Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

JAK CHCESZ, TO GRAJ NOGAMI

0 476

Na fortepianie każdy może nauczyć się grać – twierdzi IZABELA KOWALSKA. Nie można męczyć dzieci gamami i pasażami. One tego nienawidzą. U mnie dzieci zawsze grają utwory przyjemne dla ucha i atrakcyjne. Izabela Kowalska od 60 lat uczy dzieci i młodzież gry na fortepianie. Jej matka, Kazimiera Thun-Salecka, była śpiewaczką i dyrektorem średniej szkoły muzycznej w Warszawie, a ojciec lekarzem. Stryjeczny brat ojca, Mieczysław Salecki, to słynny w latach międzywojennych tenor, występujący głównie za granicą. Izabela Kowalska dwa lata studiowała medycynę, potem kształciła się muzycznie u prof. Jacynowej. Pierwszych lekcji gry na fortepianie udzielała w Warszawie w czasie drugiej wojny światowej, na tajnych kompletach. Później uczyła w szkole muzycznej, w ogniskach muzycznych i prywatnie w Kielcach. Mieszka w Pruszkowie. Ma dwie córki i czworo wnucząt. Nadal pracuje.

Adam Cedro: O nauce gry na instrumencie najczęściej decydują rodzice. Większość z nich chciałaby widzieć swoje dziecko w szkole muzycznej.
Izabela Kowalska: – Rodzice często nie zdają sobie sprawy, że szkoła muzyczna jest szkołą zawodową. Powtarzam: zawodową. Czym innym jest granie dla przyjemności, czym innym kształcenie profesjonalisty. Uważam, że dziecko najpierw powinno się uczyć prywatnie. Rok albo dwa. Jeśli uczeń nadaje się do szkoły muzycznej, sama o tym mówię rodzicom i polecam dziecko jakiemuś profesorowi. Do szkoły muzycznej nie wszyscy się nadają. Trzeba pamiętać, że oprócz nauki gry na instrumencie jest tam dużo innych zajęć: umuzykalnienie, rytmika, historia muzyki, solfeż, później drugi instrument, chór itd. A gdzie czas na lekcje? Na zabawę z przyjaciółmi? Pół biedy, jeśli szkoła muzyczna jest połączona ze szkołą podstawową czy liceum. W niektórych miastach jest jednak instytucją oddzielną. To bardzo duże obciążenie dla dziecka uczyć się równolegle w dwóch szkołach. Miałam uczennice, które rezygnowały ze szkoły muzycznej pod koniec nauki, tak były wykończone zdwojoną nauką.

– Uważa się, że zdolności muzyczne ujawniają się bardzo wcześnie. Czy zdany przez sześciolatka egzamin do szkoły muzycznej jest dowodem, że dziecko ma talent?
– Z mojego doświadczenia wynika coś innego. Dziecko może być bardzo zdolne, ale często nie umie tego pokazać na egzaminie. Punktuje się tam różne umiejętności – a to śpiew, a to wystukanie rytmu, a to powtórzenie melodii. To nie są żadne istotne wyznaczniki zdolności. Często ci najlepsi na egzaminie wstępnym nie rozwijali się już i odpadali. A ci słabsi stawali się dobrymi uczniami. Dopiero w miarę uczenia ujawniają i rozwijają się wszystkie zdolności: słuch, poczucie rytmu, wrażliwość. Nie da się ich ocenić w krótkim sprawdzianie. Ja zawsze brałam do swojej klasy uczniów, których nikt nie chciał. Nigdy tego nie żałowałam. Wielokrotnie zostawali najlepszymi uczniami w szkole.

– Czyli każdy może grać, jeśli tylko chce...

– Tak, zdecydowanie każdy. Ale zależy to tylko od włożonej pracy. Miałam wielu uczniów średnio czy mało zdolnych, którzy doszli do wspaniałych rezultatów. Ale na początku musieli bardzo ciężko pracować. Przed laty przyprowadził swoją córkę do mojej szkoły muzycznej funkcjonariusz Urzędu Bezpieczeństwa. Dziewczynka nie wykazywała żadnych zdolności. Nikt nie chciał jej uczyć, ale strach przed groźbami ze strony jej matki nie pozwalał odmówić. Zaczęłam ją uczyć. Szło bardzo opornie. Ale po kilku latach była jedną z najlepszych uczennic.

– A inne przykłady?
– Miałam kiedyś uczennicę głuchoniemą, której lekarz zalecił naukę gry na pianinie. Okazało się, że w jakiś sposób słyszała drgania wydobywające się z pianina i grała przepięknie. Wszystko czuła. Przepięknie grała Chopina, występowała na popisach. Ale początki były niezwykle trudne: czytanie z ust itd.

– Najłatwiej chyba uczyć dzieci ze słuchem absolutnym?
– Nieprawda. Miałam kilku takich uczniów i oddzielne problemy. Ponieważ potrafią zagrać każdy utwór ze słuchu, nie chcą nauczyć się nut. Nie daj Bóg przegrać im jakiś utwór! Powtarzają całość, nie znając nut.

Swoich pierwszych lekcji gry na pianinie nie wspominam najlepiej. Poznawanie nut, klawiatury czy właściwe układanie rąk jest bardzo trudne. Przyjemność z grania przychodzi później. Jak wspomóc dziecko, aby przebrnęło przez ten etap?
– Małe dziecko z początku bardzo chce grać. Ale po pierwszych lekcjach często zniechęca się – widzi, że trzeba pracować. Wtedy trzeba zmienić podejście: dać do grania bajki, opowiadać o nich. Mieć na stole torbę cukierków – dzieci potrzebują i takiego dopingu. Miłość do muzyki rodzi się z pracy. Ale by dziecko chętnie pracowało, nie może się nudzić. Dlatego nigdy nie trzymałam się programu. Nie można męczyć dzieci gamami i pasażami. One tego nienawidzą. U mnie dzieci zawsze grają utwory przyjemne dla ucha i atrakcyjne. Nie boję się uczyć zdolnego siedmiolatka prostego opracowania ragtime’u Joplina. Pierwsza dawałam do grania mazurki Chopina w opracowaniu na cztery ręce. A elementy gam i tak występują w każdym utworze.

– Czy każde dziecko można zainteresować muzyką?
– Nie, zwłaszcza gdy to rodzice chcą, aby dziecko uczyło się jedynie po to, by mogło zagrać na imieninach u cioci. Aby móc się dzieckiem pochwalić. Takiej postawie zawsze byłam przeciwna. Jeśli dziecko nie chce grać, absolutnie nie można zmuszać go na siłę. Jeśli widzę utrzymującą się niechęć dziecka i przymus wywierany przez rodziców, od razu mówię: nie. Zamiast męczyć się przy pianinie, lepiej, żeby sobie pobiegało.

– Ale próbować trzeba?

– Przysłali do mnie kiedyś rodzice przekornego sześciolatka, który jak tylko siadł do pianina, oświadczył: „Ja nie będę grał rękami, wolę grać nogami”. Ja na to: „Ależ proszę bardzo. Ściągaj skarpety i uczymy się grać nogami”. Zaczęliśmy naukę. Po piętnastu minutach stwierdził, że jednak woli wrócić do rąk. I już nigdy nie miałam z nim kłopotów. Na uczniów nie można się obrażać, wszystko można obracać w żart. Kiedyś na lekcji umuzykalnienia odwracam się od tablicy, a czterdziestka dzieci pokazuje mi język. No to ja też wyciągnęłam język i mówię: „No, a teraz mierzymy, kto ma dłuższy”. I już był spokój. A kiedy podłożono mi pinezkę, zareagowałam ze śmiechem: „Mnie podłożyliście pinezkę? Musielibyście podłożyć duży gwóźdź, abym coś poczuła!”.

Stałym punktem muzycznej kariery są popisy – publiczne wykonywanie utworów. Czy są one konieczne?
– Popisy stanow...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy