Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

KAŻDY JEST SAMOTNĄ WYSPĄ

0 857

Samotność jest jak silnie działająca substancja. Może być lecznicza – daje okazję do odkrywania siebie. Bywa trująca, szczególnie dla ludzi ściganych przez cień przeszłości, traumę przeżytą w dzieciństwie lub skrywaną głęboko tajemnicę – twierdzi JOANNA HEIDTMAN.

Samotność jest jak silnie działająca substancja. Może być lecznicza – daje okazję do rozwoju i odkrywania siebie. Bywa trująca, szczególnie dla ludzi ściganych przez „cień przeszłości”, traumę przeżytą w dzieciństwie lub skrywaną głęboko tajemnicę.

Potrzebujemy innych ludzi, by żyć. Wzrastamy w związkach z innymi. A jednak poczucie samotności, odrębności i alienacji towarzyszy nam w różnych momentach życia. Egzystencjaliści twierdzili, że większość z nas doświadcza dojmującego uczucia samotności, nawet, a może zwłaszcza wtedy, kiedy przebywamy wśród ludzi. Każdy miewa czasem poczucie, że został pozostawiony sam ze swoimi sprawami i że nikt nie może mu pomóc. Zdarza się tak, kiedy dokonujemy trudnych, indywidualnych życiowych wyborów, kiedy konfrontujemy się z własnym „ja”, z własną śmiertelnością. Lęk egzystencjalny rodzi się ze świadomości, że nie możemy dotrzeć do odmiennego świata drugiego człowieka. „Żyjemy na archipelagach” – mówi Fortynbras do Hamleta w wierszu Zbigniewa Herberta, podkreślając bolesną i nieprzekraczalną granicę pomiędzy ludźmi. Nawet tymi, którzy wydają się sobie bliscy. Szczególnie boleśnie doświadczają tej samotności egzystencjalnej ludzie ścigani przez „cień przeszłości”, traumę przeżytą w dzieciństwie lub w młodości, skrywaną głęboko „tajemnicę” strasznych przeżyć, które zmusiły ich do oddzielenia części siebie i nieujawniania jej wobec innych, czasem także wobec samego siebie. Takie osoby żyją wśród ludzi, ale mają poczucie, że oddziela ich od bliskich szklana szyba, za którą jest cisza i samotność. Samotność, choć przez niektórych „oswojona” lub wykorzystywana do różnych celów (odosobnienie towarzyszące modlitwie, medytacji, odkrywaniu siebie), rzadko rodzi uczucie szczęścia – na ogół ciężko się z nią uporać.
Jeszcze na początku XX wieku psychologowie uważali, że potrzeba afiliacji – czyli potrzeba, by inni byli blisko nas – jest wrodzonym instynktem człowieka. W 1916 roku W. Trotter pisał: „Âwiadoma jednostka doznaje nie poddającego się analizie, pierwotnego poczucia przyjemności w obecności swoich towarzyszy, zaś równie pierwotnego poczucia przykrości, gdy są oni nieobecni. Jest dla niej oczywistą prawdą, że samotność jest czymś niedobrym dla człowieka”.

Niewidoczna sieć bezpieczeństwa

Z badań psychologa społecznego Stanleya Schachtera wynika, że potrzeba bycia z innymi nasila się wtedy, gdy osoba jest zaniepokojona, gdy sytuacja staje się niejasna czy zagrażająca. Schachter wzbudzał emocje silnego lęku u osób badanych, wspominając im o czekających je wstrząsach elektrycznych. Następnie osoby te miały dokonać wyboru: czy spędzić kilkunastominutowy czas oczekiwania w samotności, czy też w towarzystwie innych. Okazało się, że niemal 70 proc. badanych wolało przebywać z innymi ludźmi. Najciekawsze jest to, że chcieli, aby były to osoby, które także czkały na niemiłe badanie. Chodziło więc nie o bycie po prostu z innymi ludźmi, ale z takimi, których sytuacja jest podobna.

W chwilach niepokoju i lęku dzieci zwracają się do rodziców, a ci pocieszają je i łagodzą nieprzyjemne emocje. Od najwcześniejszych lat uczymy się kojarzyć obecność innych ze zmniejszeniem obaw i stresu. Stąd między innymi tendencja do łączenia się w grupy tych ludzi, którzy poszukują wsparcia emocjonalnego, na przykład osób chorych na raka, żon i mężów alkoholików czy rodziców dzieci upośledzonych.

Badania w dziedzinie psychologii zdrowia wykazały, że głębokie kontakty z ludźmi wiążą się z lepszym zdrowiem, mniejszą podatnością na infekcje, z dłuższym i szczęśliwszym życiem, zaś samotność związana jest z obniżoną odpornością organizmu. Badano na przykład osoby, które przeszły zawał serca. Okazało się, że drugi zawał nastąpił u 16 proc. z tych, którzy mieszkali samotnie, i tylko u 9 proc. mieszkających z drugą osobą. To i podobne badania wskazują oczywiście jedynie na korelacje między odpornością na stres a wsparciem społecznym. Jednak Bolger i Eckenrode, którzy kontrolowali takie cechy, jak neurotyczność czy ekstrawersja, wykazali, że osoby utrzymujące silne więzi z innymi lepiej radzą sobie ze stresem i z trudnymi sytuacjami życiowymi. Uczestnikami badań byli studenci. Miesiąc przed egzaminem psychologowie badali u nich poziom stresu i kontakty z innymi. Zaobserwowali, że studenci nawiązujący więcej kontaktów społecznych byli mniej zestresowani przed sprawdzianem wiedzy. Co istotne, chodziło tu jedynie o kontakty dobrowolne i osobiste – samo przebywanie w grupie podczas zajęć nie miało takiego oddziaływania.

Można powiedzieć, że kontakty z ludźmi stają się tarczą chroniącą przed niepokojem, frustracją i negatywnymi odczuciami. Tworzą one niewidoczną „sieć bezpieczeństwa”, o której nie myślimy, ale świadomość, że jest, daje nam lepsze samopoczucie. Staje się ona szczególnie ważna, gdy jesteśmy słabi – przeżywamy stres, kryzys, sytuację trudną. Wtedy najczęściej zdarza nam się powiedzieć: „Dobrze, że jesteś”.

Psychologowie społeczni w latach 80. i 90. minionego stulecia badali relacje pomiędzy samotnością, depresją i wsparciem społecznym. Nie wynika z tych badań, co jest przyczyną, a co skutkiem, ponieważ uczeni zajmowali się raczej samonapędzającym się mechanizmem tworzącym błędne koło autodestrukcyjnych myśli i zachowań. Punktem wyjścia była cecha określona jako „depresyjność”. Stwierdzono, że depresyjne osoby gorzej radzą sobie ze stresującymi wydarzeniami życiowymi. Często jednak, gdy zwracają się do innych o pomoc, ich depresyjne skupienie się na sobie może w efekcie odpychać ludzi, których wsparcia poszukiwali. Z czasem wokół osoby depresyjnej może pojawiać się społeczna pustka.

Na samych siebie

D. Russell za punkt wyjścia w opisie tego mechanizmu wybrał samotność. Stwierdził u osób samotnych silniejszą niż u osób towarzyskich skłonność do myślenia o sobie w niekorzystny sposób i do ostrzejszej samokrytyki. Jego zdaniem ludzie samotni zaczynają czuć się skrępowani w towarzystwie innych. Odbierani jako osoby „nietowarzyskie” i „zamknięte w sobie”, tracą szansę na społeczne wsparcie i więź, której tak bardzo pragną. W ich obrazie siebie zaczyna dominować wizerunek kogoś, kto nie ma przyjaciół czy znajomych, bo zapewne jest niesympatyczny. Z kolei negatywne myśli na własny temat mogą prowadzić do obniżenia nastroju, a nawet do depresji. Osoby samotne, mówiąc jedynie o nieprzyjemnych sprawach i skupiając się wyłącznie na negatywnych aspektach swojego życia, coraz bardziej zniechęcają otoczenie do dalszych kontaktów z nimi. W ten sposób ostatecznie pogłębiają poczucie izolacji, domykając błędne koło samotności, na którą niejako sami się skazują. Zdarza się, że osoby, u których rozwinął się silny lęk przed odrzuceniem, stwarzają w relacjach z innymi efekt samospełniającej się przepowiedni. Przekonane, że „nie zasługują na miłość” czy zainteresowanie, często rujnują związki z ludźmi, którzy są im przychylni, potwierdzając w ten sposób własne przekonania.

Unikamy jak ognia społecznej izolacji. Jedną z najdotkliwszych kar dla człowieka jest całkowite uniemożliwienie kontaktu z ludźmi, izolacja od rodziny, znajomych, przyjaciół itd. Amerykańscy jeńcy z czasów wojny z Koreą przeżywali moment załamania właśnie wtedy, gdy przekonywano ich, że rodziny odwróciły się od nich, a przyjaciele dawno już kooperują z wrogiem. Ta technika okazywała się niezwykle skuteczna w niszczeniu psychicznej odporności, morale i oporu. Poczucie izolacji społecznej może pojawiać się w wyniku przeprowadzki na nowe miejsce, emigracji, rozpoczęcia nauki w nowej szkole, utraty pracy lub jej zmiany.

Charles Cooley pisał, że inni stanowią dla nas „społeczne zwierciadło”, w którym przeglądamy się, potwierdzając swoje istnienie. Nasza rola społeczna, tożsamość, a nawet wartość trwają, ponieważ są codziennie potwierdzane w kontaktach z ludźmi. W nowym otoczeniu, w którym my nie znamy nikogo i nikt nie jest nam znany, musimy się obejść bez owego zwierciadła.

Przeglądając się w innych

Nie poszukujemy jednak towarzystwa innych bezgranicznie. Evans i Lepore w badaniach z 1993 roku wykazali, że – paradoksalnie – ludzie pochodzący z przepełnionych domów rzadziej szukają pomocy u innych i rzadziej sami jej udzielają. Chcemy posiadać prywatną przestrzeń: psychologiczną i fizyczną. Wszystkie kultury wykształciły normy określające, do jakiej przestrzeni wokół siebie możemy rościć sobie prawo. Zbytni tłok powoduje frustrację i prowadzi do poszukiwania sytuacji, w której moglibyśmy być sami.

Konieczność ciągłego przebywania z ludźmi (na ulicy, w autobusie, domu czy pracy) powoduje „wypalenie” emocjonalne, które może być odczuwane jako „samotność w tłumie”. Zamiast bliskich relacji z człowiekiem pojawiają się namiastki kontaktu, pozorna bliskość, polegająca najczęściej na wspólnej zabawie. Nie daje ona jednak poczucia radości i więzi, lecz przeciwnie: pozostawia pustkę i jeszcze silniejsze poczucie samotności. „Ponieważ dialog z otoczeniem jest zakłócony i naskórkowy, świat jawi się nam jako obcy i okrutny” – powiedziała trafnie Barbara Fatyga w komentarzu dla „Gazety Wyborczej”, zatytułowanym zresztą przewrotnie „Masowi indywidualiści”.

Powierzchowność relacji to także efekt pełnionych ról społecznych i hierarchii wartości. Pracując z młodymi ludźmi,  starałam się określić te czynniki w ich życiu. Wśród zaniedbanych przez siebie ról społecznych wymieniali rolę córki, przyjaciela i partnerki. Natomiast niemal sto procent swojej energii poświęcali roli pracownika, przełożonego, studentki itp.

Ci młodzi ludzie nierzadko zaniedbują siebie poprzez zaniedbanie związków z innymi, a innych postrzegają także wyłącznie poprzez ich role zawodowe, poprzez pryzmat wpływów w określonym środowisku. W konsekwencji pojawia się często nadmierny stres, załamanie, alienowanie swojego „ja” od relacji z innymi, „odczłowieczenie” otoczenia, które wydaje się coraz chłodniejsze, „nie do życia”.

Samotność dla dwojga

„Jesteśmy sobie obcy” – słyszę od ludzi, którzy przez otoczenie są odbierani jako przykładnie żyjące pary. Związek z drugim człowiekiem zapewnia nie tylko odegnanie fizycznej samotności (czyli „bycie samemu”), ale także zmniejszenie owego poczucia „odrębności” lud...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy