Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Ile się cenić trzeba

0 236

Poradniki zachęcają, by powtarzać sobie: „jestem dobry i skuteczny”, wbrew temu, co nam się wydarza i co dotychczas myśleliśmy o sobie. Nie bez pewnej racji. „Jestem wiele wart”, „myślę o sobie dobrze” - to przekonania ludzi bardziej skutecznych i odpornych, łatwiej pokonujących trudności i przeżywających mniej obaw.

Wysoka samoocena jest pozytywną iluzją na własny temat. Dostarcza energii i mobilizuje nas do działania, nawet wbrew logice zdarzeń. Niska samoocena to uprzedzenie wobec samego siebie. Działa jak hamulec: spowalnia, wręcz paraliżuje nasze działania, skupiając nas na tym, co w nas niedoskonałe i ułomne. Każe nam dostrzegać niedociągnięcia nawet tam, gdzie inni widzą znaczące osiągnięcia.

Czy wysoka samoocena zawsze nas chroni? Czy też jest cenzorem, który nie dopuszcza nieprzyjemnych informacji, i naraża nas czasem na niebezpieczeństwo? Wysokiej samoocenie towarzyszy silna wiara we własne siły i optymizm. Jak pokazują jednak badania Roya Baumeistera (1996), jednego z najbardziej uznanych badaczy samooceny, może być to optymizm nadmierny, który osłabia czujność i skłania nas do ryzykownych decyzji. A jeśli zdarzy się porażka? Osoby z wysoką samooceną przyjmują ją jako coś absolutnie niezasłużonego. Za swe niepowodzenia obwiniają otoczenie lub też obniżają wagę doznanej porażki. Nie wyciągają wniosków z popełnionych błędów. Gdy osoba o wysokiej samoocenie wyrządzi komuś krzywdę, to pierwszą i najczęściej jedyną reakcją jest obwinianie ofiary, uznanie, że sobie na to zasłużyła. Wysoka samoocena może więc nasilać agresję wobec innych ludzi.

Czy globalna samoocena jest nam potrzebna? Czy nie lepiej się jej wyzbyć? Byłoby to jakieś wyjście, ale raczej skazane na niepowodzenie. Oceniamy wszystkich i wszystko – ludzi, zdarzenia, także własną osobę. Samoocena kształtuje się od najwcześniejszych lat, od kiedy zdajemy sobie sprawę ze swojego istnienia. „Rdzeń samooceny”, jak określa Seymour Epste-in (1983) najsilniejsze przekonanie o tym, ile jesteśmy warci, jest efektem przeniesienia ocen i uczuć żywionych wobec nas przez rodziców. Te przekonania działają jak samopotwierdzająca się etykieta, „nieprzemakalna” wobec faktów. Co więcej, owa etykieta jest dość niezależna od szczegółowych przekonań o włas-nej urodzie, wiedzy, inteligencji itp. Stereotyp własnej osoby uparcie się utrzymuje, a nawet umacnia w konfrontacji z podważającymi go informacjami. Jakże często osoby nisko oceniające siebie po odniesieniu sukcesu czują się rozczarowane, że tak niewiele on zmienił. A nie mógł zmienić, gdyż widzą one sukces jako wynik przypadku, szczęśliwego zbiegu okoliczności czy przychylności innych ludzi. Pochwały interpretują zaś jako obłudę lub wyraz czyjejś uprzejmości.

Jak przełamać negatywne nastawienie do siebie? Z pewnością nie zmieni go sukces w jakiejś dziedzinie. Niewiele też zdziała wmawianie sobie, że jest się dobrym i skutecznym. Afirmacje, do których zachęcają zwolennicy „pozytywnego myślenia”, często jeszcze mocniej uwidaczniają to, co nas boli. Nie pomogą też próby tłumienia negatywnych odczuć na swój temat. Eksperymentalnie udowodniono (Wegner i współprac., 1987), że kiedy prosi się ludzi, aby nie myśleli o czymś, np. o białych niedźwiedziach, to myślą o nich szczególnie intensywnie. Ponadto samoocena działa w dużej mierze bez udziału naszej świadomości.

Realne możliwości i samoocena często nie idą w parze. Wiele osób ma obiektywne powody do zadowolenia z siebie, a  poczucie znikomej własnej wartości odbiera im tę szansę. I odwrotnie, są tacy, którzy nie mają żadnych dowodów swojej skuteczności i kompetencji, a posiadają bardzo wysokie mniemanie o sobie. Samoocena bowiem wynika z tego, jaki obraz własnej osoby przejęliśmy od rodziców lub innych ważnych osób. W życiu dorosłym negatywna wizja własnej osoby „obrasta” w wybiórczo pamiętane doświadczenia i pesymistyczne iluzje, które ją wzmacniają.

Samoocena najsilniej ujawnia się w sposobie realizacji celów. Tu popełniamy błędy. Czasem już na etapie wyboru celów. Osoby o niskiej samoocenie mają tendencję do wybierania zadań zbyt trudnych albo zbyt łatwych (Baumeister, 1993). Robią tak z obawy przed porażką. Przy zadaniach trudnych porażka jest usprawiedliwiona i nie przynosi ujmy. Zadania łatwe zaś raczej nie grożą porażką. Takie postępowanie, służące obronie przed niepowodzeniem, jest całkowicie nieefektywne, jeżeli chodzi o budowanie pozytywnego stosunku do własnej osoby. Przecież szanse na sukces w zadaniu trudnym są niewielkie, a sukces w zadaniu łatwym nie może być źródłem zadowolenia. Przy takim wyborze celów osoby o niskiej samoocenie nie dają sobie okazji, by sprawdzić swe rzeczywiste możliwości.

W każde działanie trzeba wkalkulować ryzyko porażki. Co więcej, porażka nie oznacza, że jestem do niczego. Osoby nisko oceniające siebie przeceniają znaczenie pojedynczej porażki. Myślą, że na niej „kończy się świat”. I bronią się przed niepowodzeniem. Błędy mogą zdarzyć się każdemu. Kiedy dopuszczamy możliwość błędów lub porażki, przestajemy się na nich koncentrować. Przeciwnie, usilne starania, aby nie popełnić błędów, mogą paradoksalnie przyczynić się do ich wywołania, ponieważ ciągle o nich myślimy. Najlepiej wybierać cele umiarkowanie trudne takie, które pozostają w zasięgu naszych kompetencji, ale stanowią pewne wyzwanie. Dopiero wtedy sukces może być powodem do zadowolenia. I potwierdza nasze możliwości. Na początku lepiej wybierać cele krótkoterminowe, aby sp...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy