Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

28 lipca 2016

I stworzył Bóg seks...

0 390

Seks po katolicku nie powinien być przykrym obowiązkiem, którego jedynym celem jest prokreacja. Małżonkowie powinni odkrywać swoją seksualność, szukać takich ułożeń ciała, które dostarczają im przyjemności i nie krępują ich. Ale też muszą pamiętać, że szczęśliwe życie seksualne nie polega na przetestowaniu 150 pozycji.

Aleksander Król: – Ludzie w kwestiach seksu zachowują się tak, jak w kościele: smutno, sztywno i poważnie. Taką opinię czytamy we wstępie do książki Ojca pt. Nie bój się seksu, czyli kochaj i rób co chcesz. Czy taki właśnie jest seks po katolicku?
o. Ksawery Knotz:
– Absolutnie taki nie jest! Niestety, istnieje pewien stereotyp, że o Bogu w życiu seksualnym wypada mówić bardziej poważnie. I zdobywamy się na sztuczną powagę, bo wydaje nam się, że w relacji do Pana Boga przystoi tylko taka postawa. Ten stereotyp wynika z wyobrażeń niektórych ludzi, niekoniecznie wierzących. Bóg kojarzy im się przeważnie negatywnie, więc od razu odrzucają to, co dla katolików jest najważniejsze: odkrywanie Pana Boga w swoim życiu, w małżeństwie, w życiu seksualnym.

Jaki więc jest seks katolików? A raczej – jaki powinien być?
– Katolicy tak jak inni ludzie lubią seks i chcą czerpać satysfakcję z życia seksualnego. Jeżeli jakieś pary mają nieudane życie seksualne, to jest to efekt braku więzi, złej komunikacji, zaniedbania budowania związku, braku rozmów o życiu seksualnym. Ludzie wierzący mają takie same bolączki jak i niewierzący. Różnica jest tylko taka, że katolicy powinni wiedzieć – a często sobie tego niestety nie uświadamiają – że ich związek jest drogą do świętości, a Boga trzeba szukać w trudzie budowania więzi, poznawaniu siebie, w uczeniu się lepszej komunikacji, w trosce o satysfakcjonujące życie seksualne.

Niektórzy seksuolodzy twierdzą, że to nauka Kościoła dotycząca seksu przyczynia się do powstawania u katolików nerwic na tle seksualnym...
– Moim zdaniem problem tkwi nie w moralności katolickiej, ale w pewnej interpretacji nauki Kościoła, skoncentrowanej na myśleniu zakazowym, co powoduje, że seks kojarzy się z czymś negatywnym. Gdy ludzie bardziej wrażliwi zaczynają myśleć w tych kategoriach, to popadają w nerwice. Chcą przestrzegać jakichś zasad, których nie rozumieją, a które zastępują im mądrość życia. Nie można cieszyć się życiem seksualnym, gdy nie ma się naturalnej identyfikacji ze swoim ciałem i ze swoją seksualnością. Zamiast się jej uczyć – pozwalając sobie przy tym na błędy – pytają księży, co wolno, a co jest zakazane i w gruncie rzeczy nie za bardzo rozumieją, o co w tym wszystkim chodzi. Wiele par utknęło w pseudoprocesie imitującym odkrywanie dobra, pozbawionym relacji do Boga i niepozwalającym doświadczyć miłości. Czasami spotykam się z ludźmi myślącymi o seksie w taki nerwicowy sposób, ale jak się z nimi porozmawia, to okazuje się też, że mają bardzo dziwny obraz Pana Boga – daleki od chrześcijańskiej wizji... Nie definiują moralności jako drogi do szczęścia, którą warto odkrywać. Oni nie uczą się siebie, swoich reakcji, kochania, rozmawiania. Funkcjonują w pewnym zniewoleniu.

Co według Ojca jest dziś największym problemem w relacjach seksualnych?
– Głównym problemem jest brak więzi. Mężczyzna nie rozumie kobiety, a kobieta mężczyzny. Próbują stworzyć więź, ale nie udaje im się to, bo budują ją na fałszywych wyobrażeniach o partnerze. Nie ma mocnych fundamentów relacji tam, gdzie tworzywem są wzajemne projekcje, gdzie partnerzy nie rozumieją istoty męskości i kobiecości. Dzisiaj na nowo trzeba odkrywać przed mężczyzną, kim jest kobieta, a przed kobietą, kim jest mężczyzna. To dotyczy również rozumienia ciała – kobieta i mężczyzna odbierają je w odmienny sposób, nie tylko w sensie zewnętrznym, biologicznym, ale i psychicznym, duchowym. Umiejętność wchodzenia w relacje zakłada słuchanie, poznawanie, odkrywanie, rozmowę, dzielenie się swoim doświadczeniem, swoim rozumieniem siebie i świata. Bez tego wszystkiego nie ma szans na szczęśliwe życie seksualne.

Proponuje więc Ojciec jako grę wstępną otwar[-]tą rozmowę o tym, co w łóżku sprawia przyjemność kobiecie, a co doprowadza do rozkoszy męż[-]czyznę?
– Na rekolekcjach mamy spotkania w grupach, w czasie których małżonkowie rozmawiają o swoim życiu seksualnym, np. o tym, jak radzą sobie z komunikacją w różnych fazach cyklu kobiety, jak przeżywają oczekiwanie na seks. Jest też czas na osobistą rozmowę, np. o najprzyjemniejszych wspomnieniach związanych ze współżyciem, o swoich nawet najskrytszych marzeniach w alkowie. Takie rozmowy są bardzo potrzebne, ale żeby były możliwe, trzeba umieć nazwać swoje przeżycia, znaleźć język, który wyrazi potrzeby i oczekiwania.

Namawia Ojciec katolików, aby mówili sobie o tym, co sprawia im w łóżku przyjemność, a pewnie wielu myśli: Jak to? Przecież na naukach przedmałżeńskich uczono, że seks służy do prokreacji, a nie do odczuwania przyjemności!...
– Niewiele wiemy o tym, jak ludzie interpretują naukę Kościoła i czego nie rozumieją, dopóki nie poruszymy tych tematów na głos. Gdy mało się mówi o czerpaniu przyjemności, a dużo o prokreacji, to niektórzy myślą, że Bóg jest przeciwko przyjemności. A przecież wcale tak...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy