Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

NADZIEJA, WIARA, PEWNOŚĆ

114

Czy są nadzieje bezsensowne? Czasem tak. Na przykład wtedy, gdy zaprzeczamy faktom. Rodziny ofiar zamachu na WTC mówią: "Mamy nadzieję, że jeszcze się odnajdzie". Chory umierający na nowotwór powiada: "Dopóki żyję, nie tracę nadziei na wyzdrowienie". Karmienie się nadziejami, nawet złudnymi, ma też swoje dobre strony.

Przed laty po katastrofie górniczej, jeden z górników, Alojzy Piątek, spędził pod zawałem węglowym, w zupełnej ciemności i izolacji kilkanaście dni. Nikt nie dawał mu szansy na przeżycie. Kiedy wreszcie ratownicy dokopali się do niego, znaleźli go w niezłej formie. Dość powiedzieć, że po kilku dniach opuścił szpital. Zdarzyło się coś, co jest niemożliwe. Jak to się stało? Alojzy Piątek jadł swoje buty, jadł drewniane stylisko od łopaty, pił własny mocz. Ale było coś jeszcze. Wierzył, że gdzieś wraz z nim pod zawałem jest żaba, którą chciał złapać i zjeść. Jak wyjaśniał, był pewny, że jeśli ją złapie, to przeżyje. I ani na chwilę nie wyzbył się nadziei, że ją złapie. Sam Piątek owej żabie przypisuje ocalenie. Myślę, że nie bez powodu i to niezależnie od tego, czy żaba tam rzeczywiście była, czy nie. Nadzieja to ważne pojęcie psychologiczne, a zarazem słowo z języka potocznego. Rzadko bywa precyzowane, bo myślimy, że inni rozumieją to słowo tak samo, jak my. Tymczasem tym mianem określamy sprawy, które często nie mają ze sobą wiele wspólnego. Czy nadzieja w religijnych prawdach wiary (wiara, nadzieja i miłość) oznacza to samo, co w porzekadle, że nadzieja jest matką głupich? Czy jeśli mówimy, że ktoś lub coś jest beznadziejne (np. „co za beznadziejny człowiek”), to myślimy o nadziei w tym samym sensie, jak wtedy, gdy mówimy, że ktoś ma nadzieję, albo – tym bardziej – że jest przy nadziei? Czy można mieć nadziei więcej lub mniej? A czy można być przy nadziei bardziej lub mniej? Czy nadzieje dotyczące własnego życia i nadzieje np. na lepszy świat, na sprawiedliwość powszechną itd. to zjawiska takie same, jak nadzieja na podwyżkę płacy albo na wyzdrowienie? Są takie sytuacje, w których nic lub prawie nic nie zależy od nas. Kiedy zabieramy się do gry w lotto albo uczestniczymy w innej loterii, wynik przesądzony jest przez los. Możemy zaklinać, możemy być przekonani, że znamy system zapewniający wygraną, możemy wierzyć, że mamy szczęście lub pecha, ale rezultat końcowy zależy zasadniczo tylko od struktury samej sytuacji. Co więc znaczy, kiedy ludzie powiadają: „Mam nadzieję, że wygram”?

Spragnieni sukcesu

Oczywiście, są też takie sytuacje, gdy przebieg i rezultaty zależą – w różnym stopniu – od naszych własnych działań, naszej sprawności. Może być tak, że wszystko zależy ode mnie, albo tak, że tylko trochę zależy ode mnie. Co w tym kontekście znaczy: „Mam nadzieję na sukces”? Czy w sytuacjach losowych i w sytuacjach sprawnościowych „nadzieja” znaczy to samo? Prawdopodobnie nie.
W sytuacjach losowych (niezależnych od osoby) nadzieja oznacza tyle samo, co pragnienie. „Mam nadzieję na sukces” oznacza tyle, co „Pragnę sukcesu”. Im większy możliwy sukces, tym bardziej go pragnę. Tu jednak wkracza znany fenomen psychologiczny: im bardziej czegoś pragniemy, tym bardziej wydaje się to nam prawdopodobne. To podstawowy mechanizm życzeniowego myślenia. Zwykle pragniemy czegoś tym bardziej, im większą ma to wartość. Im większą coś ma wartość, tym więcej ludzi pragnie tej wartości. Kiedy do wygrania na loterii jest złotówka, wtedy wartość wygranej nie jest wysoka, liczba chętnych nie jest duża, siła pragnień niezbyt wielka. Nadzieja lub brak nadziei nie odgrywa tu większej roli. Kiedy zaś można wygrać milion złotych, to wartość wygranej jest znaczna, pragnienia wygranej są silne, ale zarazem wielka jest liczba pragnących tej wygranej. Prawdopodobieństwo wygranej jest więc niskie, ale wielu żywi nadzieję na ten sukces. Najczęściej złudną. Widać, że nadzieja zlewa się tu z marzeniem i jest wyraźnie zależna od wartości (subiektywnej) oczekiwanego rezultatu. Im więcej coś jest warte, tym bardziej chce się to osiągnąć. Tym silniejsza jest też nadzieja na osiągnięcie tej upragnionej wartości.
W sytuacjach sprawnościowych (gdy mam całkowity lub częściowy wpływ na ich przebieg i wyniki) rzecz staje się bardziej skomplikowana. Gdy wszystko zależy ode mnie, sytuacja z pozoru jest jasna. Podejmując takie działania, jestem pewny, że jeśli tylko zechcę, osiągnę to, czego pragnę. Prawdę mówiąc, do takich sytuacji pojęcie „nadzieja” niespecjalnie pasuje. A jednak... Kiedy wszystko zależy ode mnie, wtedy nadzieja jest pochodną zaufania do siebie samego, do swoich sprawności, motywacji, determinacji, samokontroli. Jeśli rzecz zależy ode mnie i jeśli mogę ufać sobie – mogę być pewny. Jeżeli jednak moje zaufanie do siebie, np. do własnej samokontroli i samodeterminacji jest ograniczone, nadzieja dotyczy nie zadania czy działania, tylko nas samych. „Mam nadzieję, że uda mi się zabrać do pracy”, „Mam nadzieję, że przezwyciężę swoje lenistwo” – to typowe w takich sytuacjach zdania. Oznaczają one tyle, że ktoś bardzo pragnie, aby coś się zdarzyło, ale nie jest pewny, czy tak się rzeczywiście stanie.
Gdy przebieg i wynik zdarzeń zależy częściowo ode mnie, a częściowo od innych czynników (to najczęstszy przypadek) sprawy komplikują się jeszcze bardziej. Pragnienia, oczekiwania, niepokoje, nadzieje powiązane mogą być z wieloma sprawami – działaniem innych ludzi, z warunkami, z działaniem czynników losowych z jednej strony, a z drugiej z własnymi kompetencjami, emocjami, samokontrolą itd. Widać zatem, że liczba źródeł nadziei (lub jej braku) rośnie. Co więcej, brak pewności co do przebiegu i wyniku zdarzeń związany z jedną domeną (np. działaniami innych ludzi) może być kompensowany nadzieją związaną z inną domeną (np. własne kompetencje czy zdyscyplinowanie). Można przypuszczać, że im więcej czynników decyduje o przebiegu i wynikach zdarzeń, tym więcej jest źródeł niepewności i zarazem tym więcej potencjalnych źródeł nadziei.

Póki żyję nie tracę nadziei

Dotąd mowa była o takich sytuacjach, w których pożądany wynik jest w ogóle możliwy. Problem nadziei jest skomplikowany także przez to, że – tak przynajmniej twierdzi wielu – zawsze trzeba mieć nadzieję, nigdy nie wolno jej tracić itp. Te rekomendacje odnoszą się bowiem w różnym stopniu do sytuacji, w których upragniony stan jest prawdopodobny (osiągalny), jak i do takich sytuacji, w których zupełnie nie jest możliwy. Często dotyczy to śmiertelnej choroby, zniknięcia kogoś, zaginięcia na wojnie itp. Często – racjonalnie rzecz biorąc – nie warto mieć nadziei, bo szanse jej spełnienia są bliskie zera. Żona jednego marynarzy „Kurska” mówiła: „Dopóki nie zobaczę zwłok swojego męża, nie przestanę mieć nadziei, że on jednak żyje”. Rodziny ofiar terrorystycznego zamachu na WTC w Nowym Jorku mówią: „Mamy nadzieję, że jeszcze się odnajdzie”. Chory umierający na chorobę nowotworową powiada: „Dopóki żyję, nie tracę nadziei na wyzdrowienie”. Długa jest taka lista. Przez wiele lat po wojnie kobiety nie traciły nadziei, że ich mężowie wrócą jednak z wojny. Mówiły: „Wierzę i mam nadzieję, że wróci”. Niekiedy miały rację. Najczęściej była to jednak nadzieja na cud. Staje się ona tu niczym więcej, jak tylko sposobem zaprzeczania faktom, odrzucania wysoce prawdopodobnych przypuszczeń. Przypomina nadzieję na wygraną na loterii, w której uczestniczy miliony graczy.
Czy to znaczy, że z psychologicznego punktu widzenia jest ona bezsensowna? Czasem pewnie tak. Na przykład wtedy, gdy ktoś zaprzecza faktom, dobrze komuś znanym. Wtedy podtrzymywanie nadziei niczym nie różni się od fiksacji. Nierzadko można jednak mówić o użyteczności takiego zaprzeczania. Po pierwsze, odwraca ono uwagę od nieuniknionych negatywnych konsekwencji pogodzenia się z niechcianym. Tak jest np. w śmiertelnej chorobie, gdy nadzieja na wyzdrowienie umożliwia człowiekowi angażowanie uwagi w przedsięwzięcia dotyczące przyszłości. Po drugie, nawet nieracjonalna nadzieja w jakiś sposób organizuje codzienność, podtrzymuje aktywność, skłania do lojalności wobec innych, przeciwdziała bierności itd. Jest to sposób na przeciwdziałanie dezintegracji własnej osobowości i dezintegracji świata, w jakim się żyje. Po trzecie, to co niespełnialne dziś, może okazać się wykonalne w przyszłości. Historia powojennej Polski pokazuje to dobitnie: gdyby nie nadzieja, często zdawałoby się irracjonalna, nie pozostawałoby nic innego jak pogodzić się z czymś, co uchodziło za złe, ale wydawało się niezmienne i trwałe. Karmienie się nadziejami, nawet złudnymi, czasem ma swoje dobre strony. Pod warunkiem, że nie dotyczy to spraw zamkniętych, przesądzonych, jak: śmierć, trwałe kalectwo czy starzenie się.
Nadzieje ludzkie mają tendencje do fluktuacji. Czasem nadzieję się traci, a czasem odzyskuje. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z dość ważną asymetrią: nadzieję traci się z oporami i trudnościami, odzyskuje się ją dość łatwo.

Przez różowe okulary

Jak wspomniałem, intensywność nadziei w znacznym stopniu warunkowana jest znaczeniem obiektu pragnień. Im coś jest ważniejsze, tym trudniej jest się z tym rozstać – czy to faktycznie, czy choćby symbolicznie. Każdy najdrobniejszy nawet sygnał sugerujący możliwość spełnienia pragnień podsyca nadzieję. Mawiamy, że ludzie chwytają się nadziei. Dlaczego tak jest? Przede wszystkim dlatego, że utrata cenionej, nawet tylko wyobrażonej, wartości najczęściej nie ma żadnej alternatywy. Wszystko się traci, nic nie zyskuje. Także dlatego, że ze spełnieniem swoich nadziei wiążą się często dodatkowe konsekwencje – poczucie własnej wart...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy