Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Lęk przed szaleństwem w nas

0 579

Tego wszystkiego, czego boimy się w psychicznie chorym: utraty kontaktu z bliskimi, bezradności, nieprzewidywalności i gwałtowności – tego również boimy się w sobie.

Chyba zwariowałem, co ja robię? – mówimy czasem, mając nadzieję, że tak nie jest. Podobnie reagujemy na innych ludzi, gdy spostrzegamy w ich zachowaniu coś zaskakującego i niezrozumiałego. Mówimy: wariat, świr, szaleniec. W języku polskim istnieje szczególnie dużo takich potocznych określeń, używanych do nazywania czegoś, co uznajemy za odmienne, niezrozumiałe i nieracjonalne. Częstość i łatwość odwoływania się do stereotypu szaleńca jest dowodem naszych własnych lęków. Określając w taki sposób niezrozumiałe zachowania innych, uwalniamy się od swych lęków i utwierdzamy w przekonaniu, że sami jesteśmy w porządku.
Stereotyp osoby chorej psychicznie zmienia się, choć powoli. Philippe Pinel (1745–1826), uznawany za ojca nowoczesnej psychiatrii, jako pierwszy, jeszcze w czasach Wielkiej Rewolucji Francuskiej, uznał, że chorych należy uwolnić z kajdan i zacząć leczyć. Odrzucił stosowane dotąd upuszczanie krwi i podawanie środków przeczyszczających (!) i wprowadził leczenie pracą. Metoda ta, jako terapia zajęciowa, przetrwała do dzisiaj. Chorych psychicznie zaczęto leczyć. Ale zbudowano dla nich specjalne szpitale, na ogół położone daleko poza miastem, z wyraźną intencją oddzielenia ich od społeczności ludzi zdrowych. Rozwijający się w latach 60., głównie w USA, ruch antypsychiatrii zakwestionował te rozwiązania. Uznano, że to szpitale „produkują” chorych psychicznie (Thomas Stephen Szasz, „The Manufacture of Madness”). Opisano syndrom hospitalizacji (zespół objawów wywołanych długim pobytem w szpitalu, między innymi otępienie uczuciowe i intelektualne, zanik potrzeby kontaktowania się ze światem). Mówiono o stygmatyzacji, czyli społecznym piętnie, jakie nosi na sobie ktoś, kto leczył się psychiatrycznie. Chory lęka się, że zostanie odrzucony przez otoczenie (co czasem się dzieje), że trudno mu będzie znaleźć pracę czy założyć rodzinę. Ruch antypsychiatrii przyczynił się do rozwoju nowoczesnej psychiatrii społecznej i do powstania różnych form leczenia środowiskowego. W tym podejściu chory psychicznie pozostaje w domu (lub w hostelu), w kontakcie z rodziną i swoim otoczeniem. Do szpitala trafia jedynie w przypadkach gwałtownego zaostrzenia się symptomów choroby i z założenia przebywa tam możliwie krótko.
Choć może to wydać się zaskakujące, lęk przed chorobą psychiczną chroni przed nią. Pewien pacjent, niebezpieczny kryminalista, żalił się, że chciał zgwałcić kobietę. Kiedy już był tego bliski, przestraszył się i zaniechał gwałtu. Potem mówił: „Stchórzyłem!”. Można powiedzieć, że oskarżenie o tchórzostwo pochodziło od patologicznego „superego”, które odwagę widziało w gwałcie. Tymczasem lęk był reakcją zdrowego „superego”, które zapobiegło destrukcji.
A więc lęk pozwala ocenić i oddzielić to, co zdrowe, od tego, co chore. Jeśli na przykład nie chcmy, aby nasz sen się ziścił, to w istocie w naszym umyśle automatycznie oddzielamy rzeczywistość od fantazji lub halucynacji. W podobny sposób chronimy siebie, gdy w obawie o zdrowie przyjmujemy w końcu sygnały ze strony otoczenia: „Coś niedobrego się z tobą dzieje!”, lub mówimy sobie: „Co się ze mną dzieje? Nad niczym już nie panuję!”. W tych przypadkach lęk, że nasze życie wewnętrzne i zachowanie ulega stopniowej dezorganizacji, skłania nas do „zatrzymania się”, do refleksji nad sobą.
Skąd jednak lęk przed kontaktowaniem się z chorymi psychicznie? Ma on różne formy: od jawnych represji i pogardy wobec chorych do odcinania się – na przykład poprzez przekonanie, że są oni kimś bardzo różnym od nas i nie sposób ich zrozumieć lub przewidzieć, jak się zachowają. Wydaje się, że to przekonanie pomaga nam w naszej integracji psychicznej. Umacnia wiarę w to, że rzeczy niezrozumiałe, nielogiczne i przerażające są czymś niezwykłym, co mieści się w ludziach chorych. W ten sposób sami wydajemy się być racjonalni, „kontrolowalni” i przewidywalni.
Melania Klein miała sesję z małą dziewczynką, która zachowywała się bardzo agresywnie. Klein niepokoiła się o to, co może się stać na kolejnej sesji. Tymczasem dziewczynka weszła do pokoju, wzięła pluszowego tygrysa i wystawiła go za drzwi, mówiąc: „Poprzednio tygrysek był niegrzeczny, ale teraz już go nie ma i wszystko będzie w porządku”.
Czasem jednak lęk przed chorobą psychiczną bywa przesadny, wręcz destrukcyjny. Może on przybierać różną postać. Jedną z nich jest lęk przed utratą kontroli nad swoim zachowaniem („Zrobię coś strasznego, nieobliczalnego!”). W istocie ktoś doświadczający takiego lęku obawia się, że nie zapanuje nad impulsami agresywnymi lub seksualnymi. Przeżywają go osoby, w wychowaniu których było bardzo dużo zakazów i ograniczeń, hamujących ich dziecięcą spontaniczność i swobodę. Rodzice z różnych powodów (religijnych, tradycji rodzinnych) tłumili wszelkie przejawy agresywności albo ciekawości dotyczącej życia seksualnego. Bądź przeciwnie – dominował brak granic i ochrony dziecka przed przemocą czy demonstrowanymi przez rodziców zachowaniami seksualnymi. W jednym i drugim przypadku wysiłek osoby skierowany zostaje na utrzymanie kontroli nad tymi impulsami („Jest to złe i zakazane” lub „Nie chcę ponownie przeżywać tego, co było tak przerażające i obrzydliwe”).
Innym rodzajem lęku jest lęk przed fragmentacją i rozpadem osobowości (często obecny u głębiej zaburzonych pacjentów), czyli obawa przed tym, że nasze „ja” rozpadnie się na niepowiązane ze sobą części, że „przestaniemy być sobą”. Przeżywają go pacjenci, których zaburzenia sięgaj...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy