Los dał nam dziecko

Wstęp

O towarzyszeniu dziecku w śmierci, o cierpieniu mężczyzny, psychoterapii po utracie i budowaniu nowego życia opowiada ANDRZEJ LIPIŃSKI, autor Kalinki.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – Śni się Panu Kalinka?

ANDRZEJ LIPIŃSKI: – Nie, już nie. Po śmierci przyśniła mi się dwa, może trzy razy. W tych snach byliśmy z nią, ja i żona – Barka, na spacerze i musieliśmy gdzieś dojść, ale nie umieliśmy, bo albo trzęsły nam się ręce, albo padał gęsty śnieg. Widziałem jej oczy, były takie realne...

Czyje oczy widzi Pan dziś w oczach Amelki?

– Oczy Amelki, wyłącznie. Są tak samo głębokie jak oczy Kalinki, ale u Amelki to głębia możliwości, wolności, a w oczach Kalinki była głębia nieskończonych pytań, na które nie umiałem odpowiedzieć. Odkąd pojawiła się Amelka, życie pachnie ruchem, kreatywnością, energią. Najpierw los zesłał nam dziecko zupełnie nieruszające się, a potem Amelkę, totalne przeciwieństwo Kalinki. Amelka jest tak ruch[-]liwa, jak gdyby chciała nadrobić coś za siostrę. Jest w dużym stopniu źródłem obecnego zapachu mojego życia.

Jak wiele czasu minęło od śmierci Kalinki do przyjścia na świat Amelki?
– Dwa lata. Amelka ma teraz pięć i pół roku. Dzięki niej Kalinka jest wciąż bardzo obecna.

Dlatego, że córka?
– Też... ale również dlatego, że Amelka w bardzo naturalny sposób zintegrowała obecność Kalinki w swoim życiu. Ogląda jej zdjęcia, często do niej mówi. Przychodzi do nas w nocy i twierdzi, że Kalinka ją budzi i coś jej opowiada.

Opowiadacie jej często o Kalince?

– Nie, raczej rzadko.

Ale był pewnie taki okres, kiedy dowiedziała się, że ktoś przed nią był. Pytała, co się stało
z siostrą...

– Po pojawieniu się Amelki, Kalinka nadal była obecna w naszym życiu, bo były zdjęcia, wspomnienia, wyjazdy do miejsc, w których bywaliśmy z Kalinką. Amelka, w moim odczuciu, zintegrowała siostrę w taki dobry sposób w swojej wizji rzeczywistości i dlatego zaszło coś w rodzaju „sprzężenia zwrotnego” – to ona często prezentuje nam Kalinkę. Myślę, że gdybyśmy byli sami, to Kalinki byłoby w naszym życiu o wiele mniej.

W książce mówi Pan o trójkącie: Barka – Pan – Kalinka. Siłą rzeczy byliście bardzo związani. A teraz jest trójkąt Barka – Pan – Amelka czy czworokąt Barka – Pan – Amelka – Kalinka?

– Czworokąt, ale w bardzo dużym stopniu dzięki Amelce i jej wizjom. Kiedyś w książeczce dla dzieci czytaliśmy o tym, kto to jest jedynak. Tłumaczę Amelce: „To ktoś taki jak ty”, a ona na to: „Ale ja nie jestem sama, przecież mam siostrzyczkę”. Pomyślałem wtedy: czy ja już tak bardzo wyparłem Kalinkę? W życiu Amelki jest ona przecież tak obecna.

Na ostatnich stronach książki o Kalince pisze Pan, że nie boi się już utraty. Naprawdę?

– Strach przed utratą jest tak atawistyczny, że nie da się go do końca wykorzenić, ale przeszedłem już kilka „prób generalnych”. Ten lęk jest we mnie nadal, tylko że utrata nie jest już tak niewyobrażalna. Myśl, że Amelce mogłoby przytrafić się coś złego, jest najgorszą z możliwych, ale nie stanowi już tabu, nie jest czymś, co się nie mieści w moim umyśle. Barka ma większe obawy, być może z racji tego, że jest kobietą. Amelka jest niewyobrażalnie odważna, aż na wyrost. Nie wiem, w jakim stopniu wynika to z temperamentu, genów, a w jakim z naszego podejścia do niej. Ona korzysta z wolności tam, gdzie wie, że może jej doświadczać. Gdy jestem z nią sam na placu zabaw i Amelka mówi, że chce wejść na drabinkę, pozwalam jej wspiąć się tak wysoko, jak tylko potrafi. Uczy się dzięki temu, że stać ją na wiele, odkrywa w sobie tę odwagę, swój potencjał. Kalinka tak bardzo była pozbawiona tej przestrzeni, wolności
ruchu...

Przez sześć lat życia Kalinki w umysłach Pana i żony musiało się zmieścić wiele niewyobrażalnego... Teraz jest życie numer dwa?

– Nie, życie jest dla mnie ciągłością, ale po śmierci Kalinki nastąpił ogromny przeskok.

Pisze Pan o swoim życiu z Kalinką jak o poruszaniu się w gigantycznym wieżowcu snów. Gdzie Pan teraz jest, na którym piętrze?
– Dosyć wysoko. Od piwnicy dzieli mnie wiele pięter, jednak wątpię, by kiedykolwiek udało mi się dotrzeć na sam dach, będący symbolem pełni życia. Patrzę teraz na wszystko z perspektywy niewyobrażalnie wąskiej krawędzi, która oddziela istnienie od niebytu. To nie jest dobry stan taka ciągła niepewność, gdzie się jest. Ale dzisiaj potrafię już z nią żyć, obojętne, czy na dachu, czy w piwnicy.

Po odejściu Kalinki, a przed pojawieniem się Amelki... jak Państwo dochodzili do siebie? Do siebie samych i do siebie jako partnerów, w związku?

– Trzy miesiące po śmierci Kalinki trafiliśmy do dwóch osobnych klinik psychosomatycznych w Niemczech. Tam pomoc psychologiczna jest świetnie zorganizowana i finansowana w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. To był pierwszy krok. Potem była grupa wsparcia „Osieroceni rodzice”, na której spotkania chodziliśmy przez kilka lat. Nigdy nie uciekaliśmy od tego tematu, i to było właściwe. Za to w Polsce spot[-]kaliśmy się z podejrzeniami, że może należymy do jakiejś sekty, skoro tak otwarcie mówimy o śmierci.

Nie umiemy mówić o śmierci naszych bliskich, nie wiemy, jak reagować, g...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy