Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Każdy maluje swoją tęczę

71

Drogowskazy na drodze do szczęścia stawia prof. dr hab. Janusz Czapiński. Janusz Czapiński jest psychologiem, prorektorem Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania, wykładowcą na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorem kilku teorii dotyczących emocjonalnych i poznawczych mechanizmów adaptacji, m.in. cebulowej teorii szczęścia. Od 1991 r., razem z socjologami, ekonomistami i demografami, prowadzi badania nad jakością życia Polaków.

Dorota Krzemionka-Brózda: Dążenie do szczęścia jest powszechne, każdy chce być szczęśliwy...
Janusz Czapiński: – W Konstytucji Stanów Zjednoczonych jest wręcz zapisane, że każdy ma prawo do szczęścia.

Ale nie wszyscy potrafią korzystać z tego prawa. Istnieje rozbieżność między powszechnym dążeniem do szczęścia, a zdolnością jego odczuwania.
– Na szczęście poza stanowionym prawem mamy jeszcze biologiczne prawo do szczęścia. W długim procesie ewolucji człowieka ostały się te linie genetyczne, które miały wystarczająco silne wewnętrzne mechanizmy gwarantujące motywację do tego, by – niezależnie od sytuacji życiowej – zerwać się z łóżka i coś robić. Należymy do tych szczęśliwców.

A zatem nasze szczęście jest zapisane w genach. To skrajny determinizm...
– David Lykkens, emerytowany profesor psychologii na Uniwersytecie Minnesota, twierdził nawet, że jest ono w 100 proc. uwarunkowane genetycznie. Ale wrodzony jest tylko pewien potencjał szczęścia i nie wszyscy go w pełni wykorzystujemy. Przy tym samym potencjale ludzie mogą być w różnym stopniu szczęśliwi i zadowoleni z życia. Możemy ten biologiczny kontrakt na szczęście zepsuć. Natomiast nie jest możliwe, żebyśmy przekroczyli jego górny pułap. Możemy go przeskoczyć na chwilę, albo oszukiwać się, sięgając po różne chemiczne wspomagacze. Ale nie można radować się bardziej niż momentami zdarza nam się radować, bo byśmy się rozpadli. Ten naturalny sufit u różnych osób jest na różnej wysokości.

Wielu z nas ulega iluzji, że może ten sufit przeskoczyć, że zawsze można być bardziej szczęśliwym niż się jest...
– Ewolucja nie wierzyła w naszą mądrość i złapała nas w pułapkę dążenia do maksymalizowania szczęścia. Ze złudzenia postępu wynikają korzyści w skali społecznej i indywidualnej. W nadziei, że będziemy szczęśliwsi, budujemy dom. Zazwyczaj nie daje nam to szczęścia, często w trakcie budowy rozpada nam się małżeństwo, ale jednocześnie ułatwiamy start w życie swoim dzieciom. Szczęście jest produktem ubocznym naszych działań. Wielu z nas ponosi koszty tego ewolucyjnego oszustwa. Zaczynamy się zniechęcać. Mamy już samochód, wymarzony dom, zarabiamy tyle, ile chcieliśmy i łapiemy się na tym, że byliśmy szczęśliwsi wtedy, gdy mieszkaliśmy w małej klitce, kochaliśmy się z żoną, a dzieci były na wyciągnięcie ręki. I możemy się zniechęcić, wycofać z rzeczywistego postępu, ponieważ nie dał nam on postępu emocjonalnego.

Wolter pisze, że jesteśmy nieszczęśliwi, bo czegoś nam brak, ale gdy to posiadamy, nie jesteśmy bardziej szczęśliwi.
– To jest typowe złudzenie postępu hedonistycznego. Nie ma hedonistycznego ani moralnego postępu. Jest tylko postęp technologiczny. On sprawia, że nasze życie jest łatwiejsze.

Anthony de Mello, hinduski jezuita, uważa, że nic nie trzeba robić, żeby być szczęśliwym. Szczęścia nie można zdobyć, bo już je mamy w sobie. Natomiast według Martina Seligmana, guru psychologii pozytywnej, szczęście jest nagrodą za wysiłek, można je rozwijać, wręcz uczyć się go...
– Paradoksalnie, obaj mają rację. Szczęście bywa różnie rozumiane. W rozumieniu hedonistycznym szczęście jest przewagą pozytywnych doznań emocjonalnych nad negatywnymi. Jest nam dobrze, bo więcej w nas radości niż smutku. W odniesieniu do tego wymiaru de Mello ma rację – nic nie musimy robić. Nie musimy o nic się specjalnie starać, żeby ponownie pozytywne emocje zdominowały nasz umysł i samopoczucie – ani budować domu, ani wymieniać samochodu, ani do niczego dążyć – wystarczy leżeć w ciepłej wodzie...

– Dać sobie czas...
– Tak, i nawet jak nam się jakieś nieszczęścia przytrafią, to po jakimś czasie się z nimi oswoimy. Większość ludzi nawet po największych nieszczęściach odzyskuje optymizm. Trochę inaczej myślą o życiu, ale na wymiarze emocjonalnym nie ma trwałych, uszkadzających efektów. Tu de Mello ma rację. Ale mają ją i ci, którzy twierdzą, że szczęście można wykuwać w pocie czoła i robić masę rzeczy po to, żeby utrwalić w sobie stan zadowolenia z życia – mają, tylko w odniesieniu do zupełnie innej kategorii szczęścia. Takiej, którą Arystoteles nazywał eudajmonizmem. Chodzi tu o odkrywanie swojego prawdziwego „ja” i tego, na co nas naprawdę stać. Aby te potencjały odkryć, musimy zacząć coś robić. Muszę zacząć brzdąkać za młodu na pianinie, aby stwierdzić, że mam talent muzyczny. Samo wpatrywanie się w gwiazdy takiej wiedzy mi nie da i nie pozwoli tych potencjałów wykorzystać. O szczęście eudajmonistyczne musimy walczyć, przezwyciężać życiowe przeszkody. Szczęście hedonistyczne nie wymaga wytyczania przed sobą dalekosiężnych celów. Wystarczy nie narażać się na ból, bo jeśli nic złego nam się nie przytrafia, to z definicji jesteśmy już szczęśliwi. W wymiarze eudajmonistycznym to nie wystarczy. A nawet to w ogóle nie ma znaczenia, czy przytrafiają się nam bolesne rzeczy, ponieważ one też potrafią budować i mogą się przyczynić do odkrycia naszych prawdziwych możliwości. Gdy młody chłopak ćwiczy palcówki na pianinie, to może mieć opuchnięte palce, może mieć wszystkiego dosyć. Budowanie życia zgodnego z prawdziwym „ja” jest drogą usłaną wieloma klęskami, złymi doświadczeniami. Liczy się tylko, czy te dobre i złe doświadczenia na drodze do odkrywania swojego prawdziwego „ja” składają się w jakąś sensowną całość.

Wszyscy mamy taką samą naturę, więc dla wszystkich droga do szczęścia jest taka sama, a z drugiej strony każdy z nas jest szczęśliwy na swój sposób.
– Można powiedzieć, że wszyscy dysponujemy tą samą paletą barw, ale obrazy tworzymy różne – jedni bardziej udane, inni mniej. Dysponujemy tymi samymi narzędziami. Co więcej, może się zdarzyć, że idąc tą samą drogą, albo odkrywamy w sobie wrodzone talenty, albo wyłącznie kolekcjonujemy pozytywne emocje. Droga do szczęścia eudajmonistycznego i hedonistycznego może być dokładnie taka sama. Tylko jeden człowiek na tej drodze kolekcjonuje przyjemności, a inny zastanawia się, czy jest bardziej mądry, twórczy i ma pełniejsze życie niż rok temu.

Szczęście eudajmonistyczne wymaga rozwijania cnót. Jak piszą C.R. Snyder i Michael McCullough cnota to cecha, której posiadanie przyczynia się do dobrostanu własnego i innych, zapewnia nam lepsze samopoczucie i lepsze relacje z ludźmi.
– Psychologowie odkurzyli pojęcie cnót. W Stanach ukazała się książka zatytułowana „Character Strengths and Virtues” („Cnoty i siła charakteru”), złożona z wybitnych tekstów. W tym może być tęsknota za życiem innym niż to, którego doświadczają współcześni Amerykanie. Alarmuje się tam, że społeczeństwo poszło złą drogą – liberalnej ekonomii, konsumeryzmu i relatywnego traktowania wszelkich wartości. To nie czyni Amerykanów ludźmi szczęśliwymi. Te głosy wkomponowują się w odradzający się od czasu do czasu ruch komunitarian, który oponuje przeciwko nadmiernej liberalizacji wszystkiego: ekonomii, obyczajowości, scenariuszy życiowych. Głos Martina Seligmana i Davida Myersa wpisuje się w ten okrzyk: „Za daleko poszliśmy w kierunku swobód”. Z tego wynika ogromne zróżnicowanie ekonomiczne między ludźmi i mętlik co do wartości. Komunitarianizm jest jednak rodzajem solarium na złą pogodę. A pogoda za oknem jest czasem dobra i wtedy solarium nie jest potrzebne. Rzeczywiście w Stanach w pewnym momencie rozbuchany konsumeryzm moralnie nieco zdeprawował ludzi. Pojawiła się tęsknota za dobrą wspólnotą, z poczuciem silnych więzi, zobowiązań i z twardymi normami. W rozwiniętych społeczeństwach za bardzo uprościliśmy ten złożony stan psychiczny, jaki nazywamy szczęściem, wybierając z niego tylko jeden wymiar – łatwego, przyjemnego, pełnego wrażeń i niekłopotliwego życia. Zaniedbaliśmy trochę ten bardziej wymagający wymiar cnót.

– Jakie cnoty warto rozwijać, by być szczęśliwym?
– Wszelkie cnoty, które zbliżają nas do innych ludzi i sprawiają, że inni radują się na nasz widok. Ważny jest także brak pychy. Bardziej się opłaca dawać niż brać. W pewnym sensie wszelkie dawanie będzie odwzajemnione. Ludzie, którzy jakkolwiek zostali przez nas obdarowani, nie wytrzymają zbyt długo, nie oddając tego innym. A jak wszyscy będziemy dawać, to nas także spotka rewanż. Oczywiście nie powinniśmy na ten rewanż czekać, ponieważ dar wynikający z prawdziwych cnót jest darem bezinteresownym. Inaczej mamy do czynienia z cynizmem i cwaniactwem. Nie wywyższanie się, nie dołowanie innych. Ważna jest też cnota, która owocuje tolerancją, czyli umiejętność oglądania świata oczami innego człowieka, ale bez wyrzekania się własnej optyki, własnego zdania. Można mieć własne zdanie i je promować, co nie znaczy, że nie dostrzegamy racji innych ludzi. Jak dostrzegamy racje innych ludzi, to możemy wspólne terytorium umiejętnie podzielić tak, żeby nie wchodzić sobie w paradę.

– Inne cnoty?
– Ważna jest cierpliwość i samodyscyplina. To, co gubi nas w życiu indywidualnym i zbiorowym, to taka dziecięca przypadłość, mianowicie nieumiejętność odraczania gratyfikacji. Jeśli ma się mi coś przyjemnego zdarzyć, to chcę, żeby zdarzyło się natychmiast. To prowadzi do społecznie niepokojącego zjawiska, nazwanego dylematem społecznym. Jest wspólne pastwisko. Mnie zależy, żeby moje krowy zjadły jak najwięcej świeżej trawy, ale jeśli wszyscy wypasający tak postąpią, to szybko możemy zniszczyć to pastwisko. Jeśli wszyscy Polacy dadzą jak najmniej do wspólnej kasy, to wkrótce zacznie się szerzyć przestępczość, bo nie będzie pieniędzy na policję. Nastawienie na cnoty charakteru wymaga umiejętności odraczania. Wtedy budujemy swoje życie w dłuższej perspektywie, rezygnujemy z natychmiastowej przyjemności, realizując odlegle cele.

– Czasem źle wybrane lub zdefiniowane cele mogą nas unieszczęśliwić...
– Mihaly Csikszentmihalyi uważa, że prawdziwe szczęście może nam dać stawianie sobie celów autotelicznych, czyli takich, które nie są środkami do czegoś, ale są ważne same w sobie. Zawieram małżeństwo nie po to, żeby mieć łatwy seks, ciepłą strawę i jakiś zawór ekonomicznego bezpieczeństwa, tylko dlatego, że chcę być z drugą osobą i niczemu dodatkowemu to nie służy. Stawianie sobie celów autotelicznych zawsze wiąże się z motywacją wewnętrzną. Dążę do czegoś, ponieważ znajduję w tym moją własną wartość. Nie oczekuję na żadne pochwały z zewnątrz, robię coś z potrzeby serca. Są ludzie, którzy codziennie podążają do pracy, traktując ją jako zewnętrzne zobowiązanie do zarabiania pieniędzy. Żadna niewolnicza praca nie da wewnętrznego zadowolenia.
Ważne są także silna wola i samokontrola. One pozwalają nam nie rozpraszać się na błyskotki, które obiecują więcej, niż są warte. Dzięki temu nie tracimy energii i odkrywamy swoje prawdziwe „ja” najkrótszą drogą.

– Roy Baumeister udowadnia, że wolę można ćwiczyć jak mięsień.
– Można, jeśli rodzice w nas tego wcześniej nie wyćwiczą. Każda cnota zaczyna się od wymogów zewnętrznych. Rodzice powtarzają dziecku, że musi podzielić się cukierkami z kolegą, musi zaczekać na obiecany prezent, narzucają mu dyscyplinę dbania o porządek. Te wszystkie umiejętności zaczynają być naszymi nawykami. Ale jeśli rygor zewnętrzny był niewystarczający, to na naukę cnót trzeba się zapisać do szkoły wieczorowej dla dorosłych. To jest trudniejsze. Ważną cnotą jest odwaga. Bez niej nie bylibyśmy zdolni do transgresji i wejrzenia w potencjały, które w nas drzemią. Bez odwagi młodego człowieka, który – wbrew sprzeciwowi rodziców – zamiast na studia prawnicze idzie na Akademię Sztuk Pięknych, nie narodziłby się być może wspaniały artysta. Trzeba umieć ryzykować, kierując się intuicją wskazującą, co mógłbym robić i kim mógłbym być. Zbyt wielu ludzi traktuje intuicję jako bardzo niepewną podstawę do planowania czegokolwiek. Wydaje mi się, że jakaś kobieta jest dobrą kandydatką na żonę. Ale zaczynam się zastanawiać na zimno, czy spełnia ona szereg ważnych warunków, na przykład, czy wyznaje tę samą co ja religię, czy jest wystarczająco inteligentna. Kierując się racjonalnymi przesłankami, mogę wpaść jak śliwka w kompot. Ludzie, zanim podejmą decyzję lub działanie, chcieliby mieć pewność, że osiągną zamierzony cel. I wydaje im się, że tę pewność mogą zyskać, kierując się bardzo racjonalnymi przesłankami. Na rzecz intuicji pracuje 95 proc. naszej psychiki, tej poza naszą świadomą kontrolą. A mimo to mamy większe zaufanie do tego, co wypracowuje te pozostałe 5 proc. naszej psychiki, które jest dostępne naszej świadomości. To 5 proc. jest niezbędne na zasadzie Najwyższej Izby Kontroli.

– Barbara Fredrikson, profesor Uniwersytetu Michigan, dowodzi, że osoby szczęśliwsze, w lepszym nastroju, podejmują mądrzejsze decyzje. Warto być szczęśl...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy