Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

29 marca 2017

Gołębica zbroczona

181

Czułam, że zaczynam mieć wgląd w coś, czego wolałabym nie widzieć, najchętniej wykasowałabym to z życia i ze świadomości. Ale to już było i zaczęło się dobijać i upominać o wysłuchanie.

Dorota Krzemionka: Sprawiasz wrażenie krucho-silnej, wrażliwość połączona z siłą. Co czyni Cię silną?
Agata Norek: Może mam to w genach. Babcia urodziła moją mamę, mając 17 lat. Przez miasto przejeżdżał cyrk. Zobaczyła akrobatę chodzącego po linie i jakby piorun w nią uderzył: po przedstawieniu poszła z nim do wozu cyrkowego i tak się poczęła moja mama. Przynajmniej tak zapamiętałam tę historię.

Cyrk pojechał dalej…
A babcia urodziła moją mamę. Oczywiście była na językach sąsiadów. Co zrobiła? Założyła obcasy, włożyła dziecko do wózka i dotąd chodziła ulicą, aż wszystkim obrzydło plotkowanie. Umierając, zażyczyła sobie lody waniliowe – chciała odejść z tym smakiem w ustach, rozkoszować się nim do ostatniej sekundy życia. Może mam jej geny. Ale silną uczyniło mnie to, czego doświadczyłam. Miałam w życiu kilka momentów, gdy czułam, że albo koniec, albo coś z tym zrobię.

Jednym z takich momentów był wypadek…
Tak, w kwietniu 2013 roku obroniłam doktorat, w moich Tarczach zamknęłam chyba wszystko, co mogłam przerobić emocjonalnie i intelektualnie. Tam były blizny, cięcia, nici chirurgiczne. Pół roku później, jadąc rowerem, zostałam uderzona przez ciężarówkę. Miałam 17 złamań, miednica rozpadła się na dwa kawałki, przeszłam 14 operacji. Mało jest miejsc w moim ciele, w których nie było ingerencji chirurga. Lekarze, którzy widzą listę moich uszkodzeń, patrzą na mnie, a potem rozglądają się i pytają: Gdzie jest pani Norek? Nie chcą wierzyć, że można po tym wszystkim być w takim stanie.

Dzięki czemu wyszłaś?
Oczywiście miałam fazy załamania. Szczególnie kiedy na nowo uczyłam się chodzić, cierpiałam na bezsenność. Psychologowi szpitalnemu musiałam obiecać, że nic złego sobie nie zrobię. Chirurg, który wielokrotnie mnie operował, przyznał, że przez dwadzieścia lat jeździł w karetkach, był chirurgiem w Formule 1, ale tak silnego człowieka jak ja nigdy nie spotkał. Napisał mi: „z zewnątrz łamliwa jak piórko, a w środku pełna siły i energii”.

Przypomina to jedną z Twoich Tarcz – „Gołębicę Pokoju”. Tarcze przeciw przemocy – skąd taki temat?
Życie mnie z nią mocno skonfrontowało. Kiedy miałam 24 lata, zaczęły mi się przypominać straszliwe rzeczy – takie rozsypane puzzle: obrazy, wycinki pamięci, które nie składały się w całość… Nie wiedziałam, czy coś naprawdę się wydarzyło, czy oszalałam. Pobiegłam do psychiatry i spytałam, czy moje podejrzenia mogą być słuszne, a wspomnienia realne. Twierdząco pokiwał głową. Pamiętam, że kiedy wyszłam od niego, radosny śpiew ptaków był nie do wytrzymania. Tarcze umożliwiły mi mówienie o tym, co najtrudniejsze.

Tarcza Abażur mówi: „nikt nie wie, że we wnętrzach naszego spokojnego i ciepłego domu mieszka on. Nikt nie podejrzewa, że ciężkie, kwieciste zasłony salonu ukrywają głębokie cierpienie”. Przemoc czasem ma tak subtelne oblicze, że ofiara nawet nie może się poskarżyć, bo na co?
Sama miałam problem z uchwyceniem, czym jest przemoc. W najgorszym okresie życia znalazłam się w bardzo toksycznej relacji. Czułam, że dzieje się wiele złego, ale brałam winę na siebie. Myślałam, że to ze mną coś jest nie tak. Byłam skłonna wierzyć, że osoba, która mnie raniła, chciała mi pomóc, a ja nieadekwatnie reagowałam. Ten ktoś wkładał mi w głowę, że gdyby nie on, nikt by mnie nie chciał. Miałam wtedy w kieszeni dyplom z wyróżnieniem, od lat byłam szanowana za osiągnięcia. Nie mogłam zrozumieć, czemu ten człowiek powoduje, że się czuję jak ostatni śmieć, jak nic, upokarzał mnie w moim cierpieniu.

Ludzie często się dziwią: on ją bije, a ona wciąż wraca do niego. Dlaczego? Bezbronna ofiara w sprawcy widzi siłę i ratunek dla siebie...
Ponieważ kiedyś kochała tego, kto robił jej krzywdę. Musiała kochać, nie miała innego wyjścia. Jeśli wcześnie w życiu doświadczymy przemocy, to mechanizmy samoobrony nie działają. W tamtych latach miałam poczucie, że gdybym była w piwnicy, gdzie wlewałaby się woda, i wszyscy by uciekli, tobym stała i nie reagowała.

Twoje uczucia zostały zamrożone, inaczej byś ich nie udźwignęła...
Kiedy nie można było uciec ani krzyczeć, musiałam nauczyć się trwać i nie czuć. To jeden ze skutków przemocy. Niektórzy ludzie pozbawieni skrupułów wyczuwają to i mogą zacząć cię dręczyć. Sama tego doświadczyłam kilka razy. Zrozumienie tego mechanizmu zajęło mi dużo czasu.

Jak pojawił się pomysł na pierwszą Tarczę?
Przed laty wpadłam w rzeczywistość w sobie kompletnie nieposkładaną. Czułam, że zaczynam mieć wgląd w coś, czego wolałabym nie widzieć, najchętniej wykasowałabym to z życia. Ale to już było, zaczęło się dobijać i upominać o wysłuchanie.

Dopóki nie wysłuchamy tych demonów, będą nam mieszać w życiu…
Gnębić i dręczyć, dusić i zabierać jakość życia. Mnie pomogła Biegnąca z wilkami Clarissy Pincoli Estes; dzięki niej zrozumiałam, że są w nas światy, o których nie mamy pojęcia, ale są częścią nas i mają prawo wracać w obrazach i snach. Pojęłam też, że podświadomość chce pomóc. Naciągałam kołdrę na głowę i myślałam: rzucam się w to, puszczam wszystko, co wiem, i otwieram się na to doświadczenie. Zaczęłam przepuszczać przez siebie najtrudniejsze emocje; to rodziło obrazy i tak zaczęły powstawać pomysły na Tarcze.

To był Twój sposób na chaos uczuć?
Wówczas nie wiedziałam, co się dzieje z moją psychiką, dotąd byłam bardzo poukładana. Ale zaczęłam temu procesowi ufać, tym bardziej że przynosił ulgę. Okazało się, że podświadomość też ma swoje prawa, rządzą nią zależności. Świat emocji jest logiczny, wszystko skądś się bierze i ma związek z czymś innym. Odkryłam, że odpowiedzi na dręczące mnie pytania znajdę głęboko w sobie. Gdy czułam, że znów coś mnie zaczyna psychicznie gnieść, wiedziałam, że to zapowiedź uwolnienia. Czułam, że znalazłam klucz. Puzzle, które początkowo były wycinkami bez ładu, przerażającymi fragmentami koszmarnej składanki, nagle zaczęły się łączyć w...

Jedną opowieść?
Jeden obraz. O tym jest Tarcza „Tajemnica Zmartwychwstawania” – o rozrzuconych fragmentach, zagrzebanych pod ziemią głęboko, by nigdy nie ujrzały światła. A teraz budzi się, ze szczątków czyszczonych własnymi łzami uczy się współczucia i miłości do siebie. Odnajduje kawałki ciała. Rośnie i wychodzi spod ziemi. Idzie do domu oprawców, którzy umywają ręce i pokazują, że nie mają z tym nic wspólnego.

Poszłaś do domu sprawców?
Początkowo chciałam, ale pożegnałam się z tą myślą, ponieważ po czasie doświadczyłam, jakiej odwagi wymagało ode mnie, by dopuścić do siebie wypartą świadomość wszystkiego, co się stało. To miało siłę rażącą i mogło zabić. Nie oczekiwałam od nich tego, że sami też otworzą się na tak bolesny proces. Wtedy zresztą wiedziałam już, kim jestem i co mi zrobiono. Ludzie myślą, że muszą się rozprawić ze sprawcą. To jeden ze sposobów uporania się ze skutkami przemocy, jeśli jest taka możliwość. Ale często jej nie ma, nie sposób rozmawiać, bądź tego kogoś już nie ma, nie żyje. Co więcej, dostrzeg[-]łam, że sama zaabsorbowałam w sobie aspekty sprawców. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo stałam się dla siebie okrutna, bezwzględna i jak trudno mi było zahamować to w sobie. Zrozumiałam, jak im też było ciężko coś zmienić. Ta świadomość pomogła mi rozgrzeszyć tych, którzy byli winni.
Zrozumieć nie znaczy usprawiedliwić… Mówisz o skutkach przemocy – o niepamięci tego, co się zdarzyło, naruszeniu poczucia własnej wartości i identyfikacji ze sprawcą…
Wydaje się, że przemoc ma jedną odnogę, ale jej skutki są jak smok – odcinamy jedną głowę, a wyrastają trzy następne.

Przemoc, jak tkanka nowotworowa, przerasta wszystko i zagarnia zdrowe komórki…
W pewnym momencie musimy iść na swoją pustynię i zmierzyć się ze sobą – z tym, co w sobie mamy, szczerze pooglądać, jakie energie w sobie nosimy, jakie mechanizmy nami rządzą. Inaczej jesteśmy straceni. Ja byłabym stracona.

Która Tarcza powstała pierwsza?
Nie pamiętam. Czułam jednak, że ani płótno, ani grafika nie uniesie tego, co chciałam przekazać. Wszystko wydawało się za płaskie. Wiedziałam, że muszę oddać ból, który poznałam. Tworzyłam mandale z okręgiem w środku, który paliłam grzałką.

Niczym stygmat, jak u bydła, któremu właściciel wypala swój znak. Zmagasz się z takim śladem…
Teraz już nie. Ale mówimy o 2002 roku. Wtedy znajoma psycholożka zobaczyła moje obrazy i powiedziała, że mają coś z tarczy. Zaczęło mi to krążyć w głowie – tarcza jest między sprawcą a tym, kto się broni. Zachowuje ślady i opowiada o tym, co się stało. Jest świadkiem, a zarazem trofeum, gdy się wyjdzie z bitwy cało.

Mówi się, że można wrócić z tarczą lub na tarczy…
Ja wolę z tarczą. Pamiętam, że kiedy mój syn bawił się w piaskownicy, ja zszywkami robiłam Tarczę „Kwiaty Zmrożone”. Moja nauczycielka opowiadała, jak mąż policjant terroryzował ją pałką, „bo zupa była za słona”. Wszystko musiało być podane na czas i zawsze w pogotowiu była pałka. By się uspokoić, wyszywała obrusy. Pokazała mi je, całe połacie, kilometry kwadratowe. W hołdzie dla niej zrobiłam tę Tarczę – zamiast nitek wzięłam zszywki i wyszywałam nimi na srebrnej tarczy kwiaty podobne do tych, jakie maluje mróz. To była jedna z pierwszych Tarcz, koronkowa struktura z otworami, z których wychodzą ledwie widoczne gwoździe. Gdyby ktoś zaatakował, delikatna powierzchnia nie wytrzymałaby ataku, ale gwoździe chroniły. Tarcze są tak naprawdę dowodem triumfu.

Pierwsze skojarzenie: tarcza to coś, co odgradza.
Czołg nas odgradza – zamknięci w szczelnej kapsule, możemy atakować. Tarcza jest z nami, mobilna. Elżbieta Owczarek, filolog, napisała piękny tekst o moim projekcie. O tym, że na tarczach ludzie, głównie mężczyźni, opowiadali swoje historie. Mężczyźni walczyli, a kobiety przędły. Nitkę można było tkać, a potem pruć. Kobiety też chcą opowiedzieć swoje historie w sposób bardziej trwały. Tak zrodził się pomysł na moją Tarczę, która jest bardziej wytrzymała niż gobeliny, a zarazem nie j...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy