Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

14 lutego 2019

Między manipulacją a lepszym zrozumieniem drugiego człowieka

24

Od wyznania: „W ogóle cię nie obchodzę” do: „Jesteś moim najlepszym przyjacielem” prowadzi bardzo długa droga. O to, jak ze sobą rozmawiać, żeby się usłyszeć, pytamy Ninę Reichter, autorkę powieści Love Line.

Znajomość zagadnień psychologicznych pomaga czy przeszkadza w miłości?
Myślę, że nie tylko w miłości, ale w każdej dziedzinie życia, wiedza bardziej pomaga niż szkodzi. Znajomość psychiki ludzkiej, owszem, może prowadzić do manipulacji, ale częściej prowadzi do łatwiejszego wzajemnego zrozumienia. Jak wykorzystamy ową wiedzę, zależy oczywiście od intencji jednostki. W oderwaniu, trudno oceniać czy znajomość zagadnień psychologii pomaga w miłości. Może stanowić remedium na problemy. Ale to też obusieczna broń.
Kiedy w naszą stronę są kierowane raniące słowa, ale zdajemy sobie sprawę, jakie stoją za nimi troski i obawy, chociaż często tych ostatnich druga strona nie artykułuje, łatwiej jest nam ominąć mur słów, jaki między sobą zbudowaliśmy i zająć się sednem problemu.

Jak przygotowywała się Pani do opisania takich tematów jak NLP, zespół stresu pourazowego, NEG, manipulacja, w obu tomach Love Line?
Przeczytałam mnóstwo książek i opracowań na temat NLP. Zespół stresu pourazowego (PTSD) kojarzy się głównie z problemem weteranów wojennych, a okazuje się, że to zagadnienie rozszerza się także na nieoczywiste obszary, takie jak wypadki komunikacyjne, a nawet w sytuacje społeczne (np. ważne wystąpienie w pracy, które wypadło wyjątkowo źle).
W dzisiejszym świecie znalezienie informacji nie stanowi problemu; ja akurat korzystałam głównie ze źródeł anglojęzycznych, ale wiem, że w języku polskim również można znaleźć niezłe materiały na temat NLP. W researchu pomogło także to, że gdy zaczęłam zgłębiać tę wiedzę, przestała ona być tylko materiałem do książki. Stałam się autentycznie ciekawa tych zagadnień. W konsekwencji w LOVE Line wykorzystałam jedynie ułamek tego, czego się dowiedziałam i co obecnie, mogę to szczerze przyznać, pomaga w wielu dziedzinach: w relacjach, w pracy, a nawet w zarządzaniu czasem.

Czy to znaczy, że zdobytą wiedzę zastosowała Pani w praktyce, we własnym związku?
Mieszkając z mężem za granicą mieliśmy taki okres, kiedy oboje czuliśmy się przytłoczeni. Przyniosło to oczywiście zgorzknienie owocujące mnóstwem wzajemnych uwag, a mijające lata jedynie je eskalowały, tak że w pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy nasze nieporozumienia są już tak znaczące, aby uznać, że „coś jest nie tak”.
Wtedy research, który zrobiłam do LOVE Line na temat psychologii związków bardzo pomógł. Pomógł spojrzeć na nasze nieporozumienia pod szerszym kątem, zamiast patrzeć na nie tylko z osobistej perspektywy – niczym zza brudnych szyb. W pewnym momencie, po kolejnym trudnym tygodniu poprosiłam męża, żebyśmy, każdy z nas, napisali listy. A raczej listę. Listę rzeczy, które wzajemnie w sobie lubimy. Które podziwiamy w drugiej osobie. Listę naszych dobrych cech.
Na końcu odpowiedzieliśmy na pytanie, co chcielibyśmy zmienić w obecnej sytuacji i dlaczego (a nie, co nam przeszkadza w drugiej stronie – tę taktykę każdy zna z domowych kłótni, czym ona owocuje, każdy wie). I nagle okazało się, że z „W ogóle cię nie obchodzę” zrobiło się: „Bardzo bym chciał, żebyś nie pracowała tak dużo, bo lubię spędzać z tobą czas. Czuję się samotny, kiedy nie masz go dla mnie. Jesteś moim najlepszym przyjacielem”. Czy postawienie sprawy w ten sposób da inny rezultat? Oczywiście, że tak. Oboje przypomnieliśmy sobie, ile rzeczy w sobie cenimy – wartościowych, dobrych, pięknych. Gdyby nie zainteresowanie psychologią, pewnie nadal rozwiązywalibyśmy problemy jak większość par – kanonadą zarzutów w zaciszu czterech ścian.
Matthew – psycholog, sam ma problemy natury psychologicznej. Czy to znaczy, że łatwiej pomóc komuś niż sobie?
Myślę, że każdy je ma. Wykonywany zawód ich nie eliminuje. Profesjonalna wiedza może natomiast pomóc łatwiej zrozumieć ich podłoże i zagwarantować narzędzia do ich rozwiązania. Ale aby poprawić swoją sytuację, potrzebne jest jeszcze jedno. Wola. Chęć. Matthew nie chciał poradzić sobie ze swoimi problemami, ponieważ traktował je jako karę, na którą zasłużył. Czuł się winny okaleczenia siostry w wypadku samochodowym, za który nie poniósł odpowiedzialności. Dlatego nie leczył swojego PTSD.

Wydawało się, że Matt miał wszystko, czego chciał. Mieszkanie z pięknym widokiem, karierę, program telewizyjny, kobietę u swego boku. Czym, w takim razie, zaimponowała mu Beth?
Czasami nie chodzi o imponowanie, a o dostrzeganie w drugiej osobie, kim naprawdę jest. Matt żył jak bogacz wśród innych bogaczy, ale wychował się przecież na robotniczych przedmieściach Londynu, w rządzonym przez przemoc Harlesden. Lwią część życia obserwował rodziców kłócących się o każdy grosz, więc czy stał się innym człowiekiem z chwilą, kiedy już jadł z bogatymi znajomymi kawior srebrną łyżeczką? Myślę, że nie. Matt poznał Bethany jeszcze zanim na dobre rozpoczął się okres tych przemian. Bethany była dziewczyną z jego bajki, ponieważ pasowała do tego kim wewnętrznie był, a nie dlatego, że miała jakąś cechę, której on nie posiadał.

Jak taka audycja radiowa jak „Love Line”, którą prowadził Matthew, z poradami związkowymi, z zagadnieniami psychologicznymi, byłaby przyjęta współcześnie w Polsce?
Takie audycje funkcjonują z powodzeniem w innych krajach. Czy w Polsce by się przyjęły? To zależy od kręgu odbiorców. Wśród ludzi młodych? Oczywiście. Gdyby emitowano ją dla przykładu, w telewizji publicznej, myślę, że nie. Audycja, którą prowadził Matthew wspiera model równości w związku, a nie nadal obecnego w wielu polskich domach patriarchatu. I choć w swojej audycji Matthew nie zajmował się seksem, myślę, że reakcje na jego audycję byłyby wśród odbiorców podzielone, tak jak podzielone są wobec książki Anji Rubik - #sexedpl. Wiadomo, że wiedza w tym zakresie jest wartościowa i potrzebna, a najlepszym tego przykładem jest ogromna sprzedaż książki (ponad 100 000 egz.), ale oczywiście znajdą się ludzie, którym ich wąski światopogląd każe sądzić, że to gorszące herezje, którym należy powiedzieć stanowcze nie.

„Może robienie właściwych rzeczy z niewłaściwych powodów… to nadal coś niewłaściwego?” Jaka jest Pani odpowiedź na pytanie, które kilkukrotnie pojawiło się w książce?
Nasuwa się prosta odpowiedź, zawarta w jednym ze znanych przysłów. „Dobrymi intencjami…” – co było dalej, każdy wie. Takie przykłady to oczywiście zawsze tylko dowód anegdotyczny, ale ile zna Pani małżeństw zawartych pod przymusem, ponieważ zdarzyła się ciąża? Ile z tych małżeństw jest szczęśliwych do dziś? A jeśli nawet te osoby są nadal razem – co częściej widzą ich dzieci? Życzliwość i harmonię czy niechęć i gniew? Z czym będą potem kojarzyły relację z drugą osobą?
Piszę książki nie tylko po to, aby dostarczyć rozrywki, ale także po to, by postawić pytania. Skłonić Czytelnika do rozmyślań. Chcę, aby fikcyjna historia wywołała wnioski, które zostaną z nami na dłużej. Dopiero kiedy tak się stanie mogę uznać, że mój Czytelnik wartościowo spędził czas.

Z Niną Reichter rozmawiała Wioleta Dziczkowska

Przypisy