Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

11 lipca 2016

Milczący tłum

0 755

Centra miast, targi, ulice - te duże, ale i mniejsze uliczki - wypełniał niegdyś gwar rozmów, okrzyków, zapytań ludzi zupełnie sobie nieznanych. Dziś miejski tłum milczy. Co zamknęło nam usta na ulicy? O czym i dlaczego milczy tłum?

Jeden z ostatnich urlopów spędziłem w Turcji. Wypoczywałem w przyzwoitym hotelu, w ramach usługi all inclusive wszystko miałem podstawione pod nos. Żyć nie umierać. Upał skutecznie odbierał chęć podejmowania jakiejkolwiek działalności...

Ale – jak pisał klasyk – ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś… Leniuchując, obserwowałem uwijających się, dosłownie jak w ukropie, młodych Turków z obsługi. Uciąłem sobie z nimi kilka pogawędek. Byli studentami dorabiającymi na czesne. Każdego dnia witali mnie bardzo przyjaźnie: – Hello, my friend, how are you? Uśmiech od ucha do ucha i, odstawiając myte właśnie szklanki, brali się do komponowania drinków. Czułem się traktowany priorytetowo, choć nie byłem w tym momencie żadnym wyjątkiem. Wszyscy oni pałali entuzjazmem i niespożytą energią od rana do nocy, i to dla każdego z gości. W Polsce – pomyślałem – rzecz niespotykana. Znużenie i obojętność na twarzach barmanów, kelnerów, sprzątaczy nie dziwią nikogo, ale i nikogo nie bulwersują.

A Turcy? Jak to możliwe, że są tak weseli i przyjaźni, mimo tak ciężkiej i niewdzięcznej pracy? To ciągłe wypytywanie: jak minął dzień, skąd jestem, co robię,
emocjonowanie się każdą odpowiedzią… Czy nie szkoda na to sił i czasu? Wkrótce zdałem sobie jednak sprawę, że dałem się uwieść całej siateczce delikatnych pozorów, których zachowanie dla ludzi z naszej części świata wymagałoby znacznie większego wysiłku. To tylko maska, której utrzymanie wcale nie musi kosztować aż tyle energii. Sympatyczni studenci w gruncie rzeczy padali ze zmęczenia, jednak ich wzory zachowania w przestrzeni publicznej – tak różne od funkcjonowania Europejczyków – były na tyle silne, że z łatwością maskowali to, co się z nimi naprawdę działo.

Sposób funkcjonowania Turków jest społecznie przyjętą normą, która reguluje ich życie publiczne. Na łonie rodziny, wśród przyjaciół, prawdopodobnie mogą sobie pozwolić na więcej „prawdziwych” uczuć. Jednak przebywanie wśród obcych nakazuje im zachowywać się właśnie w taki a nie inny sposób. I jest to dla nich równie naturalne, jak u nas manifestowanie obojętności. Zapewne nasze strapione miny lub brak jakiegokolwiek wyrazu na twarzy budzą w nich takie samo zdziwienie, co w nas ich szeroki uśmiech na dzień dobry.

Dawno temu w pubie…
Reguły życia publicznego i prywatnego to bardzo złożone systemy norm, które od wieków ewoluowały, dostosowując się do dominujących nastrojów społecznych, prądów intelektualnych czy filozofii. Czy ktoś z nas zastanawiał się nad tym, dlaczego w Europie tłumy przechodniów są tak ciche i zindywidualizowane? Skupienie na swoich problemach, nienawiązywanie kontaktu wzrokowego, nieodzywanie się do nieznajomych każdy uważa za rzecz najnaturalniejszą pod słońcem: przecież nikt się nie zna. Ale taka postawa zaczęła dominować w naszym zakątku świata dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Wcześniej brak znajomości nie zniechęcał aż tak skutecznie do wchodzenia w jakieś formy interakcji.

W książce Upadek człowieka publicznego wybitny socjolog Richard Sennett odmalowuje pasjonującą panoramę historii stosunków prywatnych i publicznych w świecie Zachodu. Pokazuje, że indywidualizm i skupienie się na relacjach intymnych z osobami, które znamy bardzo dobrze, zdominowały europejskie myślenie stosunkowo niedawno. Wcześniej, od średniowiecza aż do późnego wieku XVIII, centra miast, targi, ulice – te duże, ale i mniejsze uliczki – wypełniał gwar rozmów, okrzyków, zapytań ludzi zupełnie sobie nieznanych. Z istniejących świadectw historycznych możemy starać się odmalować ówczesne zwyczaje. Obrazy dawnych mistrzów, np. Breugla starszego, obfitują w sceny ukazujące ludzi nieznających się, a jednak pogrążonych w dyspucie, z zapałem rozprawiających o wielu problemach, życzliwych sobie.

Znamienne, że w tamtych czasach, aż do drugiej połowy XIX wieku, trudno było znaleźć miejsce, które odpowiadałoby dzisiejszym pubom. Cechą pubu jest to, że prócz perspektywy miłego spędzenia czasu z przyjaciółmi, można jakiś czas posiedzieć samemu, nie będąc przez nikogo nagabywanym. Przed wiekami sytuacja taka była niemal niemożliwa, rzadka, w najlepszym razie ekscentryczna.

Wówczas do gospody chodziło się przede wszystkim po to, by zasięgnąć informacji z najrozmaitszych dziedzin oraz podzielić się – w miarę możliwości – swoją wiedzą. Mniejszą (niż dziś) rolę odgrywał w gospodzie status danej osoby – to, czy ktoś jest cieślą, murarzem, kupcem czy arystokratą. Z chwilą pojawienia się w przestrzeni publicznej, tym bardziej w gospodzie czy szynku, pochodzenie przestawało się liczyć i – dosłownie – każdy z każdym miał prawo wdać się w rozmowę. Książę, ksiądz biskup czy inny jenerał – o ile oczywiście zajrzałby do takiego przybytku – nie dostrzegłby niczego niestosownego w rozmowie z pospólstwem, a i nikt nie widziałby niczego nadzwyczajnego w rozmowie z nim samym.

Rytuały takie bardzo odbiegały od prawideł, które obecnie rządzą naszym życiem. Dziś kobieta pytana na ulicy o godzinę lub drogę, patrzy na pytającego podejrzliwie, doszukując się w jego słowach czy gestach dwuznaczności, a może i niebezpieczeństwa. Dawniej podobne relacje były na porządku dziennym i, prócz samej wymiany grzeczności, nie wiązały się z jakimikolwiek deklaracjami czy, tym bardziej, zobowiązaniami. Wzajemna grzeczność polegała po prostu na zachowywaniu takiej, pozbawionej dwuznaczności, gry pozorów.

Gwarno jak w teatrze
Warto zwrócić uwagę na perypetie bohaterów utworów literackich. Ich dzień po brzegi wypełniony jest obiadami, lampkami wina, popołudniową herbatką, zostawianiem bilecików, przelotnymi rozmowami z dopiero co poznanymi ludźmi. Można odnieść wrażenie, że dzień XVII-, XVIII-wiecznego mieszczanina polegał na włóczeniu się po szynkach i spędzaniu czasu z nieznanymi osobami.

Samotna medytacja nad kufelkiem chłodnego piwa jedynie dziś uchodzić może za wymowny komunikat – wyrażający prośbę o nieprzeszkadzanie. Dawniej zapewne zwróciłaby uwagę postronnych i nakłoniła do nawiązania kontaktu. Zindywidualizowane formy spędzania czasu w miejscach publicznych po prostu nie występowały. Szlachcic rozparty samotnie na ławce i czytający książkę? Pogrążona w zadumie mieszczanka spacerująca w centrum miasta? Na tego rodzaju ekscesy można było pozwolić sobie jedynie w zaciszu własnej karety. Jeśli weszło się między innych, kończył się czas zarezerwowany dla siebie.

O zupełnie innym kształcie życia publicznego przekonuje choćby forma, jaką niegdyś przybierały widowiska teatralne. Według Sennetta, spektakle teatralne w pewien sposób przypominały dzisiejsze happeningi czy koncerty rockowe. Charakteryzowały się dużym udziałem publiczności. Przykład? Gdy aktor wypowiadał kwestię, która szczególnie przypadła do gustu publiczności, ta – okrzykami uznania i brawami – mogła nakłonić artystę do wielokrotnego bisu, jeszcze przed zakończeniem spektaklu. Z kolei gdy sztuka nie spotkała się z uznaniem, zdegustowani widzowie często zmuszali aktorów do zejścia ze sceny przed końcem przedstawienia.

Nierzadko też publiczność – rzecz dziś już zupełnie nie do pomyślenia – wchodziła na scenę lub sadowiła się między wykonawcami. Spektakl nie był zatem domeną samych aktorów. Wystawiana sztuka stanowiła raczej swoisty pretekst do spotkań z ludźmi. Rozmawiano głośno i bez żenady, przekrzykiwano aktorów, dzielono się na bieżąco opiniami na temat sztuki i poruszanych przez nią tematów itd. Jak widać, wzorce przebywania wśród innych, nieznanych osób, były wtedy biegunowo odmienne od tych, jakie obserwujemy dzisiaj.

Wiktoriański uniform
Na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy