GŁÓWNIE PRACUJĘ NAD CHARAKTEREM

Wstęp

Jeśli miałabym kogokolwiek do czegokolwiek namawiać, to do pracy nad sobą – mówi BEATA TYSZKIEWICZ. W żadne rozmowy nie wierzę, a już szczególnie w te, kiedy ktoś sugeruje mi, co mam robić. Jestem osobą, która nie ulega opiniom innych. Mam własne kryteria i jestem im wierna. Beata Tyszkiewicz jest jedyną w Polsce aktorką wyłącznie filmową. Zagrała w około stu filmach. Zadebiutowała jeszcze jako uczennica w „Zemście”. W latach 1957–1958 studiowała w PWST w Warszawie. Została skreślona z listy studentów. Uprawnienia aktorskie Ministerstwo Kultury i Sztuki przyznało jej dopiero w 1973 roku. Zagrała m.in. w „Rękopisie znalezionym w Saragossie”, „Popiołach”, „Lalce”, „Marysi i Napoleonie”, „Wielkiej miłości Balzaka”, „Wszystko na sprzedaż”, „Nocach i dniach”, „Trędowatej” i „Seksmisji”. Zajmuje się także fotografią i pisaniem. Jest pomysłodawcą i współautorem cyklu programów „Raport w Sprawie Dzieci Niczyich”. W 1994 roku została prezesem Fundacji Kultury Polskiej, która promuje twórczość młodych artystów.

Irena Stanisławska: Chciałabym porozmawiać z Panią o upływie czasu, o starzeniu się z godnością...
Beata Tyszkiewicz: – Słowo „starzenie się” uważam nie tylko za dosyć ponure, ale też nieprawdziwe. Bo ludzie dojrzewają. A starzenie jest tylko procesem chemicznym związanym ze zmianami, jakie zachodzą w organizmie. I dotyczy ludzi w każdym wieku, ponieważ starzeją się również ciężko chore dzieci. Poza tym dla mnie człowiek nie jest tylko układem nerwowym, limfatycznym czy pokarmowym. Myślę, że mamy w sobie jeszcze to „coś” niezbadanego, nieuchwytnego, co ludzie wierzący nazywają duszą. Ona jest wieczna. Jak możemy rozmawiać o starzeniu się, skoro zmienia się tylko nasze ciało... Znam kobiety po czterdziestce, które wyglądają młodziej od swoich córek – są pełne energii, poczucia humoru, optymizmu. To właśnie ta młodość, która jest w nas, pozwala nam przetrwać najtrudniejsze chwile – bo nie zawsze życie układa się tak, jak chcemy. Byłam umierająca i potrafiłam się odbudować. Wiem, że nie każdemu jest to dane.

Myślę, że dużą rolę odgrywa pogoda ducha.
– Ale wielu ludziom kojarzy się ona z naiwnością. Tak jak dobroć mieszają z poczciwością. Gdy mówimy o kimś, że jest dobry, brzmi tak, jakbyśmy mówili: poczciwy. A przecież to nie to samo. Bo dobry człowiek to człowiek wrażliwy na potrzeby innych, który pomaga bezinteresownie. I nie zawsze ta pomoc polega na daniu komuś pieniędzy. Pomagać można w najróżniejszy sposób.

– Na przykład rozmową?
– Temu jestem przeciwna. Według mnie rozmowy dotyczące tak zwanych problemów dają katastrofalne wyniki. Należy bardzo uważać na to, co się mówi, bo – jak powiedział Saint-Exupéry – „mowa jest źródłem nieporozumień”. Nie zgadzam się z teoriami, że należy wszystko z siebie wyrzucić. Myślę dokładnie odwrotnie: jeśli posiadamy jakąś tajemnicę – jesteśmy silni, a gdy się jej pozbywamy – słabi. Jeżeli na przykład zamierza pani napisać książkę i wszystko o niej opowie, nie będzie już pani miała siły, aby ten projekt zrealizować, gdyż opowiadając, pozbywamy się pewnej potencji. Dlatego, chociaż czasami nas kusi, warto zachować tajemnicę. Tak więc w żadne rozmowy nie wierzę, a już szczególnie w te, kiedy ktoś sugeruje mi, co mam robić. Jestem osobą, która nie ulega opiniom innych. Mam własne kryteria i jestem im wierna.

– Lubi Pani ludzi?
– Ogromnie. I jestem ich ciekawa. Interesuje mnie, co mają do zaproponowania, lecz nie w tym znaczeniu, co mogę od nich wyegzekwować, tylko jak myślą, jaka jest kategoria ich ocen świata. Wdaję się w rozmowę z ludźmi, których inni uważają za nieatrakcyjnych – z mężczyzną, który wskazuje, gdzie zaparkować samochód, z kobietą zbierającą makulaturę. Czasami te rozmowy są wstrząsające. Moje córki tego nie rozumieją. „Dlaczego tak zabiegasz o ludzi?” – pytają. A ja nie zabiegam o ludzi, lecz po prostu jestem ich ciekawa. Jestem osobą, która gromadzi – gromadzi ludzi, ich problemy. Mam pełną głowę cudzych spraw. Jeżeli w czymkolwiek i komukolwiek mogę pomóc, to dla mnie największa satysfakcja.

– A nie satysfakcja zawodowa?
– Ta też jest ważna, ale tylko z jednego powodu – że nawet wtedy, gdy byłam żoną reżysera, nie grałam ról, którym nie byłabym w stanie sprostać, i że mój mąż nigdy nie nakręcił filmu tylko po to, abym mogła w nim zagrać. I że najróżniejsi reżyserzy proponowali mi role tylko dlatego, że chcieli, bym to ja je zagrała. Mam świadomość, że żyjemy w trudnych czasach, ale ja nie akceptuję amerykańskich metod, kiedy każą co rano powtarzać na głos: „Jestem piękna! Jestem bogata! Jestem szczęśliwa!”, a potem biec na podbój świata. Jeżeli nie jestem w porządku sama z sobą, nie bije ze mnie prawdziwa siła i otwartość na wszystko, co mnie dziś spotka, takie hasła mogą stać się przyczyną frustracji. Kiedy spadnie śnieg, idę do sklepu, kupuję kaszę i rozsypuję wróblom. Oczywiście wszystkich wróbli w Warszawie nie wykarmię, ale lepiej zrobić niewiele niż nic. Otwórzmy się na świat, który nas otacza. Na szczęście z wiekiem coraz więcej dostrzegamy – promienie słońca, jego zachody, jakąś gałązkę, jakiś kwiatek. Znacznie wyraźniej widzimy dzieciństwo swoich wnucząt niż swoich dzieci, zaczynamy przywiązywać się do pewnej formy filiżanki. Czyli właściwie dopełniamy to, co przeoczyliśmy w życiu. I jeśli mówimy o starzeniu się, to raczej powiedziałabym, że ludzie na starość młodnieją, gdyż stają się znacznie bardziej niewinni. W Indiach jest zwyczaj, że każde dziecko w dniu narodzin dostaje naczynie: gliniane, miedziane, srebrne, złote lub platynowe – w zależności od statusu rodziny. Raz w życiu każdy może napisać prośbę do Boga, wrzucić ją do środka naczynia i zawiesić je na drzewie. I nikt tego nie robi. Bo zawsze może być gorzej. Ale ta możliwość spełnienia naszego życzenia podnosi nas na duchu w trudnych chwilach – bo mamy coś w zapasie, mamy tego dżokera, który zastąpi każdą kartę. To bardzo optymistyczne. Leon Schwartzenberg – światowej sławy kancerolog, mąż Ma...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy