Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

11 czerwca 2018

Hate

Od nienawiści, która jest tępa, ślepa, pozbawiona osobistego motywu, chce się jak najszybciej odwrócić wzrok – to naturalny odruch. Ale tylko patrząc, mamy szansę reagować, działać, współczuć.

Hejt, hejterzy, zbrodnia z nienawiści. Namnożyło się w języku polskim określeń dotykających tego, co w ludzkiej naturze najbrudniejsze, najbardziej podłe, przerażające. „Nienawiść” też ma swoje miejsce w tym katalogu, lecz mimo wszystko, budzi jeszcze inne, nieco szlachetniejsze skojarzenia – w zestawieniu z „hejtem” nabywa literackiego sznytu. Ta dwuznaczność nie występuje w języku angielskim, z którego „hejt” przywędrował do polszczyzny jako określenie nieuzasadnionej wirtualnej agresji. Tam „hate” to po prostu nienawiść, rozpleniona w internecie i poza nim. W postaci słów („hate speech”) i, coraz częściej, czynów („hate crime”). To rozróżnienie jest jednak mało precyzyjne – mowa nienawiści w świetle definicji opracowanej przez instytucje europejskie też jest de facto zbrodnią (crime) z nienawiści.

Odsuwając na bok językowe niuanse, zobaczymy wyraźnie, że za tą zbieraniną posępnych pojęć kryje się wspólny wzór. Motyw: prawie nigdy nie ma w nim nic osobistego. Ofiara: często przypadkowa. W oczach sprawcy niemal kompletnie odczłowieczona, sprowadzona do zbioru cech właściwych dla danej grupy - „ciapatych”, „czarnych”, „pedałów”. Sprawca: uprzedzony do owej grupy, przekonany, że jest ona zagrożeniem, a jej członkowie zasługują na napiętnowanie, a nawet eliminację. Hate crime jest jak tępe narzędzie, które wali na oślep, bez wyraźnego motywu, bez emocji innych niż nienawiść właśnie. Nie ma w niej żadnego drobiazgu, niuansu, kontekstu, który dałoby się ogarnąć rozumem, wytłumaczyć, objąć współczuciem. Zbrodnia w afekcie, zbrodnia z zazdrości, zbrodnia w wyniku zemsty – to wszystko, choć godne potępienia, opatrzone historią i kontekstem, jawi się często jako tragedia obu stron: kata i ofiary. W przypadku zbrodni z nienawiści nie ma miejsca na okoliczności łagodzące, na błysk zrozumienia w oczach sędziego, na współczucie świadków. Jeżeli ktoś to pojmuje – stoi po stronie sprawcy. Reszta musi pozostać bezradna.


To właśnie słowo – bezradność – dobrze pasuje do reakcji brytyjskich mediów i społeczności miasteczka Bacup na brutalne morderstwo popełnione na 20-letniej Sophie Lancaster latem 2007 roku. Tamtej sierpniowej nocy spacerowała ze swoim chłopakiem, Robertem, po parku. W pewnym momencie wstąpili na stację benzynową, aby kupić papierosy. Gdy stamtąd wyszli, tamci już na nich czekali. Pięciu chłopaków w wieku od 15 do 17 lat. Głowę Roberta kopali jak piłkę do futbolu. Sophie złapali, zanim zdążyła uciec. Policjanci, którzy ją potem znaleźli, nie byli pewni, czy to dziewczyna, czy chłopak. Na twarzy – a raczej tym, co z niej pozostało – widoczne były odgniecione ślady butów. Lekarze ratowali ją jeszcze przez 13 dni. Ostatniego dnia rodzina zadecydowała o odłączeniu Sophie od aparatury podtrzymującej życie. Robert wybudził się ze śpiączki. 10 lat po ataku powiedział dziennikarzowi The Guardian: „Media tłumaczyły to w zbyt uproszczony sposób. Sophie nie została zamordowana, bo była gotką. Ona nie żyje, bo jacyś s****iele postanowili ją zabić”.

Gotka. Dredy, kolczyki w uszach, ciemne ubrania. Tak wytłumaczono atak na Sophie. Jej inność miała „sprowokować” bandę zdegenerowanych nastolatków. Po latach policja w Manchesterze oficjalnie nada tej tragedii miano „zbrodni z nienawiści”. Walczyła o to matka, Sophie, Sylvia, która założyła w tym celu fundację i nazwała ją imieniem córki. Robert odrzuca to określenie, bo nie dostrzega w tej zbrodni żadnego motywu, wytłumaczenia, sensu. Sophie faktycznie była gotką, jej kolczyków ani dredów nie dało się ukryć – ale przecież on miał na sobie tego wieczoru zwykłą bluzę z kapturem i dżinsy, stylem przypominał więc raczej swoich oprawców. Mimo to został zaatakowany jako pierwszy. Dlatego Robert nie kupuje socjologicznych wyjaśnień, szufladkowania i kategoryzacji. Tam, gdzie inni widzą „hate crime” – być może słusznie – on nie dostrzega nic. Tylko przerażającą, obezwładniającą pustkę. I ma do tego pełne prawo.

Historia Sophie i Roberta zainspirowała wielu twórców, zwłaszcza filmowych. Na język literatury przełożył ją Alan Gibbons w wydanej niedawno również w Polsce przez Wydawnictwo Zielona Sowa powieści „Hate”. Nie jest to dosłowna rekonstrukcja historii z Bacup, lecz inspirowana tymi wydarzeniami autonomiczna opowieść, ubrana w formułę książki dla nastolatków. Jej dydaktyzm jest na szczęście nienachalny, a sama narracja prowadzona jest precyzyjnie i wyczyszczona ze zbędnych fajerwerków. Jak wskazuje tytuł, to historia nienawiści, ale takiej, która wylewa się daleko poza ramy jednego wydarzenia, zatruwa bowiem też postaci drugoplanowe, mimowolnych świadków, ich przyjaciół, rodziny i całą społeczność. Główna bohaterka, siostra zamordowanej dziewczyny, wskutek zbiegu okoliczności poznaje Anthony'ego, chłopaka, który był świadkiem tego morderstwa. To świetny zabieg Gibbonsa: włączenie do akcji „bystandera”, niemego, zamrożonego we własnym strachu przypadkowego przechodnia, uwikłanego w sytuację, z której nie ma dobrego wyjścia. Anthony mógł zaryzykować wszystko lub nie zrobić nic – wybrał to drugie. Fabuła „Hate”, poza przedstawieniem konsekwencji bezsensownej zbrodni, pokazuje też jego drogę do odkupienia.



„Hate” jest więc z jednej strony hołdem złożonym Sophie, ale i wiarygodną analizą „zbrodni z nienawiści”, której przeprowadzenie nie byłoby możliwe wyłącznie w kontekście relacji kat-ofiara. Hate crime, jak pośrednio przekonuje Gibbons w swojej powieści, to zawsze problem całej wioski, dzielnicy, miasta, a nawet społeczeństwa. Od nienawiści, która jest tępa, ślepa, pozbawiona osobistego motywu, chce się jak najszybciej odwrócić wzrok – to naturalny odruch. Ale tylko patrząc, mamy szansę reagować, działać, współczuć. O tym właśnie jest ta książka: nie tylko o katach i ofiarach, ale także o tych, którzy patrzą – niekoniecznie na zbrodnie: najpierw na ataki słowne, internetowe wyzwiska, groźby, kpiny. Czyli w pewnym sensie o większości z nas.

Przypisy