Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Lekcje między pokoleniami

0 442

Pani Elżbieta ma 90 lat, pani Danuta 60. Dla licealistów z Sopotu stały się niezwykle ważne. Oba pokolenia mnóstwo się od siebie nauczyły.

Mimo że od dziecka miałem fantastyczne relacje z babciami, dziadkami i ich rodzeństwem, podczas studiów nawet nie pomyślałem, że pewnego dnia stanę się wielkim orędownikiem komunikacji, solidarności i integracji międzypokoleniowej. A kiedy rozpoczynałem po studiach pracę z seniorami, przez myśl mi nie przeszło, że w ciągu dwóch lat stanę się świadkiem rozwoju niezwykłych i niepowtarzalnych relacji licealistów z emerytami. A jednak.

W 2011 roku moja koleżanka polonistka, Lidia Dysarz, wpadła na pomysł, aby w sopockiej kawiarni zorganizować wieczorki, w ramach których będziemy opowiadać młodzieży i seniorom o sztuce oraz podróżach. Na początku byłem nieco sceptyczny, ale po kilku miesiącach okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Zachęceni sukcesem tego skromnego projektu, w 2012 roku przygotowaliśmy Dzień Solidarności Międzypokoleniowej, podczas którego uczniowie II LO w Sopocie oraz słuchacze Sopockiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku spotkali się w murach liceum na wspólnych warsztatach kreatywnych. Na fragmentach wielkiego koła wyklejaliśmy hasła z odpowiedziami na pytanie „Jak żyć?”, lepiliśmy z plasteliny wymarzone, europejskie cele podróży, a potem malowaliśmy palcami mandale ilustrujące symbolicznie to, co nas napędza i daje siłę na każdy dzień. Nasz projekt „poszedł w świat” – Komisja Europejska nagrodziła go w ramach konkursu „Generations@School” i znaleźliśmy się w prestiżowym gronie 27 zwycięzców z całej Europy, zajmując pierwsze miejsce w kraju. Myślałem, że to był nasz największy sukces.
Myliłem się…

Ciocia od Literatury
Po ogłoszeniu wyników i wspólnej celebracji zwycięstwa uświadomiłem sobie, że wygraliśmy znacznie więcej. Już w trakcie Dnia Solidarności słyszeliśmy od seniorów: „Ale fajna ta młodzież!”, a od licealistów: „Spoko są te babcie”. Przypomniałem sobie wtedy zdanie, które usłyszałem jeszcze na wykładach z poradnictwa psychologicznego: „W psychoterapii najważniejszym czynnikiem leczącym jest relacja, którą tworzymy z klientem”. Relacja. A gdyby dać możliwość wcześniej i później urodzonym zbudowania relacji?...

POLECAMY

Zwróciłem się wtedy do zaprzyjaźnionej słuchaczki UTW, pani Elżbiety. Nasza znajomość to niezwykły wprost zbieg okoliczności – zaraz po przeprowadzce do Trójmiasta dostałem propozycję poprowadzenia wykładu dla seniorów o wielkich religiach świata. Po zajęciach podeszła do mnie starsza pani: „Dziękuję panu za wspaniały wykład. Pan tak pięknie opowiadał o filozofii… Jestem bratanicą profesora Władysława Tatarkiewicza. To takie niezwykłe, że młodzi ludzie wciąż potrafią się zachwycić mądrością, która była sednem życia mojego ukochanego stryja”. Nogi zrobiły mi się jak z waty, a głos uwiązł w gardle. Miałem wrażenie, że ten wykład i nasze spotkanie były mi w jakiś sposób przeznaczone. Poczułem naraz wstyd i trudną do opisania radość. Ta skromna starsza pani uświadomiła mi, że nie mogę być tylko psychologiem, nie mogę porzucić mojej filozoficznej pasji – kilka tygodni później zostałem zatrudniony w liceum jako nauczyciel etyki i wiedzy o kulturze.
Pani Elżbieta szybko stała się dla mnie niemal trzecią babcią. Osobowością i urokiem zachwyciła też moich przyjaciół. Jak zahipnotyzowani słuchaliśmy jej opowieści o Powstaniu Warszawskim oraz o stryju. W końcu poprosiłem ją o spotkanie z grupą młodzieży. Wiosną 2013 roku, pod honorowym patronatem polskiego przedstawicielstwa Komisji Europejskiej, zorganizowaliśmy z Lidią kolejny Dzień Solidarności. Poświęciliśmy go Europie jako przestrzeni międzykulturowej i międzypokoleniowej. Wydarzenie zatytułowaliśmy „Kwiaty Europy”.

W ramach tego wydarzenia pani Elżbieta wybrała się z uczestnikami prowadzonego przeze mnie fakultetu filozoficznego do samego serca sopockiego deptaka – Krzywego Domku. W kawiarni rozdała wszystkim wiersze Baczyńskiego i zaczęła mówić o patriotyzmie. Młodzi ludzie usłyszeli prostą opowieść dzielnej młodej kobiety, która uczestniczyła w Powstaniu Warszawskim. „To po prostu było moje zadanie”, mówiła. „Warszawa musiała się bronić, a ja musiałam bronić jej”. Nie wahała się dzielić tym, jak nieraz ledwo uszła z życiem. Licealiści w bezruchu słuchali jej opowiadania. Kilkorgu poleciały łzy. Szczególnie utkwiła nam w pamięci historia jej stryja, któremu esesman wyrwał jedyny zachowany egzemplarz maszynopisu wybitnego dzieła O szczęściu, po czym wrzucił go do rynsztoka i krzyknął: „Nie ma już polskiej kultury!”. Profesor Tatarkiewicz schylił się, podniósł plik kartek i poszedł dalej. W końcu pani Elżbieta rzekła: „Kochani, nie przez przypadek mówię wam o tym wszystkim w dniu, w którym świętujemy jedność tak różnorodnej Europy”. Wyciągnęła z torebki flagę Unii Europejskiej i wręczyła ją młodzieży: „Ja już o wolność Europy walczyłam. Teraz czas na was. Europie ta walka wciąż jest potrzebna. Teraz wy kontynuujcie to, czego dokonało nasze pokolenie”.

Po tym spotkaniu młodzież – zafascynowana prostotą, uśmiechem, naturalnością i wielką życzliwością pani Elżbiety – zaczęła się domagać kolejnych spotkań z nią. Młodzi filozofowie stali się regularnymi gośćmi w małym, dwupokojowym mieszkaniu,
w którym nie zdejmuje się butów, bo przecież „stryj mówił, że dom to nie muzeum”. Pani Elżbieta nieustannie nas zaskakiwała. Gdy okazało się, że dwaj chłopcy z fakultetu są parą, ona – głęboko wierząca i zaangażowana katoliczka – uśmiechnęła się tylko: „Nie wierzę, żeby Bóg miał jakiś problem z tym, że dwoje ludzi się kocha”. Gdy jedna z uczennic została niezwykle niesprawiedliwie potraktowana przez Komitet Główny Olimpiady Filozoficznej, a w konsekwencji niedopuszczona do finału, do walki o nią przystąpiła także pani Elżbieta. Napisała odręczny list do organizatora olimpiady, Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, w którym stwierdziła: „Czuję się zobowiązana w sumieniu, jako duchowa spadkobierczyni mojego stryja, zabrać głos i stanąć w obronie Doroty”.

Niestety, odpowiedzi nie otrzymała – co zresztą spotkało się z powszechnym oburzeniem. Po zakończeniu olimpiady zaprosiła młodych do siebie. „W rodzinie nazywają mnie »Ciocią od Literatury«”, rzekła z uśmiechem. I wręczyła każdemu książkę. Tę, której by nie było, gdyby nie odwaga stryja. O szczęściu. A Dorocie oznajmiła: „Dla mnie jesteś zwyciężczynią, bo to ty jesteś prawdziwą filozofką. Miłośniczką mądrości”. Warto podkreślić jeden fakt: pani Elżbieta w tym roku skończyła 90 lat.

Ciocia od Przytulania
W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że taka domowa atmosfera dużo bardziej sprzyja dyskusjom filozoficznym. Wpadłem na pomysł, żeby zajęcia fakultetu z filozofii przenieść do domu pani Elżbiety. Szybko jednak do mnie dotarło, że wszyscy nie pomieścimy się u niej, a poza tym w czasie przygotowań do eliminacji okręgowych olimpiady filozoficznej musimy spotykać się codziennie. Poprosiłem więc inną zaprzyjaźnioną seniorkę, panią Danusię, niespełna 60-letnią słuchaczkę Psychologicznego Uniwersytetu Trzeciego Wieku SWPS, o użyczenie nam wolnego pokoju, o którym wcześni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy