Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

KAGANEK CZY KAGANIEC

129

Eksperyment Milgrama zmusza do refleksji nad relacją etyki i nauki. Rzecz komentuje PAWEŁ NASSALSKI.

Wartość naukowa słynnych badań Milgrama jest bezsporna. Jednak według współcześnie panujących przepisów dotyczących etycznej poprawności w psychologii, dziś nie mogłyby zostać przeprowadzone. Chodzi o podstawowe zasady działalności zawodowej psychologa, czyli o godność i autonomię, o prawo badanego do intymności, o nakaz poufności itp.

Klasyczny problem: co wolno w nauce, jak daleko można się posunąć w badaniach – jest szczególnie widoczny w odniesieniu do psychologii. Takie sformułowanie problemu – „co wolno nauce?” – zakłada z góry, że oto pryncypia wyższego rzędu zostały ustalone, nakazy etyczne mają postać aksjomatów, a regulacji podlegać może tylko to, co dotyczy samej nauki.

Akceptując taki model trzeba by przyjąć, że zasady etyczne są czymś nadrzędnym, przeto regulują i określają, co wolno nauce, a czego nie. Przy takim założeniu strumień dyrektyw płynąłby tylko w jedną stronę: z góry na dół. Wiedza o człowieku wynikająca z badań naukowych nie mogłaby modyfikować tych zasad, gdyż czyniąc to, pośrednio decydowałaby sama o sobie i układ nakazy etyczne-nauka przestałby istnieć.

Układ taki przyjąć można pod warunkiem akceptacji założenia pierwotnego, że nakazy etyczne (podobnie jak system wartości) są człowiekowi dane i nie podlegają dyskusji, a więc konstatacje o podłożu naukowym wpływać nań nie mogą. Co więcej, podobne życzenia musiałyby obowiązywać też na poziomie niższym, czyli na poziomie interpretacji zasad etycznych. Te również trzeba by przyjąć jako zastane i niepodlegające modyfikacjom podsuwanym przez człowieka.
Przyjęcie takiej jednokierunkowości, bez kłopotania się o kwestie interpretacji zasad etycznych, jest możliwe teoretycznie. Za źródło wskazań etycznych uznaje się wtedy prawo naturalne będące wykładnią wskazań boskich, czy wręcz istnienie bezpośrednich dyrektyw zakładających wiarę w Stwórcę-Wielkiego Regulatora. Co więcej, w tym wypadku i doktryna samej wiary musi wykluczać możność dociekań rozumowych, czyli podsuwanych przez badacza korzystającego z produktów swoich myśli kształtowanych przez naukę.

Jednak wskazania wyższego rzędu nie mogą funkcjonować bez „systemu operacyjnego”. Innymi słowy, nie da się uniknąć ustaleń, kto miałby zostać interpretatorem, jaki byłby zakres jego interpretacyjnej swobody, dyrektyw, którymi się posługuje itp. To oczywiste, że na tym poziomie operacyjnym owym interpretatorem zasad etycznych musi być człowiek. Czy można założyć, że akceptowalne jest to, iż nie podlega on ludzkim wpływom, jest emanacją ponadrozumowej siły sprawczej? Można. Wtedy i tylko wtedy nie powstaje problem względności jego interpretacji etycznych nakazów.

Ale po przyjęciu wszystkich powyższych założeń problem relacji pomiędzy etyką a nauką przestaje istnieć nie tylko dlatego, że wtedy wiadomo, co wolno, a czego nie, lecz przede wszystkim dlatego, że wtedy nie istnieje już sama nauka w jej dzisiejszym rozumieniu. Nie ma...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy