Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , Praktycznie

20 marca 2018

Kraina zapomnienia

63

Alpy łączą mówiących różnymi językami Szwajcarów bardziej niż cokolwiek innego (nie licząc szwajcarskiego franka). I jak lep przyciągają turystów, którzy chcą tu zapomnieć o świecie i o sobie samych.

Góry zajmują 60 procent terytorium Szwajcarii. Od wieków kształtowały charakter Helwetów. Stały się centralnym motywem ich zbiorowej wyobraźni. Są czymś więcej niż tylko granitowymi wypiętrzeniami.
– Góry to dla mnie medytacja – podkreśla Martina, która po górach chodzi od dziecka. – Gdy idę, koncentruję się na każdym kroku, bo też każdy krok jest ważny, zwłaszcza w wyższych partiach. Uważność, świadomość własnego ciała, koncentracja, spokój sprawiają, że każda wyprawa to moment absolutnego resetu. Ogromnego zmęczenia i jednocześnie całkowitego odpoczynku.

Koziorożce przyszły na występ

„Podczas chodzenia po górach zaangażowane są ciało, umysł i duch. Idziesz i jednocześnie doświadczasz przeżycia duchowego. To właśnie ta kompleksowość pociąga ludzi” – mówił w jednym z wywiadów o rosnącym ruchu pielg[-]rzymkowym w szwajcarskich Alpach Theo Bächtold, pastor z Zurychu. To samo można powiedzieć o wędrowaniu, które też jest rodzajem pielgrzymki, tylko celem jest nie sanktuarium, lecz szczyt. W obu przypadkach ważny jest nie tylko cel, ale też – lub może przede wszystkim – sama droga, bycie z innymi lub z samym sobą. Bo przecież chodzi nie tylko o to, by zdobyć górę, lecz o pokonywanie własnych słabości czy mierzenie się ze sobą.

Wędrowanie, wspinaczka, narciarstwo alpinistyczne to sport i zarazem pasja. – Najbardziej inspirujące są dla mnie nowe miejsca, zjazd ciekawą trasą, która jest wyzwaniem. Nie ma znaczenia, czy zjeżdżam ze szczytu, który ma cztery czy tylko trzy tysiące metrów. Widzę wielką górę i zastanawiam się, jak na nią wejść. Jestem na stromej ścianie i myślę, czy dam radę zjechać – opowiada Łukasz, który uprawia ski-touring. – Wspaniale jest popatrzeć na taką ośnieżoną górę po zjeździe i na stromej ścianie zobaczyć pojedynczy ślad, własną sygnaturę. Wkrótce zasypie ją śnieg, ale przez dwa dni ślad będzie widoczny.

„W pewnym sensie te nieznane górskie krajobrazy, z dolinami poszarpanymi szczytami, szczelinami, odzwierciedlają nasze wewnętrzne pejzaże – lęki, fantazje, mroczne myśli”* – przekonywał w książce A Tour of Mont Blanc psycholog David Le Vay z University of Roehampton. Podkreślał, że góry mają w sobie coś, co obrazuje nasze wzloty i upadki, szczyty i niziny ludzkiego ducha. Są archetypicznym miejscem, które przyciąga nas swoją potęgą. I malowniczością, o której urodzony w Genewie Jean-Jacques Rousseau pisał: „W górskich pejzażach jest rodzaj nadzwyczajnego piękna, które oczarowuje zarówno zmysły, jak i umysł do tego stopnia, że zapomina się o sobie samym i całym świecie”*. Doświadczył tego każdy, kto spędził choćby dzień w wysokich górach, z dala od utartych szlaków.

Pamiętam pogodny lipcowy dzień, z błękitem nieba i słońcem równoważonym chłodnym powietrzem na wysokości. Budynki wielkości pionków z gry „Monopol”, wraz ze wszystkimi nizinnymi sprawami pozostały gdzieś w dolinie. Z wysokości 2273 m n.p.m. wydają się odległe. Dzięki klarowności powietrza dobrze widać otaczające szczyty – podobno można ich dostrzec aż 191. Siedząc na ciepłym kamieniu, nie liczę wierzchołków. Czerpię energię i odpoczywam z towarzyszami po długim marszu. Kończymy jeść pożywną zupę przed schroniskiem, gdy podchodzi do nas starsza turystka i w szwajcarskim dialekcie mówi: – Chodźcie zobaczyć, na stoku pojawiły się koziorożce.

Wypatrujemy zwierząt z niesamowitymi szablowymi rogami, odcinającymi się na tle gór. Jakiś impuls każe mi podejść bliżej, wdrapuję się na strome wzniesienie tuż przed nami. Nagle jestem sama, nie widać ludzi, schroniska, otwierają się kolejne szczyty, alpejską ciszę przerywają tylko pogwizdywania świstaków. Kilkadziesiąt metrów przede mną dwa piękne okazy z imponującym porożem. Czuję się, jakbym zobaczyła mitycznego jednorożca. U podnóża masywnego Chli Kärpf, liczącego 2700 m n.p.m., bliskość gór i tych niesamowitych zwierząt oraz fakt, że jestem sama, sprawiają, że ta chwila pozostanie najbardziej magicznym momentem w górach. Aż do następnej wyprawy, kiedy znów może przydarzyć się coś niezwykłego w tym teatrze natury. – Ach koziorożce, przyszły na coniedzielny występ – śmieje się, widząc moje podekscytowanie, kelnerka ze schroniska, przyzwyczajona do tych cudów natury.

Kokosy z alpejskich dolin

Ciężki alpejski klimat oraz surowość krajobrazu od wieków kształtowały charakter Helwetów. Z perspektywy mieszkających tu cudzoziemców Szwajcarzy są zamknięci, funkcjonują we własnych kręgach, zachowując do obcych przyjazny dystans. Margaret Oertig-Davidson, autorka Beyond Chocolate: Understanding Swiss Culture, nawiązując do teorii pola sformułowanej przez psychologa Kurta Lewina, pisała, że Szwajcarzy są jak orzechy kokosowe. Stawiają wyraźną barierę między relacjami zewnętrznymi, w pracy czy powierzchownymi znajomościami, a wewnętrzną przestrzenią, którą tworzą rodzina i bliski krąg przyjaciół. Gdy jednak ktoś zdoła się przebić przez skorupę orzecha, nawiązują się stabilne i długotrwałe przyjaźnie. Często na całe życie.

Szwajcarzy identyfikują się z miejscem swojego pochodzenia, a małe ojczyzny są ważnym elementem ich tożsamości. – W Szwajcarii, nawet jeśli jesteś profesorem czy dyrektorem banku, z dumą mówisz o górskiej wiosce, w której dorastałeś. I utrzymujesz więzi z dawnymi kolegami i społecznością – mówi Verena, mieszkanka Zurychu, pochodząca z niewielkiej wioski w Ticino, gdzie często bywa. Alpy, oddzielające doliny,...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy