W swojej pierwszej książce „Ciało chore z emocji” pisała Pani, że to w ciele właśnie przechowujemy niewyrażone emocje. W „Ajurwedzie na co dzień” idzie Pani o krok dalej i pyta: jak żyć, by ciało nie musiało już wszystkiego za nas dźwigać? Czy zgodzi się Pani ze stwierdzeniem, że oba te tytuły są uzupełniającą się opowieścią?
POLECAMY
Tak. I właściwie obie książki są o tym samym: o odzyskiwaniu wpływu na tę część naszego życia i zdrowia, na którą rzeczywiście mamy wpływ. W „Ciele chorym z emocji” nie poprzestałam na powiedzeniu: zobacz, co się z tobą dzieje. Dałam konkretne narzędzia do pracy: ćwiczenia z ciałem, obserwację własnych reakcji, relaksację, oddech, pranajamę, medytację. Chodziło o to, żeby świadomość prowadziła dalej. Zobaczenie własnego wzorca jest początkiem, ale potem trzeba jeszcze nauczyć ciało i umysł innego sposobu reagowania.
„Ajurweda na co dzień” idzie dalej i poszerza tę perspektywę o całe życie: sen, jedzenie, rytm dnia, ruch, regenerację, relację z własnym umysłem. Pyta: skoro już zaczynasz siebie rozumieć, to jak chcesz ze sobą żyć? Dlatego nie widzę tych książek jako dwóch różnych historii. Pierwsza mówi dużo o tym, co się z nami dzieje pod wpływem doświadczeń. Druga o tym, jak tworzyć warunki, które nam służą. Obie są o świadomości, ale świadomości, która ma przełożyć się na życie.
![]()
Coraz więcej mówi się o psychosomatyce, ale mam wrażenie, że często sprowadza się ją do hasła „wszystko siedzi w głowie”. Co najbardziej Panią w tym uproszczeniu irytuje?
Przede wszystkim to, że jest nieprawdziwe. A wobec chorego człowieka bywa zwyczajnie okrutne. Choroba nie jest prostym równaniem: przeżyłeś trudne emocje, więc zachorowałeś. Ajurweda ma zresztą bardzo ciekawe pojęcie – yukti. U Caraki oznacza ono rozumowanie, które bierze pod uwagę współdziałanie wielu przyczyn i warunków. Plon nie powstaje dlatego, że istnieje ziarno. Potrzebne są jeszcze woda, ziemia, pora roku i inne okoliczności. Z człowiekiem jest podobnie.
Współczesna medycyna oczywiście opisuje przyczynowość swoim językiem, ale również wie, że wiele chorób ma etiologię wieloczynnikową. Geny, środowisko, infekcje, wiek, styl życia, przypadek, czynniki psychiczne i społeczne mogą się układać w bardzo złożone konfiguracje. I trzeba powiedzieć jeszcze coś, czego nie lubi nasza kultura samodoskonalenia: nie wszystko da się zrozumieć. Nie wszystko da się wyleczyć. Nie wszystko da się naprawić.
Nie mamy pełnej kontroli nad zdrowiem, nad ciałem ani nad życiem. Możemy zrobić bardzo wiele dobrze i zachorować. Możemy kochać i stracić. Możemy o siebie dbać i się starzeć. Ta niepewność nie jest błędem w konstrukcji życia. Ona jest częścią życia.
Świadomość nie daje nam gwarancji. Daje nam szansę mądrzej obchodzić się z tym, co rzeczywiście jest w naszych rękach.
Czy przewlekły stres naprawdę może zmienić nasze ciało? Chodzi mi nie tylko poziom hormonów, ale choćby sposób oddychania, powodować problemy z trawieniem, ze snem, a nawet z postrzeganiem świata.
Tak. I potrafi zmienić je bardzo mocno.
Stres nie istnieje wyłącznie w myślach. Organizm uczestniczy w nim cały. Zmienia się praca autonomicznego układu nerwowego, układu hormonalnego i odpornościowego, sen, trawienie, napięcie mięśni, oddech. Jeżeli taki stan trwa miesiącami czy latami, płacimy za niego biologiczną cenę. Zmienia się również sposób, w jaki odbieramy świat. Organizm długo uczony czujności zaczyna szybciej wychwytywać zagrożenie. Człowiek odpoczywa, ale właściwie nie odpoczywa. Śpi, ale budzi się zmęczony. Nic złego się w tej chwili nie dzieje, a ciało nadal pozostaje gotowe do obrony.
Myślę, że trudno nam przyjąć do wiadomości, jak bardzo jesteśmy podatni na warunki, w jakich żyjemy. Lubimy opowieść o silnym człowieku, który wszystko wytrzyma. Tylko że ciało nie podpisało z nami takiej umowy.
Jesteśmy odporni, ale jesteśmy też krusi. Potrzebujemy snu, jedzenia, bezpieczeństwa, innych ludzi, odpoczynku. Potrzebujemy chwil, kiedy niczego nie musimy. Uznanie własnej kruchości nie jest słabością. Jest początkiem rozsądnego obchodzenia się ze sobą.
![]()
Mam wrażenie, że ajurweda została sprzedana zachodniemu światu jako zestaw przypraw i test: „jaką jesteś doszą”. Pani pisze o niej jako o filozofii życia. Czy można praktykować ajurwedę, nie pijąc złotego mleka i nie wstając codziennie o piątej?
Na szczęście tak. Można też codziennie pić złote mleko, skrobać język, wstawać o piątej, znać swoją doszę i nadal niewiele rozumieć z ajurwedy. Zrobiliśmy z niej na Zachodzie trochę worek z egzotycznymi zwyczajami. Wyciągamy trzy rzeczy z kapelusza i oczekujemy, że rozwiążą problemy współczesnego człowieka. Nie rozwiążą.
Ajurweda powstawała w innym klimacie, społeczeństwie, kulturze, przy innym rytmie życia i dostępie do żywności. Próba przeniesienia tego wszystkiego jeden do jednego do Polski w XXI wieku chwilami byłaby po prostu komiczna.
Ale byłoby równie niemądre wyrzucić tę tradycję tylko dlatego, że jest stara. Trzeba się nią mądrze inspirować. Pytać, jaka zasada stoi za konkretnym zaleceniem i czy ma sens w moim życiu.
Dla mnie sednem ajurwedy nie jest godzina pobudki. Jest nim pytanie: czy umiesz obserwować siebie na tyle dobrze, by rozpoznawać, co ci służy, a co przestało ci służyć?
W „Ajurwedzie na co dzień” przekonuje Pani, że nie chodzi o robienie czegoś perfekcyjnie, tylko o złapanie konkretnego rytmu. Co Pani przez to rozumie?
Wszystko wokół nas ma rytm. Dzień przechodzi w noc, zmieniają się pory roku, światło, temperatura. Przyroda nie kwitnie przez dwanaście miesięcy. Ma czas wzrostu i czas wycofania. Człowiek jest częścią tej samej biologii, choć czasami zachowujemy się tak, jakbyśmy byli od niej niezależni.
Nasze ciało również działa rytmicznie. Sen i czuwanie, temperatura ciała, wydzielanie wielu hormonów, apetyt i metabolizm są powiązane z rytmem dobowym.
Tymczasem próbujemy żyć linearnie: zawsze tak samo wydajni, zawsze dostępni, zawsze na podobnych obrotach. To jest dość absurdalne. Dlatego rytm nie oznacza dla mnie perfekcyjnego planu dnia. Chodzi o powtarzalność. W miarę stały sen, regularne jedzenie, ruch, odpoczynek. Również o zgodę na to, że nie każdego dnia jesteśmy tą samą osobą.
Życie nie jest linią prostą. Bardziej przypomina falę. Zdrowie polega także na tym, żeby nauczyć się z tą falą poruszać, zamiast cały czas próbować ją zatrzymać.
Czy można być „zdrowym” i jednocześnie żyć kompletnie niezgodnie ze sobą? Jakie sygnały najczęściej ignorujemy, zanim ciało zacznie boleć?
Nie. Można mieć prawidłowe wyniki badań. Można być sprawnym, produktywnym i wyglądać na człowieka, który świetnie sobie radzi. Ale jeśli przez lata żyję wbrew sobie, przekraczam własne granice, nie mam zgody na siebie i pozostaję w ciągłym konflikcie ze światem, trudno mówić o równowadze.
Wcześniej czy później coś pęknie. Niekoniecznie od razu pojawi się choroba. To byłoby zbyt proste. Pęknięciem bywa bezsenność, wypalenie, utrata radości, drażliwość, ciągłe napięcie. Czasem po prostu człowiek któregoś dnia odkrywa, że ma życie wypełnione po brzegi, ale nie ma w nim siebie.
Najczęściej ignorujemy właśnie te małe rzeczy. Zmęczenie, coraz gorszy sen, napięcie szczęki, płytki oddech, problemy z odpoczynkiem. Mówimy: taki mam teraz czas. Tylko że ten „czas” potrafi trwać dziesięć lat. Nie da się być spokojnym człowiekiem, gdy prowadzi się ze sobą nieustanną wojnę. Prędzej czy później rachunek za tę wojnę przychodzi.
Kobiety są dzisiaj zmęczone bardziej niż kiedykolwiek: pracą, opieką nad rodziną i starzejącymi się rodzicami, presją młodego wyglądu i bycia produktywną w pracy. Gdyby ajurweda miała postawić jedną diagnozę współczesnej kobiecie, to jak by ona brzmiała?
Powiedziałabym: nadmiar i wymuszona wielozadaniowość.
Współczesna kobieta ma pracować, zarabiać, zajmować się dziećmi, często pomagać starzejącym się rodzicom, dbać o związek, ćwiczyć, zdrowo jeść, rozwijać się, być świadoma swoich emocji i jeszcze dobrze wyglądać. Najlepiej również młodo. To jest szalone.
Do tego dochodzi wielozadaniowość, którą przez lata przedstawiano niemal jako kobiecy talent. Ja widzę w niej raczej ogromne obciążenie uwagi. Jemy i odpowiadamy na wiadomości. Rozmawiamy z dzieckiem i sprawdzamy telefon. Odpoczywamy i jednocześnie coś załatwiamy.
Jeden z moich nauczycieli medytacji wypowiedział kiedyś zdanie, które zapamiętałam: „Oświecenie to umiejętność robienia jednej rzeczy na raz”. Nie wiem, czy to definicja oświecenia, ale jako instrukcja życia jest znakomita.
Zjeść, kiedy jem. Słuchać, kiedy ktoś mówi. Iść, kiedy idę. Odpoczywać, kiedy odpoczywam.
To brzmi banalnie? Spróbujmy tak przeżyć jeden dzień.
![]()
Zauważa Pani, że oddech jest najszybszą drogą do regulacji układu nerwowego. Gdyby miała Pani nauczyć czytelniczki tylko jednej praktyki na gorszy dzień, co by Pani wybrała: asanę, pranajamę czy medytację?
Oddech. Zdecydowanie.
Ale nie chodzi o popularne „weź wielki, głęboki oddech”. Oddech uspokajający powinien być przede wszystkim powolny, długi i spokojny, niekoniecznie bardzo głęboki. Oddychamy nosem, bez wysiłku. Jeżeli jest to komfortowe, pozwalamy, by wydech był trochę dłuższy.
Powtarzam swoim uczniom: szybkość zawsze wyklucza jakość. Dotyczy to ruchu, jedzenia, życia i bardzo często również oddechu. Długi, spokojny oddech jest dla układu nerwowego informacją: w tej chwili nie musisz uciekać. Możesz zmniejszyć mobilizację.
Nie próbowałabym jednak oddechem wymazać trudnego dnia. Jeśli jest mi źle, to jest mi źle. Praktyka nie służy temu, by udawać, że życie jest inne, niż jest. Ma mi pomóc pozostać przy tym, co się wydarza, bez dokładania do tego jeszcze większego chaosu.
Gdyby miała Pani odpowiedzieć jednym zdaniem na pytanie, które pada w książce: „Czy sposób, w jaki żyję, jest naprawdę dobry dla osoby, którą jestem?”, co by Pani powiedziała?
Odpowiedziałabym sobie innym pytaniem: ile siebie muszę codziennie porzucić, by utrzymać swoje obecne życie?
Bo można bardzo długo być dzielnym. Dopasowywać się. Spełniać oczekiwania. Robić to, czego się od nas oczekuje. Nawet odnosić sukcesy. I pewnego dnia odkryć, że człowiek, dla którego to wszystko robiliśmy, gdzieś po drodze zniknął.
Nie chodzi o to, żeby urządzić świat dokładnie według własnych potrzeb. Świat nie będzie się do nas dopasowywał. Będziemy tracić ludzi, starzeć się, chorować, spotykać sytuacje, których nie chcieliśmy. Tego nie da się wynegocjować.
Ale jest różnica pomiędzy przyjmowaniem życia takim, jakie jest, a porzucaniem siebie, by zasłużyć na miejsce w tym życiu.
Jeśli więc muszę odpowiedzieć jednym zdaniem: dobry sposób życia to nie taki, w którym wszystko mi odpowiada, tylko taki, w którym nie muszę stale zdradzać samej siebie.
Od wielu lat pracuje Pani z ludźmi. Co – jak wynika z Pani praktyki i doświadczenia – częściej stoi za chorobą: niedbanie o swoje zdrowie, nałogi czy raczej brak zgody na to, by żyć inaczej, niż oczekuje od nas świat?
Nie wiem. I myślę, że czasami właśnie „nie wiem” jest najuczciwszą odpowiedzią.
Za chorobą mogą stać geny, infekcje, środowisko, wiek, styl życia, przypadek i mnóstwo czynników, których nawet nie znamy. Nie chcę mówić choremu człowiekowi, że gdyby lepiej żył, toby nie zachorował. To byłaby pycha.
Bardziej interesuje mnie inne pytanie: co robimy z życiem, które mamy teraz?
Niezwykle ważna jest dla mnie salutogeneza Aarona Antonovsky’ego. Jednym z elementów jego poczucia koherencji jest sensowność: poczucie, że życie jest warte zaangażowania, że istnieją sprawy, dla których warto podejmować wysiłek. Obok niej są zrozumiałość i zaradność – poczucie, że potrafię choć częściowo zrozumieć swoją sytuację i mam zasoby, żeby się z nią mierzyć.
To jest mi niezwykle bliskie. Bo zdrowie nie oznacza dla mnie życia bez choroby. Człowiek chory nadal może mieć poczucie sensu, kochać, być kochanym, podejmować decyzje, być ciekawym świata. A człowiek z idealnymi wynikami badań może dawno stracić poczucie, że jego życie jest jego własne.
Nie wszystko uratujemy. Nie wszystko naprawimy. W końcu wszyscy stracimy również własne ciało. Ale dopóki jesteśmy tutaj, warto być po stronie swojego życia. To chyba najważniejsza rzecz, której nauczyły mnie zarówno choroba, jak i wszystkie późniejsze lata praktyki.