Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Praktycznie

21 marca 2016

Świat sklejony na nowo

0 824

Pamięć traumy może być ważną kotwicą, która – kiedy zaczynamy się zapędzać - przywraca nam system wartości, koryguje nasze zapędy i wskazuje, że w życiu najważniejsze jest... życie - przekonuje Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała.

Dr Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała jest psychologiem klinicznym, pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie, kieruje studiami podyplomowymi z psychologii kryzysu i interwencji kryzysowej oraz z psychotraumatologii. Specjalizuje się w poznawczej psychologii klinicznej, szczególnie w psychologii traumy (jej badania dotyczą analizy mechanizmów kodowania w pamięci doświadczeń traumatycznych oraz tzw. wzrostu potraumatycznego). Zajmuje się terapią osób po traumie oraz z zaburzeniami psychosomatycznymi (anoreksja, bulimia, zawał serca). Współautorka wielu książek, m.in.: Emocje – aleksytymia – poznanie oraz Trauma.
Proces i diagnoza. Mechanizmy psychoneurofizjologiczne; w przygotowaniu Zrozumieć traumę.

Dorota Krzemionka: – Trauma wydaje się czymś, co zdarza się nielicznym...
Elżbieta Zdankiewicz-Ścigała: – Niestety, nie. Aż 75,6 procent osób badanych przez prof. Maję Lis--Turlejską z Uniwersytetu Warszawskiego mówiło, że przynajmniej raz przeżyły coś traumatycznego.

Kiedy można mówić o traumie?
– Mamy z nią do czynienia, gdy doświadczamy zagrożenia życia – własnego lub osób bliskich. Konfrontujemy się ze śmiercią. Czujemy się kompletnie bezradni, zszokowani, przerażeni. Tracimy fundamenty poczucia bezpieczeństwa, bo okazuje się, że życie tak naprawdę jest wyjątkowo kruche. I nie mamy kontroli nad tym, co nam się może przydarzyć.

Z jednej strony powódź, tsunami, z drugiej przemoc w rodzinie, Piotruś oderwany od matki – czy można to porównywać? Czy trauma traumie równa?
– W tym drugim przypadku ból psychiczny jest jeszcze większy. Kiedy trauma jest zamierzonym działaniem innych ludzi, jak w przypadku gwałtu, molestowania lub nagłego oderwania dziecka od kochanej matki, to dodatkowo załamuje się nasza wiara w sprawiedliwy świat, w ludzkie dobro. Patrzymy na ludzi jak na potencjalnych oprawców. Zastanawiamy się, czy też bylibyśmy zdolni do czynienia zła. Pojawiają się wątpliwości, szczególnie kiedy mamy w sobie morze zemsty, złości i chęć odwetu. Trudniej posklejać świat na nowo.

Czasem w zdarzeniach losowych skłonni jesteśmy dopatrywać się złych intencji. Oskarżamy, szukamy winnego...
 – Konkretnego wroga, który jest odpowiedzialny za nasze cierpienie.

To pomaga?
– Łatwiej nam, przynajmniej na początku, poradzić sobie z bólem, jeśli na kogoś skierujemy swą złość. Odczuwamy ją po to, byśmy nie czuli trwogi, przerażenia czy bezradności. Takie emocje – tak zwane asteniczne – sprawiają, że zamykamy się w sobie. Natomiast złość jest emocją mocy, siły, walki. Zależnie od osobowości jedni wybierają drogę smutku, żalu i żałoby, inni zaś drogę walki. Szukają kozła ofiarnego, tworzą spiskowe teorie, by poradzić sobie z ogromnym lękiem i kompletną bezradnością.

Wszystko to są normalne reakcje na nienormalne sytuacje?
– Tak. One pomagają radzić sobie jakoś z początkowym szokiem po tragicznym wydarzeniu, z sytuacją, w której miotają nami różne emocje. Możemy wtedy oskarżać innych albo zaprzeczać, że coś w ogóle miało miejsce. Ale to, co początkowo jest lekarstwem, z czasem staje się trucizną. Bardziej przeszkadza niż pomaga w poradzeniu sobie ze skutkami traumy. Mijają miesiące i lata, a my – ulegając zaprzeczaniu lub snując spiskowe teorie – wciąż nie jesteśmy w stanie skonfrontować się z nieodwracalną stratą, przeżyć żałoby, pożegnać się z bliską osobą i tą częścią własnego doświadczenia, które było z nią związane.

Po złamaniu palca rośnie temperatura, organizm się broni. Jak reagujemy na uraz psychiczny?
– Na etapie szoku może pojawić się odrętwienie czy też zamrożenie emocjonalne. Osoba doświadcza złości albo smutku, ale jest zamrożona na przeżywanie innych emocji. Drugą najczęstszą formą obrony jest dysocjacja. Przejawia się tym, że oddzielamy nasze przeżycia i uczucia od poznawczego opracowania. W efekcie rozumiemy, co się dzieje, ale emocjonalnie nie przeżywamy tego. Ludzie opowiadają, jak podczas wypadku samochodowego, któremu ulegli, mieli wrażenie, że stoją obok tego. Na tej samej zasadzie osoby zgwałcone czują się tak, jakby gwałcone było ich ciało, a ich to nie dotyczy. Dysocjacja pozwala nam ochronić siebie, bez niej być może nie udźwignęlibyśmy tego, co się wydarzyło.
 
Potem się cofa?
– Nie zawsze. Czasem dysocjacja jest tak silna, że mamy kompletną lukę w pamięci jeżeli chodzi o dane doświadczenie. Pamiętamy tylko początek, a potem dopiero od pewnego momentu.

Niekiedy nie możemy uwolnić się od traumatycznych wspomnień. Wracają do nas uparcie, jak natrętna melodia, nie możemy myśleć o niczym innym. Dlaczego?
– Pod wpływem strachu lub przerażenia włączają się dwa systemy pamięci. Jeden jest odpowiedzialny za przeżywanie i kodowanie emocji strachu. Ten system jest związany z układem limbicznym, a konkretnie z ciałem migdałowatym. Odpowiada za uruchomienie reakcji: walcz lub uciekaj! Drugi system dotyczy pamięci świadomej albo deklaratywnej – tej, dzięki której pamiętamy, co się działo i w jakich warunkach. Za ten rodzaj pamięci odpowiada między innymi hipokamp. Do pewnego poziomu pobudzenia oba te rodzaje pamięci działają równolegle: przeżywamy strach i jednocześnie mamy pełną świadomość tego, co się dzieje. Natomiast gdy przerażenie jest zbyt silne, nasza pamięć emocjonalna – ta niejawna – wciąż działa, nadal przeżywamy emocje, ale zaczyna się „rwać” pamięć świadoma – zostają nam jedynie pojedyncze flesze, bez porządku czasowego. U niektórych osób szybciej dochodzi do wyłączenia pamięci świadomej. Decyduje o tym wymiar temperamentu zwany reaktywnością. Osoby wysoko reaktywne reagują na nowe bodźce szybko rosnącym pobudzeniem, lękiem. Na skutek takiego przestymulowania wyłącza się kodowanie doświadczenia i tym samym pozbawieni jesteśmy pamięci świadomej. W efekcie wiemy, że stało się coś strasznego, ale kompletnie nie pamiętamy, co. W pamięci mamy dziury, jak w serze szwajcarskim. Możemy je dowolnie wypełnić. Pamiętamy zapachy, obrazy, dźwięki, natomiast nie jesteśmy w stanie złożyć tego w opowieść.

Jeszcze trudniej chyba dzieciom zapamiętać traumatyczne wydarzenia?
– Pamięć u dzieci to odrębny fenomen. U dorosłych źródłem strachu w traumatycznej sytuacji jest nie tylko to, co się aktualnie dzieje, ale również przewidywanie skutków – na przykład tego, że za chwilę możemy zginąć. W efekcie strach rośnie. Natomiast małe dzieci, mniej więcej do ósmego roku życia, nie potrafią przewidywać, dla nich śmierć jest abstraktem. Zachowują niemal fotograficzną pamięć sytuacji traumatycznej, ale tylko wtedy, gdy trauma nie jest intencjonalna. Natomiast gdy wynika ona z działań innych osób, gdy krzywdzi je, molestuje ktoś bliski – ojciec, brat – wówczas dochodzi do dysocjacji i amnezji psychogennej. Czują, że coś się zdarzyło w ich życiu, ale kompletnie tego nie pamiętają. Aż przychodzi moment, gdy na przykład oglądają film i nagle odblokowują się skojarzenia, uświadamiają sobie, że coś podobnego przeżyły. Tak było na przykład u Ewy Wanat, redaktor naczelnej Tok FM. Dopiero po latach dotarło do niej, że gdy była mała, molestowano ją seksualnie.

Kiedy po latach wydobywamy coś z pamięci, jaką mamy pewność, że jest to przypomnienie, a nie przejaw fałszywych wspomnień, o których pisze Elizabeth Loftus?
– Terapeuta potrafi odróżnić prawdziwe wspomnienia od fałszywych. Ktoś, kto naprawdę doznał molestowania, strasznie się tego wstydzi i ma ogromne poczucie winy. Jego opowieść na ten temat rwie się, nie ma w niej ciągłości, za to jest dużo luk. Taka osoba cały czas wątpi, czy to naprawdę mogło się stać. Czuje się współodpowiedzialna za to, co się działo. Natomiast osoba z wdrukowaną historią opowiada o niej płynnie, logicznie, bez emocji.

Czy wina, jaką biorą na siebie ofiary, pozwala im odzyskać poczucie kontroli?
– Raczej daje im złudzenie kontroli i chroni przed przeżywaniem poczucia zagrożenia. W sytuacji przemocy seksualnej ofiara – biorąc na siebie poczucie winy za to, co się stało – ma złudzenie, że kontroluje oprawcę, bo jest współwinna, współkreuje sytuację. Podobnie ci, co tworzą spiskowe teorie – chcą odzyskać kontrolę nad rzeczywistością, która nagle okazała się chaosem. Ponieważ jednak jest to jedynie złudzenie, więc chroni też tylko iluzorycznie.

A za tę iluzję bezpieczeństwa ofiary płacą poczuciem winy. Niekiedy też spotykają się z nieprzychylną reakcją otoczenia...
– Tak bywa. Czasem ma to realne uzasadnienie. Ostatnio na konferencji Europejskiego Towarzystwa Stresu Traumatycznego psychotraumatolog z Japonii opowiadał, że osoby, które podczas eksplozji w Fukushimie zostały napromieniowane, nie tylko nie spotkały się ze współczuciem, ale wykluczano je ze społeczności, bo wzbudzały w innych lęk i przerażenie. Po tsunami nadeszła teraz w Japonii fala rozwodów. System społeczny został nadwyrężony.
 
Złamaną rękę chirurg nastawia. Co może zrobić psychotraumatolog?
– Jest w stanie krok po kroku wyprowadzić osobę ze stanu chaosu. Ponazywać to, co się dzieje. Powiedzieć: to ma prawo tak być, reakcje, którymi się pani niepokoi, są naturalne. W ten sposób przywraca poczucie bezpieczeństwa.

Czasem wystarczą bliscy. Socjolog Edmund Wnuk-Lipiński w rozmowie z Teresą Torańską mówi, że kiedy zginął jego nastoletni syn, przyjechał do niego brat i trwał przy nim: „On wziął na siebie część tego, co nas spotkało. Był z nami dzień i noc” (...). I ciągnął nas do życ
...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy