Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Jak zapobiec epidemii przemocy

0 210

Z prof. Elliotem Aronsonem rozmawia Dorota Krzemionka-Brózda.

ELLIOT ARONSON – wybitny psycholog społeczny. Doktorat uzyskał na Uniersytecie Stanforda w 1959 r.
Jest autorem 19 książek, w tym wielokrotnie wznawianej i tłumaczonej na wiele języków „Człowiek – istota społeczna”. Zajmuje się psychologią wpływu społecznego, zmianą postaw, dysonansem poznawczym, metodologią badań psychologicznych i atrakcyjnością interpersonalną. Otrzymał liczne nagrody – za badania, wykłady, książki oraz wkład w rozwiązywanie ważnych problemów społecznych.

Dorota Krzemionka-Brózda: – Otrzymał Pan Profesor nagrodę Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego – Distinguished Scientific Contribution Award – za rok 1998-99. Jest to najwyższa nagroda przyznawana psychologom za całokształt osiągnięć badawczych. Jej laureatami są m.in.: Burrhus F. Skinner, Carl Rogers, Jean Piaget i Leon Festinger. Jak się Pan czuje w tym gronie?
Elliot Aronson: – Wspaniale. Każdy z wielkich wymienionych jest dla mnie wzorem, szczególnie bliski jest mi Leon Festinger, mój mentor i jeden z najbliższych przyjaciół.
Ważna jest nie tylko sama nagroda, ale badania. Miałem dużo szczęścia: kształciłem się pod kierunkiem tak znakomitych nauczycieli, jak Abraham Maslow na początku moich studiów, potem Leon Festinger. Zawsze pracowałem nad zagadnieniami, które mnie intrygowały. Miałem szansę wykorzystać twórczo swoje pasje i umiejętności. Prowadzenie eksperymentów społecznych jest w równym stopniu nauką, co sztuką. Jestem zadowolony z rezultatów moich badań, bez względu na to, czy moje wysiłki zostały nagrodzone, czy nie.

– Ostatnio ukazały się dwie Pana książki. Pierwsza z nich zatytułowana jest: „Nobody Left to Hate: Teaching Compassion After Columbine” (Nikt nie musi żyć z nienawiścią. Nauka tolerancji po masakrze szkolnej w Columbine High School). Czego ona dotyczy?
– Książka powstała z myślą o nauczycielach, szkolnych władzach, rodzicach, w odpowiedzi na straszliwe wydarzenie, które miało miejsce w Liceum Columbine, w Kolorado. W 1999 roku dwaj uczniowie uzbrojeni po zęby, ogarnięci furią, weszli do szkoły po to, by zabić. Zabili nauczyciela, dwunastu innych uczniów, potem zastrzelili siebie. To była najgorsza masakra w historii naszego kraju, obok dziewięciu innych, jakie zdarzyły się w ciągu ostatnich dwu lat.
Przeraziła mnie naiwność i bezmyślność rozwiązań zaproponowanych przez rząd i szkolnych urzędników po tym strasznym wydarzeniu. Otóż zaproponowano zatrudnienie większej liczby ochroniarzy w szkołach i zamontowanie czujników do wykrywania metalu. Kongres Stanów Zjednoczonych wyszedł z propozycją, by na tablicach ogłoszeń w szkole umieszczać dziesięcioro przykazań. Nie mam nic przeciwko przykazaniom, to wspaniały zapis etyczny, ale przypinanie kartki z dekalogiem nie rozwiąże problemu.
Najbardziej szokującą propozycją urzędników było stworzenie wizerunku potencjalnego mordercy. Któregoś dnia mój wnuk wrócił ze szkoły i powiedział, że dyrektor zażądał, by dzieci zwracały uwagę na tych, którzy trzymają się osobno, dziwnie się ubierają i zachowują. Takich osobników należy wskazywać władzom szkolnym. Ta propozycja obezwładniła mnie: to gigantyczny krok w niewłaściwym kierunku. Uważam, że wspomniane morderstwa są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Dzieci, które ogarnięte furią zabijały swoich nauczycieli i kolegów, były wcześniej wyszydzane, szykanowane, zastraszane, poniżane, były tzw. outsiderami.

– Wydaje się, że w Polsce mimo znacznej agresji w szkołach, wciąż jesteśmy w lepszej sytuacji niż w USA, bo dostęp do broni jest ograniczony. Czy jest to ważny czynnik w zapobieganiu szkolnym tragediom?
– Tak, łatwość dostępu do broni jest poważnym problemem w moim kraju. Fakt, że wielu Amerykanów ma upodobanie do posiadania broni i uważają to za podstawę ich wolności, stwarza okazję do zabijania ludzi, których się nie lubi. Lecz nie to jest przyczyną morderstw w szkołach, ale wyszydzanie i zastraszanie innych. Ten problem istniałby, nawet gdyby nie było broni. Natomiast dostęp do broni powoduje, że poważny problem staje się śmiertelnym. Gdybyśmy wyeliminowali przyczyny agresji – dostęp do broni nie miałby większego znaczenia.

– Jakie są, Pana zdaniem, główne przyczyny agresji w dzisiejszym świecie?

– To wymagałoby napisania kolejnej książki. Sądzę jednak, że główne powody agresji to nieporozumienia, uprzedzenia, odwieczne niezgody, współzawodnictwo o dobra oraz ogólna frustracja. W mojej książce odwołuję się do badań nad młodzieżą i dorosłymi, skazanymi za morderstwa. Wynika z nich, że często są to osoby obciążone ogromnym poczuciem wstydu, spowodowanym odrzuceniem i upokorzeniem.

– Czy zawsze odrzucenie i upokorzenie rodzi takie skutki?

– To zależy od ich nasilenia. Skutki mogą być dramatyczne, jeśli do odrzucenia dołączy się upokorzenie i znęcanie – zwłaszcza, jeśli dzieje się to w obecności osób ważnych, na sympatii których ofierze zależy. Nikt nie lubi dręczyciela, ale jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że nikt nie lubi ofiary. Bycie ofiarą przemocy szkolnej to jakby napiętnowanie chorobą zakaźną. Inni uczniowie tracą swą pozycję, jeśli kontaktują się z taką osobą. Stopniowo wszyscy odsuwają się od niej.
Wielu młodych ludzi rzuca groźby pod wpływem frustracji i niezadowolenia. Problem polega na tym, jak odróżnić tych, którzy mówią to serio, od tych, którzy ograniczają się do gróźb. Żadne z działań, proponowanych przez urzędników, nie dociera do sedna problemu, do atmosfery przemocy, panującej w gimnazjach i liceach.

– Co ma Pan na myśli, mówiąc o atmosferze przemocy?

– Jest to atmosfera grup-klik, odrzucenia i upokorzenia. To właśnie ona jest powodem ogromnej frustracji u ok. 30-40 proc. uczniów. Jeśli młodzież znajdująca się na górze szkolnej piramidy przezywa kogoś kujonem, to ci z niższego poziomu też zaczynają mu dokuczać, ponieważ jest to sposób na zbliżenie się do grupy najbardziej wpływowej. Zanim ofiara się obejrzy, wszyscy jej dokuczają. Uczniowie w szkole doskonale wiedzą, kto do jakiej grupy należy. Wiedzą, komu można bezkarnie dokuczać. Większość ofiar cierpi w milczeniu. Niektóre poważnie myślą o samobójstwie. Bogu dzięki, niewielu młodych ludzi reaguje tak jak desperaci z Kolorado.

– Wydaje się, że tworzenie grup-klik to zachowania typowe dla okresu dorastania...

– Sądzę, że istnieje tendencja do tworzenia osobnych grup i wykluczania innych. Samo w sobie nie jest to niczym złym. Ale jeśli wykluczenie przybiera formę dokuczania i upokarzania, prowadzi to do przemocy. Żądanie dyrektora w szkole mojego wnuka, by wskazywać „dziwnych i samotnych” kolegów jest przyzwoleniem na ich prześladowanie. Szkoła ich już sklasyfikowała jako niebezpiecznych.

– Jak zatem przełamywać nienawiść?

– Wyniki wielu eksperymentów wskazują, że ważnym krokiem ku przełamywaniu nienawiści jest stworzenie sytuacji, w której różnorodne grupy współpracują ze sobą, aby rozwiązać wspólny problem. Ludzie pracujący wspólnie łatwiej widzą po prostu człowieka w drugiej osobie niż wtedy, gdy nie mają okazji do kontaktów, lub jeśli te kontakty opierają się na współzawodnictwie czy wrogości.

– Na czym polegał Pana pomysł?

– To był pomysł mieszanych zespołów zadaniowych, tzw. klas-składanek (jigsaw class-room: wyjaśnienie na następnej stronie). Moje wcześniejsze badania dowiodły, że poprzez takie „klasowe składanki” możemy rozwijać empatię, łączyć różne grupy etniczne i rasowe. A zatem możemy także w ten sposób zredukować przemoc istniejącą w szkole.

– W jaki sposób metoda takich „klas-składanek” może poprawić atmosferę w szkołach?
– Metoda ta jest sposobem, by młodzież poprzez własne doświadczenie nauczyła się, że ci, którzy czymś się od niej różnią, mogą mieć do zaoferowania coś ciekawego i przydatnego. Można komuś powtarzać w kółko, że niski pryszczaty grubas jest naprawdę miły, ale nic nie zastąpi bycia z tym grubasem w jednej grupie zadaniowej i przekonania się, że naprawdę jest sympatyczny, dowcipny i bystry.

– Ile czasu w szkole należy przeznaczyć na pracę metodą „klas-składanek”, aby przyniosła ona pozytywne efekty?

– Zbadaliśmy, że wystarczy jedna godzina dziennie – już wtedy uczniowie ujawniają pozytywne skutki, takie jak spadek poziomu uprzedzeń i bardziej przychylne podejście do szkoły. Jeśli młodzi ludzie spędzą tylko jedną godzinę dziennie na pracy w grupach, rozwija to ich empatię dla osób, z którymi nigdy nie mieliby nic wspólnego ze względu na wygląd. Jeśli, jak twierdzą nauczyciele, trudno jest uczyć matematyki w mieszanych zespołach, powinni stosować tę metodę na innych lekcjach.

– Czy istnieje możliwość zastosowania podobnych metod, aby zapobiegać agresji wśród dorosłych?

– Były takie próby. Zastosowano tę metodę w więzieniach, gdzie byli więźniowie biali, czarni i pochodzenia meksykańskiego. Więźniowie różnych ras są zwyk...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy