach partnera, co poprawia samoocenę, ale także – przynajmniej na pewien czas – łagodzi partnerskie konflikty. Duża częstotliwość stosunków może też wynikać z podporządkowywania się wymaganiom partnera albo być sposobem łagodzenia neurotycznych lęków. Przeżycie orgazmu z towarzyszącym mu odprężeniem jest „lekarstwem” na silny niepokój. Dzieci, nie zdając sobie z tego sprawy, masturbują się, gdy czekają na dotkliwą karę lub (poprzez zwieranie i odchylanie ud) pod wpływem stresu związanego na przykład z klasówką czy egzaminem. Bohater „Konopielki”E. Redlińskiego, kiedy tylko zaczynał się bać, kochał się z żoną, by przeżyć orgazm i uzyskać błogi spokój. Seks może również służyć pozytywnej autoprezentacji i zaspokajaniu potrzeby znaczenia, dominacji. Czasem staje się też środkiem do manipulowania partnerem.

Drugim kryterium siły potrzeby seksualnej bywa duża ilość snów i fantazji erotycznych. Nie jest to kryterium zbyt pewne, zwłaszcza w odniesieniu do osób, które z różnych powodów ograniczają kontakty płciowe. Biografie seksualne wielu pacjentów wskazują, że kiedy musieli „zawiesić” współżycie, obserwowali u siebie więcej snów i fantazji erotycznych.

Seksuolodzy poszukują więc innych wskaźników siły potrzeby seksualnej. Jednym z nich jest reaktywność seksualna, czyli zdolność reagowania podnieceniem na adekwatną stymulację. Podobną miarą jest skłonność do inicjowania zbliżeń oraz chęć decydowania o ich formach. Osoby o dużej potrzebie seksualnej często prowokują kontakt i w trakcie współżycia nie są bierne. Wyznacznikiem siły potrzeby seksualnej może być również zainteresowanie erotyzmem. Osoby o silnym libido chętnie rozmawiają o życiu intymnym, lubią oglądać filmy zawierające sceny erotyczne – jeżeli oczywiście nie są skrępowane pewnymi normami (np. zabraniającymi oglądania nagości).

Niektórzy autorzy zastępują pojęcie „potrzeba seksualna” – jako zbyt ogólne – terminami „potencja” i „pobudliwość”. Pierwszy z nich ma dwa znaczenia. Potencja bowiem to zdolność do seksualnego reagowania w określonym przedziale czasowym, a także sprawność w trakcie aktu płciowego. Podobnie seksualna pobudliwość dotyczy zarówno podatności, gotowości i łatwości powstawania napięcia seksualnego w odpowiedzi na pewne bodźce, jak i czasu potrzebnego do osiągnięcia orgazmu od momentu odbioru pierwszych bodźców pobudzających (według badań Z. Izdebskiego statystycznej polskiej parze potrzeba na to 18 minut i 43 sekund; nie przywiązywałbym jednak do tego większej wagi, bo indywidualne różnice są tu ogromne).

Miarą potrzeby seksualnej jest zdolność przeżywania orgazmu. Wielu autorów uważa, że to przeżycie dane jedynie człowiekowi. W nowatorskich badaniach z lat 70. minionego wieku W. H. Mastersi V. E. Johnson stwierdzili, że cały cykl reakcji seksualnych składa się z czterech faz. Pierwsza, związana ze stymulacją fizyczną i psychologiczną, to narastanie podniecenia. Po niej następuje tzw. faza plateau, a więc okres utrzymywania się wysokiego poziomu podniecenia seksualnego. Potem następuje orgazm. Charakteryzuje się on szeregiem zmian fizjologicznych (skurcze mięśni, przyśpieszone tętno i oddech, zaczerwienie się lub zblednięcie, zmiana tonu głosu), którym towarzyszą silne przeżycia psychiczne (zawężenie świadomości, uczucie „zawieszenia” lub „zapadania się” i w końcu „błogostan”). W czwartej fazie pojawia się uczucie odprężenia i przyjemnego znużenia. U kobiet ta faza przebiega łagodniej i jest rozciągnięta w czasie. Sprawia to, że niektóre z nich zdolne są do przeżywania orgazmów wielokrotnych (dziś wiemy, że wielokrotne orgazmy przeżywać może także nieliczna grupa mężczyzn).

W latach 90. seksuolodzy i interniści z Kopenhagi przeprowadzili eksperymenty, które pokazały, że tradycyjna pozycja w trakcie stosunku (tzw. misjonarska), najczęściej stosowana w kulturze euroamerykańskiej, nie zapewnia większości kobiet maksimum satysfakcji. Okazało się, że dla pań najbardziej zadowalająca jest pozycja „modo bestiarum” (od tyłu). Dla panów natomiast najbardziej satysfakcjonująca była pozycja boczno-tylna, kiedy partnerzy spoczywają na tym samym boku (mężczyzna jest z tyłu, za plecami partnerki). Aby kobieta przeżyła orgazm, musi zostać spełnionych wiele warunków (partner zaspokajający emocjonalne oczekiwania, sprzyjające warunki, zgodna z indywidualnymi preferencjami stymulacja odpowiednich obszarów ciała itd.). A pomyśleć, że jeszcze w XIX wieku Europejkom i mieszkankom Ameryki Północnej orgazm „nie przysługiwał”. Był przeżyciem zarezerwowanym wyłącznie dla mężczyzn. Dlatego wiele kobiet jeszcze w pierwszej połowie XX stulecia ukrywało swe doznania, bojąc się posądzenia o niemoralność.

Współcześnie słyszy się o kobietach nazywających siebie „wyznawczyniami kultu waginy”. Cechuje je duma z tego, że mają pochwę, i świadomość związanego z tym bogatszego niż w przypadku mężczyzn zakresu doznań. Mamy więc do czynienia z odwróceniem ról w odwiecznej rywalizacji płci. Jeszcze nie tak dawno dominował freudowski pogląd, że kobiety cierpią na kompleks braku członka i zawsze mniej czy bardziej świadomie czują się gorsze od mężczyzn (zawsze też im tego członka zazdroszczą). Teraz szczycą się one tym, że mają pochwę (wraz z okolicą) i dzięki temu mogą manipulować mężczyznami. W literaturze amerykańskiej pojawiło się nawet pojęcie „pussy power” na określenie seksualnej mocy kobiet. Przykładem jej wykorzystywania może być scena z filmu „Nagi instynkt”: bohaterka grana przez Sharon Stone owija sobie wokół palca zespół przesłuchujących ją mężczyzn, ukazując tę część ciała, którą do rangi symbolu podnosi kult waginy.

Dziś orgazm stał się wartością wręcz fetyszowaną. Kontakt seksualny niezakończony szczytowaniem oceniany jest jako niepełny, nawet ułomny. Przestrzegam, by nie czynić z orgazmu najważniejszej sprawy w seksie i nie poddawać się „orgazmicznemu terrorowi”. Polowanie na kobiecy orgazm może popchnąć do poszukiwania nieakceptowanych przez obie strony dróg jego uzyskiwania (np. przy zastosowaniu pornografii, specjalnych pieszczot czy zachowań dewiacyjnych). Konsekwencją zaś bywa spadek zainteresowania partnerem, poszukiwanie innych osób, nasilenie zachowań autoerotycznych. Komplikuje to relacje, pogarsza porozumiewanie się między partnerami. I nie chodzi tu jedynie o sytuację, gdy kobieta, by nie sprawić zawodu partnerowi, kłamie, że wyjątkowo intensywnie szczytowała.

Dość popularny pogląd mówi o istnieniu u kobiet dwóch sposobów przeżywania orgazmu: pochwowego i łechtaczkowego. Większość pań preferuje jeden z nich. Za sprawą Z. Freuda przez dziesiątki lat orgazm waginalny był wyżej ceniony niż klitoryjny. Na szczęście ostatnio przekonanie to traci na sile. Mam nadzieję, że coraz mniej kobiet uważać się będzie za niedoskonałe tylko dlatego, że przeżywanie przez nie orgazmu uzależnione jest od stymulacji takiego, a nie innego obszaru ciała.

Tak oceniała się jedna z moich pacjentek, która nie potrafiła przeżyć orgazmu wyłącznie na skutek ruchów frykcyjnych członka w pochwie, a bez problemu szczytowała, gdy w trakcie masturbacji drażniła łechtaczkę. Żaden z trzech mężczyzn, z którymi utrzymywała kontakty seksualne, nigdy nie zadbał o jej przeżycia i preferencje. Sama w trakcie stosunków wielokrotnie miała ochotę wspomóc się stymulacją łechtaczki, ale bała się, że partner oceni ją jako nie w pełni sprawną seksualnie. Gdy wyjaśniłem pacjentce, że wiele kobiet (niektórzy uważają, że nawet ponad 50 proc.) nie jest w stanie przeżyć orgazmu bez pobudzania łechtaczki, nie pot...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy