Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Łaska CHOROBY

0 373

Na pewno łatwiej jest tym chorym, którzy posiadają łaskę akceptacji własnego nieszczęścia, taką hiobową zdolność zawierzenia Bogu – że On wie lepiej. To daje im siłę do kolejnej mobilizacji. O woli życia ludzi chorych opowiada STANISŁAW GÓŹDŹ. Doktor nauk medycznych Stanisław Góźdź jest onkologiem, dyrektorem Świętokrzyskiego Centrum Onkologii (uważanego za jedno z najlepszych w kraju) i wojewódzkim konsultantem ds. onkologii klinicznej. Napisał ponad 30 prac poświęconych chorobom nowotworowym. Lubi biegać (także maratony) i jeździć na rowerze. Jest honorowym prezesem Kieleckiego Towarzystwa Cyklistów.

Piotr Żak: – W filmie Nanni Morettiego „Pokój syna” jest taka scena: główny bohater – psychoanalityk – prowadzi sesję z pacjentem, który dowiedział się, że ma raka. Pacjent twierdzi, że pokona chorobę dzięki sile ducha. W odpowiedzi słyszy: kto ma umrzeć – umrze, kto ma przeżyć – przeżyje, i wola nie ma tu nic do rzeczy. Który z tych poglądów jest Panu bliższy?
Stanisław Góźdź: – Oczywiście ten pierwszy. Sama choroba jest kataklizmem, człowiekowi wszystko się wali. Powiedzenie komuś: „Masz raka” – brzmi jak wyrok. I teraz, w tym momencie unicestwienia trzeba w sobie znaleźć wolę życia. Pomaga w tym szczególny stan, który według mnie jest wielką łaską – akceptacja nieszczęścia, pokora wobec niego. Zresztą pomaga ona nie tylko w chorobie, ale i w życiu. Dlatego że to, co warto robić w codziennym życiu, to dawać drugiemu, pomagać mu, chociaż nieraz bilans na dziś może wskazywać, że jestem frajer. A jednak dawanie dobra umacnia i bilansuje się zawsze na plus. To zawsze jest dobra inwestycja. A choroba onkologiczna z niezwykłą mocą uświadamia, że wszystko jest nam darowane, że każdy kolejny dzień życia jest niezwykłą łaską. Pokazuje, jak krótki jest czas, który został nam dany, że czyniąc dobro, zdobywamy pewien spokój, komfort. Ale bez woli pokonania choroby, bez gotowości do zmagania się z nią, jest znacznie trudniej. Paradoksalnie to nieszczęście wyzwala dziwną moc. W pierwszym etapie choroby ktoś jest jak ścięty kwiat, ale po pewnym czasie widzę, że ta choroba go umacnia, że rodzi się w nim wola trwania. To dla mnie też jest rodzaj łaski – że mogę coś takiego widzieć: akceptację cierpienia, a później nadejście siły, woli, żeby trwać, zmagać się.

A więc zaprzeczanie, odrzucanie choroby działa wręcz na szkodę pacjenta...
– Tak. Brak akceptacji rodzi bunt, jeszcze pogłębia to cierpienie. Pojawia się świadomość niemożności odmiany tego, co się dzieje. Dlatego tak ważne jest, aby ci ludzie znaleźli sobie jakiś cel, do którego mogliby dążyć. Wtedy rodzi się wola, siła, chęć parcia do przodu. Cel pozwala też wyjść z zamknięcia, dojrzeć. To nieszczęście tak ich wzmacnia, że chcą nieść pomoc innym.

Ela Bojanowska, nasza pierwsza graficzka, przez ponad pięć lat zmagała się z rakiem, choć specjaliści dawali jej nie więcej niż dwa, dwa i pół roku życia. Ona wyznaczała sobie kolejne cele do osiągnięcia: dokończenie kilku spektakli teatralnych, matura syna i potem jego studia, wreszcie wydanie zbioru wierszy zmarłego na raka męża. Odeszła w kilka miesięcy po osiągnięciu tego ostatniego celu.
– Podstawowe pytanie w przypadku nowotworu brzmi, jak długo. A ja zawsze odpowiadam: to wie tylko Pan Bóg. I ta perspektywa daje choremu – paradoksalnie – pewną mobilizację: „Choruję, ale ten zdrowy obok mnie też nie wie, czy to on nie będzie pierwszy”. Więc cieszmy się tym każdym darowanym dniem i możliwością osiągania kolejnych drobnych celów, bo to nam daje poczucie satysfakcji. To mobilizuje do następnych działań. Moim hobby jest ruch: bieganie, jazda na rowerze. Codziennie wyznaczam sobie cele: przebiegnę dziesięć kilometrów, przejadę na rowerze czterdzieści. Jak to zrobię, mam satysfakcję, że udało mi się zmobilizować, że czegoś dokonałem. I tak samo jest w chorobie. Na pewno łatwiej jest tym chorym, którzy posiadają łaskę akceptacji własnego nieszczęścia, taką hiobową zdolność zawierzenia Bogu – że On wie lepiej. To daje im siłę do kolejnej mobilizacji. Być może podchodzę do tego w ten sposób, bo sam doświadczyłem czegoś podobnego. Moja mama kilkanaście lat spędziła w łóżku. Cierpiała na gościec postępujący, przeszła wiele operacji. Ale to była osoba najszczęśliwsza, pełna radości, uśmiechnięta. Miała łaskę wiary i stąd płynęła jej siła. I pewnie dlatego inaczej patrzę na sprawę cierpienia, traktuję zdolność do jego akceptacji jako nadzwyczajną łaskę.

Jakie znaczenie dla Pana pacjentów ma pomoc, którą moglibyśmy nazwać duchową?
– Gdy organizowałem Centrum, uznałem, że jednym z jego najważniejszych miejsc powinna być kaplica, czyli – jak j...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy