Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

KATASTROFY STARANNIE OBMYŚLANE

0 252

O zaniedbanych talentach, mamidłach i destrukcyjnych emocjach mówi LUBOMIRA SZAWDYN.

Lubomira Szawdyn jest lekarzem psychiatrą i psychoterapeutą uzależnień, prekursorem lecznictwa odwykowego w Polsce. Buduje pomost między ludźmi różnych zawodów, którzy zajmują się uzależnieniami. Prowadzi prywatną praktykę. Jest również wykładowcą na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Interesuje się neurofizjologią i procesem zawiadywania emocjami. Ma dwoje dorosłych dzieci: syna i córkę, oraz 10-letnią wnuczkę. Lubi uprawiać ogród.

Zofia Barczewska: – Każdy z nas czasem robi coś, co nie jest dla niego dobre. Czy każde takie działanie jest autodestrukcją? Gdzie jest granica?
Lubomira Szawdyn:
– Trudno to określić. Podobnie jak z ogórkiem kiszonym – nie sposób złapać moment, kiedy on już się ukisi. Czasem długo podejmujemy ryzykowne eskapady. Ważna jest powtarzalność zachowania, postępowanie ciągle w ten sam sposób, mimo że to nam szkodzi. Gdy słucham pacjentów, zauważam, jak to powoli w nich narastało i jak różnie takie zachowanie nazywają. Ale gdy próbuję złapać z pacjentem konkretny moment, od którego zaczął sobie szkodzić, rzadko to się udaje.

– Dlaczego ta granica jest tak trudna do uchwycenia?
– Po pierwsze, zanim zabrniemy w ślepy zaułek, przez lata trwają nierozwiaząne sprawy ze sobą i z ludzmi. Po drugie, zmieniają się warunki życia. To, co kiedyś było ryzykowne, w tej chwili jest normalne, na przykład ucieczka z cichej wioski i pogoń za moda, kariera, pieniądzem.

– Czy i jak formy autodestrukcji zmieniały się historycznie?
– Wydaje mi się, że do końca dziewiętnastego wieku autodestrukcja mieściła się w tradycjach i była akceptowana w danym społeczeństwie. Mam na myśli na przykład obręcze nakładane na szyje Murzynek czy deformację stóp u Japonek. Nie było jawnych przypadków samozniszczenia po to, aby zrobić komuś na złość. Może dlatego, że było nas mniej na świecie, bardziej zwracaliśmy na siebie uwagę. W małych społecznościach Amiszów, Mormonów czy w małych polskich parafiach, w których ludzie znają się i wspierają nawzajem, nie ma autodestrukcji. Na pojawienie się zachowań autodestrukcyjnych wpłynęła anonimowość, samotność nie z wyboru, niesłychana konkurencyjność i walka o przetrwanie. W kofcu pogubiliśmy się w tym, co jest dobre, a co złe.

– W jaki sposób ujawniają się tendencje autodestrukcyjne? Jakie są ich objawy?
– Zachowania autodestrukcyjne można podzielić na dotyczące ciała, psychiki i duszy. Ludzie niszczą swoje ciało, swoje relacje z otoczeniem, niszczą swój talent i potencjał. Jeśli nie zadbają o te obszary, przynajmniej na poziomie minimum, działają przeciwko sobie. W przypadku ciała przejawami destrukcji są samouszkodzenia i eksperymenty z substancjami toksycznymi czy ryzykownymi. Na przykład ktoś tak długo siedzi przy komputerze, nazywając to praca, że przywożą go do mnie na wózku z zanikami mięśni kręgosłupa i pasa biodrowego. Nie chodzi zatem o jednorazowy skok na spadochronie, ale o konsekwentne chodzenie na krawędzi życia i śmierci. Jedni się pchają na ośmiotysięczniki, inni jeżdżą w rajdach, wiedząc, że mogą w każdej chwili zginać. „Nagroda”, że przeżyli, zamazuje ich lęk.

– A jakie mogą być formy autodestrukcji w relacjach z innymi ludźmi?
– Mogą to być zachowania wycofujące, zamykanie się w skorupie albo napastliwe wdawanie się w burzliwe konflikty. Jedni i drudzy pala mosty między ludźmi i skazują się na izolację. Ktoś niesolidny w pracy zadziała w końcu na swoja szkodę – zostanie zwolniony. Czasem do takich relacji wydaje się nie pasować słowo autodestrukcja. Czy można tak nazwać zachowania nadopiekuńczej matki? A ona robi krzywdę dziecku i sobie, bo nikt z nią nie jest w stanie wytrzymać. Czuje się winna, że nie potrafiła „przeżuć” wszystkiego za swoje dziecko. „Ujeżdża” je do trzydziestki, a potem cierpi w pustym gnieździe i myśli o samobójstwie. Ktoś żyje z jakaś misja, a po latach okazuje się, że to było działanie przeciwko sobie. Wiele osób wybiera zawód, który pozwala im trwać w tendencjach autodestrukcyjnych. Opiekują się innymi ludźmi, poświęcają się albo kreują na obrońcę prawa. A jednocześnie zapominają o sobie. Towarzyszy im aureola świętości. A w środku jest połamana dusza, zniszczone życie osobiste, zaniedbane zdrowie i narastającą latami wściekłość.

– Powiedziała Pani, że zaniedbywanie talentów jest przejawem autodestrukcji. Dlaczego?
– Kiedy ktoś nie rozwija swoich upodobań i możliwości, pozostaje w nim żal. Pracuję z osobami uzależnionymi. Kiedy ktoś przestaje pić, poszukujemy razem jego talentów sprzed lat, żeby zlikwidować w nim poczucie żalu i bezradnej wściekłości. Żal składa się głównie ze złości. Jeśli ktoś ma talent muzyczny, może przynajmniej z wnukiem chodzić na koncerty po to, aby nie buzowała w nim złość, zawiść, że inni z gorszym słuchem komponują muzykę lub są liderami zespołów. Te emocje upychane latami po zakamarkach duszy są często „zajadane”, „zapijane”, zatruwane czymkolwiek. I obracają się przeciwko nam. Ktoś, kto nie rozwinął talentu organizacyjnego, może manipulować innymi i działać w destrukcyjnych grupach.

– Źródłem autodestrukcji są często emocje. Jak poznać, które emocje są dla nas szkodliwe?
– Te same emocje mogą być kreatywne albo destruktywne. Gdyby ktoś się nie zezłościł, że jest ciemno na świecie, do tej pory nie mielibyśmy elektryczności. Ale równie dobrze ze złości można zabić. My o tym decydujemy. Osoba zdrowa ma dystans do emocji. Swoja złość bierze do ręki jak jabłko i sprawdza, czy nie jes...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy