Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Rodzina i związki

2 grudnia 2015

Jak maluje miłość

0 298

Miłość bywa artystą lub... malarzem pokojowym. Czasem maluje partnera na miarę potrzeb i oczekiwań. Innym razem portretuje z rozmachem, przywracając wyblakłą kobiecość czy utracone bicepsy. Kogo widzisz, kochając? Kim się stajesz, gdy patrzy na ciebie ukochany?

Pigmalion, król Cypru, zakochał się Galatei. Wyrzeźbił ją w kości słoniowej, była jego ideałem kobiety. Wyrzeźbił ją tak perfekcyjnie, że tylko dotykiem można ją było odróżnić od prawdziwej kobiety. Obdarowywał ją kwiatami i prezentami, ubierał w wytworne suknie. Aż ożyła za sprawą jego pieszczot i mocy Afrodyty.
Oto marzenie niektórych z nas – wyrzeźbić sobie partnera, ukształtować go według swoich ideałów. Tchnąć w niego życie miłością. Jest w tym narcystyczna pokusa, by stworzyć partnera z niczego, potraktować go jak bezwolny materiał, projekcję swoich pragnień. Jest też w tym lęk przed kontaktem z kimś z krwi i kości, a więc niedoskonałym, kimś realnym, kto już jest, jaki jest.

Zarazem to, jaki ktoś jest, w dużym stopniu zależy od tego, z kim jest. W każdym związku poniekąd dokonuje się akt stworzenia. Tyle tylko, że stwarzamy się nawzajem. Nasze oczekiwania wobec partnera stają się samospełniającym się proroctwem. Ujawniamy bowiem tendencję do zachowywania się zgodnie z tym, czego oczekują od nas inni, szczególnie ci bliscy. Właśnie to zjawisko określa się w psychologii efektem Pigmaliona; po raz pierwszy opisał je socjolog Robert Merton. Zgodnie z nim rośnie szansa, że partner okaże się wspaniałą osobą, jeśli tego od niego oczekujemy. Trawestując Groucho Marxa można powiedzieć, że za każdym facetem, który osiągnął sukces, stoi kobieta, która w niego uwierzyła. A za sukcesem kobiety?

Ona wychodzi z cienia

Marzenia i tajemnice – pod takim tytułem dwa lata temu trafiła do księgarń biografia Danuty Wałęsy. Żona byłego prezydenta opisała w niej codzienne życie u boku legendy „Solidarności”. Znalazły się tam m.in. jej spostrzeżenia na temat męża, rozważania dotyczące jego konkretnych poczynań, pytania o jego motywy, uczucia. Książka wywołała kryzys małżeński u państwa Wałęsów. „Uważałem, że jestem u niej na pierwszym miejscu, ona jest też na pierwszym u mnie, a teraz na pierwszym miejscu u niej znalazły się inne sprawy” – stwierdził były prezydent w wywiadzie z Janiną Paradowską. Publicznie irytował się, że żona wyszła z cienia, opuściła dom, by aktywnie włączyć się w intensywną promocję swojej autobiografii. „Teraz ona wychodzi poza dom i nic mi się już nie zgadza. (...) gdybym od początku chciał mieć żonę samodzielną (...) to ożeniłbym się z inną kobietą” – stwierdził.

Obraz Lecha Wałęsy w oczach jego żony okazał się inny, niż ten, który wyobrażał sobie on. Inna od jego wyobrażeń okazała się i ona. Żona, którą kiedyś sobie wymarzył, przez lata w marzeniach pielęgnował, być może nigdy nie istniała. Zupełnie inne oblicze miał też ich związek. W pewnym momencie Danuta Wałęsa poczuła, że ma dość bycia jedynie żoną przy mężu, zapragnęła czegoś więcej, zaczęła realizować własne marzenia i pragnienia. „Czasem myślę, że on mnie nigdy nie kochał. Tyle spraw było ode mnie ważniejszych. On też nie pozwala mi się kochać tak jak kiedyś” – przyznała w pewnym momencie. „Nie rozumiem go. A bardzo bym chciała zrozumieć” – dodała, konstatując, że mąż chciałby, by ona się nie zmieniała, by wciąż była Danutą sprzed 40 lat. A sam przecież nie jest już tym Lechem, jakim był wtedy.

W naszych miłosnych wyborach tkwi paradoks. Partnera wybieramy zwykle za młodu, kierując się tym, co zdarzyło się w przeszłości, opieramy się na dotychczasowych doświadczeniach, zwykle krótkotrwałych. Tymczasem konsekwencje tej decyzji wpływają na całą naszą przyszłość. „Nie ulega przy tym wątpliwości, że to, co spotkało partnerów w przeszłości (krótkotrwałej fazie zakochania i romantycznych początków), jest zupełnie inne niż to, co czeka ich w przyszłości (czyli w stosunkowo długich fazach związku kompletnego i przyjacielskiego)” – pisze Bogdan Wojciszke w Psychologii miłości. „Nic więc dziwnego, że trudno tu o dobrą decyzję, ponieważ musimy ją podejmować na podstawie przesłanek, które niewiele mają wspólnego z przyszłymi warunkami, w jakich nasza decyzja będzie obowiązywać i wyznaczać bieg naszego życia. Przypomina to nieco wybory polityczne, w których o głosowaniu na kandydatów decyduje coś innego (czy ich lubimy i czy im dobrze z oczu patrzy) niż to, co decyduje o ich faktycznej zdolności do rządzenia (kompetencje, dalekowzroczność, uczciwość”.
Jak więc wybrać na życie kogoś, o kim tak mało wiemy? I kto sam jeszcze nie wie, kim się przy nas stanie?

Spis deklaracji

W związki wkalkulowane jest ryzyko. Wiedzieli to nasi przodkowie. Dlatego przez całe wieki wyboru partnera dokonywali za młodych ich rodzice i opiekunowie – ludzie dojrzali. Oni byli oczami i uszami przyszłych małżonków. Oglądali konkurentów, decydowali, którzy z nich rokują na przyszłość, a którzy do związku z ich dziećmi zupełnie się nie nadają. Oczywiście swaty nie zawsze były udane, często budziły sprzeciw swatanych.

Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero na początku XX wieku. Kobiety stopniowo usamodzielniały się ekonomicznie i uzyskały prawa obywatelskie. Dziś w krajach rozwiniętych standardem jest to, że życiowego partnera młoda osoba wybiera sobie sama, a głównym kryterium zawarcia związku jest miłość. Wybieramy tego, kto nas kocha i kogo my kochamy. Próbujemy budować stałe związki na ruchomych piaskach uczuć.

Potwierdził to u progu lat 90. ubiegłego wieku amerykański psycholog ewolucyjny David Buss. Wraz ze współpracownikami przebadał on aż dziesięć tysięcy osób z 37 najrozmaitszych krajów. Pytał je m.in., czym kierują się w doborze partnera. Uczuciem – odpowiadali najczęściej. Co jeszcze było dla nich ważne? Jak widzieli osobę, z którą gotowi byliby spędzić życie? Otóż ich zdaniem partner powinien być niezawodny, dojrzały i zrównoważony emocjonalnie, o miłym usposobieniu, dobrym zdrowiu, inteligentny, towarzyski... Nieco mniej ważne wydawały się badanym takie atrybuty, jak: kultura osobista, schludność, dobra prezencja, ambicja i dobre perspektywy finansowe. Najmniej zaś ważne okazały się: pozycja społeczna, podobne poglądy polityczne i wyznanie.

Wyniki uzyskane przez Bussa należy jednak traktować jedynie jako spis deklaracji. A te składa się zwykle po to, aby wywrzeć określone wrażenie na rozmówcy. Chcąc dobrze wypaść w oczach innych (i swoich), deklarujemy zatem często rzeczy, które nie mają nic wspólnego z naszymi prawdziwymi preferencjami. Wierzymy, że kochamy partnera ze względu na cnoty jego lub jej charakteru. Dosadnie komentuje to Bogdan Wojciszke: „Deklaracje na temat miłości i zalet charakteru jako przesłanek wyboru partnera na pewno wyglądają ładnie”. A co tak naprawdę kieruje naszym wyborem?

Jak poczyna się ideał

Profesor Wojciszke wraz z Wiesławem Baryłą i Anną Downar przeanalizowali swego czasu ponad 700 ogłoszeń towarzyskich, zamieszczonych w tygodniku „Anonse”. Okazało się, że kobiety najczęściej chciałyby widzieć u swego boku mężczyzn o wysokiej pozycji społecznej i materialnej, bez zobowiązań i wykształconych. Mężczyźni wypatrywali natomiast pań urodziwych, miłych i bezpruderyjnych – to według badaczy jest znacznie bliższe prawdy co do kryteriów wyboru partnera.
Mężczyźni najbardziej cenią kobiecą urodę, a kobiety – męskie zasoby. Tę prawidłowość potwierdzono w tysiącach badań. Jest ona, jak przekonują badacze, uwarunkowana ewolucyjnie. Mężczyźni, wzorem swoich praprzodków, mają upodobanie w kobietach młodych, o odpowiednio szerokich biodrach, wyraźnym wcięciu w pasie, wydatnych piersiach, gładkiej cerze i urodziwej twarzy. Wszystkie te cechy mają świadczyć o zdrowiu partnerki i o tym, że będzie w stanie rodzić zdrowe dzieci, które poniosą w przyszłość ojcowskie geny. Wymarzone panie powinny też chętnie uprawiać seks, a równocześnie być wierne i lojalne. Powinny też być odpowiednio uległe, okazywać swoim mężczyznom zainteresowanie, być miłe, odpowiedzialne... Ich inteligencja i wykształcenie nie liczą się tak bardzo. Niekiedy mogą wręcz przeszkadzać.

Kobiety z kolei pożądają mężczyzn majętnych i mających wysoki prestiż społeczny. To dlatego, że tylko tacy panowie są w stanie zapewnić opiekę kobiecie i jej potomstwu. Wabikiem dla pań są także inne męskie przymioty, które do dobrobytu i związanego z nim bezpieczeństwa mogą prowadzić. W cenie są zatem inteligencja, ambicja, upór. Także odpowiednia doza agresji. Sylwetka mężczyzny, jego wygląd nie jest dla kobiet tak ważny, jak sądzą mężczyźni. No, chyba że kobieta jest akurat w płodnej fazie – wtedy „męski” wygląd (słuszny wzrost, szerokie ramiona i wydatna szczęka) staje się dla niej bardziej niż zwykle pociągający.
Kryteria wyboru partnerów determinuje zatem natura, oceniamy ich przez pryzmat ewolucji gatunku. Ale również historia bliższa wpływa na to, jakie zachowania i postawy chcielibyśmy widzieć u swoich partnerów i u siebie. Zawarte w dziejach naszej rodziny wielopokoleniowe skrypty, styl, w jakim byliśmy wychowywani, siła i sposób naszego przywiązania do rodziców często wpływają później na nasze postawy wobec życia i partnerów (patrz m.in. tekst „Symbiotycznie połączeni”, s. 52).
Sprawiają, że identyfikujemy się ze znanymi z rodziny rolami. To dlatego często jesteśmy matką taką, jak nasza matka, jako ojciec zachowujemy się podobnie do tego, jak zachowywał się nasz ojciec. Rodzinna historia staje się kalką, przez którą rysujemy siebie i partnera.

Odurzeni ukochanym

Na co dzień nie zdajemy sobie oczywiście sprawy z całego tego ewolucyjno-rodzinnego oprogramowania, w które jesteśmy wyposażeni. Dorastamy, spotykamy się z ludźmi. Niektórzy nas pociągają; częściej ci, którzy są do nas podobni. Profesor Aaron Ben-Zeév z Uniwersytetu w Hajfie, w artykule „W imię miłości”, zamieszczonym w „Psychology Today”, przekonuje, że ludzie dobierają się w pary na zasadzie podobieństwa. Dlaczego? No cóż, łatwiej się porozumieć takim partnerom, mniejsza jest szansa, że pojawią się konflikty. Co więcej, partner o podobnych poglądach utwierdza nas w poczuciu, że mamy rację. Lubimy siebie, więc w naturalny sposób przenosimy przychylność na kogoś, kto nas przypomina. Jeśli siebie lubimy... Profesor Wiesław Łukaszewski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej zwraca uwagę, że ci, którzy nie przepadają za sobą, osoby o niskiej samoocenie, wybierać będą raczej partnerów niepodobnych do siebie. Albo, jak dowodzą badania Williama Swanna, wręcz takich, którzy myślą o nich krytycznie.

Wyobrażamy sobie, kto by nam pasował. Aż któregoś dnia trafia w nas piorun. Lista zalet i wad, którą konstruowaliśmy na poczet wyboru przyszłego partnera, nagle przestaje mieć znaczenie, bo w naszym brzuchu – nie wiedzieć skąd i dlaczego – pojawia się chmara motyli. To właśnie przydarzyło się nastoletniej Jane Burnham, córce Lestera, bohatera filmu „American Beauty”. Stała na szkolnym podwórku z koleżanką, blondwłosą Angelą. Nagle zobaczyły szkolnego dziwaka, outsidera – Ricky’ego Fitsa. Chłopak potrafił godzinami filmować jakieś szczegóły, tym razem wpatrywał się okiem kamery w martwego białego gołębia. Gdy Angela zaczęła z niego drwić, Jane stanęła w obronie chłopaka. Porzuciła zdezorientowaną przyjaciółkę i postanowiła z Rickym wrócić do domu. „Chcesz z NIM zostać?” – wrzeszczała Angela.Jane została. Na przekór Angeli i innym...

Motyle fruwają, wzbudzając fale namiętności. Obiekt westchnień pochłania nas tak, że nie potrafimy myśleć o niczym innym. Prawie go nie znamy, a jednak nas pociąga. „Miłość to jest to, co przytrafia się mężczyznom i kobietom, którzy się nie znają” – pisał Somerset Maugham. Nie bez racji.

Początkowe zakochanie przypomina odurzenie narkotyczne: osoba zakochana jest upojona miłością, trwa w stanie uniesienia i euforii. Helen Fisher, antropolog z Rutgers University, autorka Dlaczego kochamy oraz innych książek poświęconych miłości, postanowiła przyjrzeć się pracy zakochanego mózgu. Jako substancję tworzącą mózgowy eliksir miłosny wskazuje przede wszystkim dopaminę. To za sprawą jej podwyższonego poziomu nasza uwaga jest ukierunkowana na tego jedynego, stajemy się natomiast ślepi na wszystko inne, w tym wady ukochanego. Obsesyjnie myślimy o nim lub o niej. Trwamy w euforycznym uniesieniu, odczuwamy przypływ sił i energii, choć nie możemy spać ani jeść. Trudno żyć w stanie takiego odurzenia. Nie może ono trwać wiecznie.

I nie trwa. Wybuch namiętności nieuchronnie jest zapowiedzią jej końca. Na szczęście nim minie, partnerzy zbliżają się do siebie, coraz lepiej się poznają i rozumieją. Do miłosnej mikstury zostaje dolany drugi wymieniany przez Roberta Sternberga, profesora psychologii z Oklahoma State University, składnik miłości – intymność. Związek wkracza w fazę miłości romantycznej. Ta faza przebiega łagodniej. Rozmawiamy godzinami i zwierzamy się sobie ze wszystkiego, wspieramy się i okazujemy sobie troskę. Dostrzegamy, jak wiele nas łączy. I – co ważne – wiemy, że partner odwzajemnia nasze uczucia.
Nic już nie stoi na przeszkodzie, by się w pełni zaangażować. Decyzja o podjęciu zobowiązania, stworzeniu trwałego związku to trzeci ze składników miłości. On powoduje, że jesteśmy gotowi wkroczyć w kolejny etap – miłości kompletnej. A im bardziej się angażujemy, im więcej nas łączy, tym bardziej na siebie wpływamy.

Żywe rzeźby

Michał Anioł wierzył, że sztuka rzeźbienia polega na wydobywaniu idealnych posągów, uśpionych w kamiennych blokach. Nawet najlepszy artysta nie jest w stanie stworzyć niczego doskonalszego niż ukryta forma, „co już w marmurze spoczywa” – pisał w jednym z sonetów. Pod koniec XX wieku Stephen M. Drigotas z Johns Hopkins University oraz badaczki z University of North Carolina i University of Denver dostrzegli w tym procesie twórczym podobieństwo do zjawiska obserwowanego w związkach. Tak jak w szarych, nieobrobionych blokach marmuru tkwią wspaniałe rzeźby, tak w ludziach drzemią ich idealne wersje. W udanej relacji romantycznej „partnerzy »rzeźbią« siebie nawzajem, wydobywając jeden z drugiego to, co w nich najlepsze” – wyjaśniają dr Krystyna Doroszewicz z SWPS i dr Małgorzata Gamian-Wilk z Dolnośląskiej Szkoły Wyższej na łamach „Psychologii Społecznej”. Ten dobroczynny wpływ związku nazwano efektem Michała Anioła.

Najpełniej efekt Michała Anioła objawia się w związku kompletnym, w którym obecne są wszystkie składniki miłosne: namiętność, intymność i zaangażowanie. W jaki sposób partner staje się rzeźbiarzem? Wyjaśniła to prof. Caryl E. Rusbult, nieżyjąca już psycholożka społeczna. W miarę jak związek małżeński lub partnerski rozwija się, partnerzy coraz częściej odczuwają potrzebę ujawnienia swojego Ja idealnego – cech i zdolności, które chcieliby w sobie rozwinąć. Zazwyczaj możemy się o nich dowiedzieć, uważnie wsłuchując się w to, co partner opowiada o marzeniach i planach. Jeśli uda nam się je dostrzec, zaczynamy dokonywać „percepcyjnej afirmacji” – obraz rzeczywistego Ja partnera łączymy z jego Ja idealnym. Następnie rzeźbimy partnera poprzez afirmacje behawioralne – wspieramy go emocjonalnie oraz przez konkretne działania, dzięki którym może on zbliżyć się do urzeczywistnienia swych marzeń.

Jak to miłosne rzeźbienie wygląda w praktyce? W serialu „Chirurdzy”, Meredith i Derek próbują łączyć wymagającą pracę z wychowaniem dzieci. Nocne dyżury i wielogodzinne operacje nie sprzyjają jednak byciu troskliwym rodzicem. Meredith przeżywa silny konflikt: chce zapewnić dzieciom szczęśliwe dzieciństwo, ale jej największym marzeniem jest kariera chirurga. Derek potrafi dostrzec to pragnienie, a następnie konsekwentnie wspiera w nim Meredith. Decyduje się na urlop ojcowski i pracę w domu, tak by żona mogła całkowicie oddać się karierze. Czy w ten sposób poświęca zbyt wiele? Niekoniecznie – być może Derek pragnie czegoś innego niż kariera zawodowa. Niewykluczone, że i Meredith pomogła mężowi w realizowaniu jego ideału opiekuńczego ojca.

Dzięki efektowi Michała Anioła możemy wzrastać i doskonalić się. Badania potwierdzają, że ten korzystny wpływ interpersonalny przekłada się na nasze samopoczucie. Prof. Joachim I. Krueger z Brown University i dr Theresa E. DiDonato z Lo­yola University w Maryland stwierdzili, że dzięki afirmacjom ze strony partnera wzrasta nasze poczucie autentyczności – zgody na siebie. Badania Drigotasa pokazały także, że efekt Michała Anioła skutkuje wzrostem samooceny...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy