Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

MOWA BEZ MOWY

141

Trzymanie języka za zębami nie zawsze jest wynikiem naszego wyboru. O swych zmaganiach z niepełnosprawnością mowy pisze IWONA RUŚĆ.

Szczęście, jeżeli wierzyć Albertowi Einsteinowi, zależy jedynie od sumy trzech zmiennych: „s = x + y + z, gdzie x to praca, y – rozrywki, z – umiejętność trzymania języka za zębami”. Powinnam zatem być bardzo szczęśliwym człowiekiem, bowiem wszystkie zmienne tego równania zajmują w moim życiu dość ważne miejsce. Ale największą wartość ma zmienna „z”, czyli umiejętność trzymania języka za zębami. W tym jestem wręcz mistrzem! Niestety, nie jest to bynajmniej zasługa mojej dyplomacji, rozwagi i taktu, lecz wynik dyzartrii, czyli poważnych zaburzeń artykulacji mowy.

Kiedyś uważałam, że lepiej byłoby być osobą niewidomą niż niemową. Utrata wzroku bowiem, jak to zauważyła głucho-niewidoma pedagog Helen Keller, odgradza człowieka jedynie od świata. A utrata słuchu lub mowy – od ludzi. Na szczęście mój słuch nie jest upośledzony! Jednakże, jak na ironię, on właśnie sprawia, że tak dotkliwie odczuwam barierę w komunikacji z ludźmi. Słuch daje mi bowiem nieograniczoną możliwość odbierania przekazów werbalnych, wzmaga we mnie pragnienie uczestnictwa w obiegu informacji w roli nadawcy, a często jest to niemożliwe. Wówczas czuję się, jakbym dostała do ręki loda, ale zabroniono mi go zjeść.

Owszem, niby umiem werbalnie porozumieć się z otoczeniem. Moja mowa jest jednak tak bełkotliwa, że wymaga od rozmówców czasu na „osłuchanie”. Słuchająca mnie osoba musi także chcieć mnie zrozumieć. A z tym różnie bywa. Dlatego często muszę sięgać po inną formę przekazu – pisanie. Jednakże ten sposób komunikacji nie zawsze się sprawdza. Na przykład podczas rozmowy w większym gronie, zanim zdążę napisać swoją opinię na dany temat, dyskutanci zwykle omawiają już następne zagadnienie. A na ulicy? Spróbujcie podejść do kogoś z kartką – najczęściej przyśpieszy kroku i nawet na nią nie spojrzy.
Osoby zdrowe często boją się nawiązać kontakt z człowiekiem niepełnosprawnym. Zwykle to on musi zrobić pierwszy krok. A czy istnieje na to prostszy i skuteczniejszy sposób niż rozpoczęcie rozmowy? Niestety, ja nie mogę skorzystać z tego sposobu! Ponadto ludzie szybciej decydują się na kontakt z osobami z innym rodzajem niepełnosprawności niż wada mowy. Boją się bowiem, że nie będą w stanie zrozumieć tego, co mówię, i tym samym sprawią, że poczuję się zraniona. Przez myśl im nie przejdzie, że bardziej ranią mnie tym, że nawet nie chcą spróbować.

Często potrzebuję pomocy drugiego człowieka, a dokładniej – jego mowy: by w moim imieniu gdzieś zadzwonił, kogoś o czymś poinformował, o coś zapytał itp. Drażni mnie to, że jestem bezradna wobec czegoś tak prostego, jak rozmowa przez telefon. Kupiłam więc telefon komórkowy, ale przecież nie do każdego i nie wszędzie można wysłać SMS-a. Wciąż zatem muszę prosić o pomoc. To sprawia, że każda taka sytuacja jest dla mnie niezwykłą lekcją pokory.

Moja niepełnosprawność przysparza mi wielu trudności. Gdyby jednak ktoś zapytał mnie, co jest moim największym problemem, odpowiedziałabym, że ludzie. Nie dlatego, że czasami nie mogę się z nimi „dogadać”, lecz dlatego, że z powodu wady mowy nie pasuję do stworzonego przez nich obrazu normalnego człowieka. Tylko gdzie jest granica normalności? I dlaczego właśnie ludzie zdrowi przywłaszczyli sobie prawo do jej ustalania? Nie znam odpowiedzi na te pytania. Wiem jednak, że przez te stereotypowe ustalenia muszę dzień w dzień nie tylko zmagać się z niepełnosprawnością, ale również udowadniać sobie i światu swoją normalność. To zmusiło mnie do konfrontacji z kalectwem. Zrozumiałam bowiem, że dopóki nie uznam własnych granic, nie zbuduję niczego trwałego. A tym samym nie będę wiedziała, na co mnie stać – skutkiem może być przegrana w walce o normalność. Muszę więc poznać swoje ograniczenia, aby móc dostrzec możliwości.

Zmagania ze społeczeństwem nauczyły mnie także, jak tolerować ciągły stres związany z oceną mojej inności. Zaakceptowałam fakt, że zanim ktoś uzna mnie za osobę godną zaufania, najpierw musi mnie sprawdzić, wystawić na próbę. Wiąże się to często z upokorzeniem, z poczuciem odtrącenia i bezsilności. Ale takie koszty muszą ponosić niepełnosprawni, jeśli chcą normalnie żyć, nie ukrywając swojej inności. Mówiąc słowami E. Stordahla, „niepełnosprawni muszą zżyć się z trudnościami i w rzeczach pozornie negatywnych widzieć elementy pozytywne, nauczyć się ciemność zmieniać w jasność”.

Nauczyłam się tej trudnej sztuki dzięki modlitwie. Każdego wieczoru dziękuję Bogu za wszystko, a w szczególności za bolesne doświadczenia. Dziękuję i oddaję Mu je, wierząc, że nawet zło może przemienić w dobro. Ten akt oddania uwalnia mnie od żalu i buntu, pozwala przebaczyć tym, przez których płakałam.
Te zwycięstwa nad sobą i swoim kalectwem, a tym bardziej moje osiągnięcia, nie byłyby możliwe bez udziału ludzi. Fakt, wcześniej pisałam, że to oni są moim głównym problemem. Ale przecież nie ma takiego problemu, pod którym nie kryłyby się szansa i sukces. Ludzie utrudniali mi życie, nie pozwalali, by spełniały się moje marzenia – a ja stawałam się tym bardziej łasa na ten „zakazany owoc” i dokładałam wszelkich starań, aby go zerwać. Nie byłoby to jednak możliwe bez pomocy osób, które otaczały mnie troską i życzliwością. I choć jest ich tylko garstka: rodzina, paru znajomych i... nieznajomych – to siła oddziaływania ich serdeczności i wiary w moje umiejętność jest tak wielka, że umożliwia mi robienie rzeczy wręcz niemożliwych.

Zawdzięczam to głównie rodzinie, a w szczególności Mamie. To właśnie Mama sprawiła, że mogłam normalnie uczyć się w wybranych przeze mnie szkołach, bez konieczności nau...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy