Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Gdy runie świat

68

Marta Różycka wracała do domu tak zmęczona, że zasypiała niemal natychmiast i żadne koszmary senne nie miały do niej dostępu. Ksiądz Krzysztof Bąk nie mógł zasnąć, zdarzały mu się łzy. Krzysztofa Troczyńskiego coraz mocniej bolał krzyż, nie mógł skoncentrować się na pracy. Zbigniew Kukułka bał się nocy. Krzysztof Cepil szukał pomocy u przyjaciół, musiał wrócić do szpitala. Wszyscy uczestniczyli w katastrofie w Katowicach.

Wtedy

– Była cisza. Spodziewałam się krzyków, głośnego płaczu, rozmów. A tu nic – opowiada młodszy kapitan Marta Różycka, psycholog z Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej w Katowicach. – Ludzie szeptali, wielu cichutko szlochało. Dopiero po kilku godzinach jakaś dziewczyna zaczęła głośno płakać. I poczułam ulgę.
Marta Różycka dotarła do zawalonej hali około godziny dwudziestej drugiej. Była u przyjaciół w Opolu: – Ktoś mi powiedział, że coś się u mnie, w Katowicach, zawaliło. Pomyślałam, że to pewnie znowu jakaś pusta kamienica w Bytomiu. Dopiero po jakimś czasie wczytałam się w niebieski pasek na ekranie telewizora. Natychmiast zaczęłam pakować rzeczy. W tym momencie zadzwonił oficer dyżurny i powiedział, że mam natychmiast stawić się w komendzie.
Ksiądz Krzysztof Bąk, dyrektor Caritasu w Katowicach, był właśnie na rekolekcjach diecezjalnych. Dojechał na miejsce tragedii w sutannie i kurtce zarzuconych na pidżamę. Szykował się do kąpieli, gdy jego zastępca powiedział mu o tym, co się stało w Katowicach. – Gdy wysiadłem z samochodu, pomyślałem: „O Boże, gdybym umiał czynić cuda, to podniósłbym ten dach!” – wspomina. – Ale nie umiem czynić cudów. Poszedłem więc do ratowników.
Dla Krzysztofa Troczyńskiego, psychologa i członka Wydziału Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach, była to bezsenna noc: – Dużo wiedziałem już w sobotę wieczorem. Z włączoną komórką w ręce czekałem na wezwanie od szefa wydziału. W niedzielę rano zadzwonił. Byłem w wydziale w ciągu paru minut.

Marta Różycka i ksiądz Bąk ruszyli najpierw do ratowników. – Nie byłam im jednak specjalnie potrzebna – opowiada pani Marta. – Każdy dokładnie wiedział, co ma robić, wszystko funkcjonowało jak w szwajcarskim zegarku. Kilka razy musieli błyskawicznie zadecydować, kto spośród dwóch, trzech ciężko rannych ma największe szanse przeżycia, i jego najpierw ratować. Robili to i pracowali dalej.

– Potrzebowali obecności księdza – uważa ksiądz Bąk. – Nie, nie chcieli się spowiadać, nie prosili o błogosławieństwo. Czułem jednak, że są mi wdzięczni za samą obecność. Chyba byłem dla nich świadectwem, że Bóg tu jest, że opiekuje się nimi.
Ksiądz Krzysztof Bąk aż rwał się do fizycznej pomocy ratownikom. Chciał odsuwać zwały cegieł i blachy, usuwać przeszkody, pomagać wydobywać ciała: – Wiedziałem jednak, że tylko bym tym bohaterom przeszkadzał. Dlatego byłem z boku, choć dręczyła mnie bezsilność, doskwierały smutek i rozpacz.
Ksiądz Bąk udzielił ostatniego namaszczenia dwóm ofiarom katastrofy, gdy dowiedział się, że proboszcz miejscowej parafii dał ogólne rozgrzeszenie. Do domu wrócił nad ranem. Nie mógł zasnąć. Pojawiły się łzy. Długo się modlił.

Przełożeni polecili Marcie Różyckiej pomóc ludziom czekającym na wiadomości o poszkodowanych. Bardziej jednak niż pomocy psychologicznej potrzebowali oni informacji. – Gdy widzieli mój mundur, pytali, czy coś wiem o ich mężach, dzieciach, rodzicach – wspomina pani Marta. – Mieli pretensje, że tych wieści jest tak niewiele, że muszą tak długo na nie czekać. Prosili o jakąkolwiek informację, byleby coś wiedzieć.

Kapitan Różycka widziała wielu ludzi trwających w nadziei wbrew wszystkiemu: – Jakiś policjant czekał na wiadomość o swoim chrześniaku. Właściwie nie miał złudzeń co do losu chłopaka, a mimo to wyczuwałam w nim oczekiwanie, że może jednak zdarzy się cud.
Pewna kobieta wydzwaniała na telefon komórkowy córki. Wreszcie ktoś odebrał, powiedział, że właściciel tego telefonu nie żyje, i rozłączył się. Kobieta jednak wciąż czekała. Jakiś mężczyzna przez kilka godzin chodził w koło. Powiedział Marcie Różyckiej, że ktoś mu bliski pewnie nie przeżył, ale że on jednak będzie czekał.

Ludzie czasem trwają w nadziei wbrew wszystkiemu. Psychologowie uznali to za bardzo ważny mechanizm obronny. Po pierwsze dlatego, że takie trwanie pozwala podtrzymać aktywność, choćby na kilka godzin organizuje rzeczywistość, zapobiega apatii. Po drugie, pozwala odsunąć w czasie dramatyczne skutki pogodzenia się z tragedią.

Ktoś powiedział: – To tylko film. Zgromadzeni wokół hali ludzie mieli niekiedy poczucie, że to nie dzieje się naprawdę, że zaraz wszystko się skończy i znów będzie jak dawniej. Taki proces psychologowie nazywają dysocjacją. Jego pojawienie się uważają za bardzo poważny sygnał tego, że przeżywający go ludzie będą mieli w niedalekiej przyszłości poważne kłopoty z równowagą psychiczną. Zaprzeczanie tragedii jest bowiem skuteczne tylko na krótki czas. Aby sobie z nią poradzić, trzeba zmierzyć się ze wspomnieniami i lękami. Jeśli to nie nastąpi, jeśli dysocjacja będzie trwać, wówczas może dojść nawet do zaburzeń osobowości.

Marta Różycka chciała przekazać tym ludziom jakieś wiadomości, żeby nie dręczyła ich trudna do wytrzymania niepewność. Wiedziała jednak tak samo niewiele jak oni. Próbowała więc pomagać w jakikolwiek inny sposób – choćby podając herbatę i kawę, proponując zupę przynoszoną przez mieszkańców okolicznych osiedli.

Do Krzysztofa Troczyńskiego zgłaszali się psychologowie. Miał ich do dyspozycji kilkudziesięciu i natychmiast wysyłał tam, gdzie byli potrzebni, głównie do szpitali. – Jeździli przede wszystkim do cudzoziemców – wspomina. – Im było najtrudniej. Polacy mieli koło siebie bliskich, rozmawiali z innymi pacjentami. A oni byli sami, w dodatku bez możliwości porozumiewania się. Te godzinne czy dwugodzinne spotkania z psychologami miały dla tych ludzi wielkie znaczenie. Mogli wreszcie komuś opowiedzieć, co się stało, zapytać, czy ich bliscy już wiedzą. To ich uspokajało, dodawało pewności siebie.
Zbigniew Kukułka mieszka niedaleko Koszyc w województwie świętokrzyskim. Przyjechał do Katowic ze swoimi gołębiami. Krzysztof Cepil wspólnie z żoną prowadzi obok Pacanowa fabryczkę karmy dla ptaków. Nie chcą, żebyśmy do nich przyjechali, nie chcą rozmawiać o tym, co się stało.

Kilka dni po

Tydzień po tragedii wzdłuż ogrodzenia Międzynarodowych Targów Katowickich, przy ulicy Bytkowskiej, pali się masa zniczy. Na chodniku stoją setki ludzi. Przy wejściu znajduje się ogromna tablica: „50. Międzynarodowa Wystawa Gołębi Pocztowych”. Z ulicy Bytkowskiej prawie nie widać zawalonej hali – tylko ścianę frontową z ciemną wyrwą i fragment przywalonego śniegiem stalowego rumowiska.
Jak twierdzi Marta Różycka, w mieście wciąż się o tym mówi: – Wczoraj byłam w sklepie. Jakaś kobieta powiedziała do mnie: „Pani to była w telewizji. Ale miała pani ciężko!”. Mówią o tym moi znajomi, mówią strażacy, mówią ludzie na ulicy.

Do Caritasu przychodzi coraz więcej poszkodowanych. Proszą o pieniądze, o ubranie, o żywność. – Wielu z nich straciło w tej katastrofie ptaki, które były jedynym źródłem utrzymania – tłumaczy ksiądz Krzysztof Bąk. – Czyli tak naprawdę stracili wszystko.
Z miejsca tragedii Marta Różycka wróciła do domu o szóstej rano. Przespała się trzy godziny i z powrotem do komendy. Całą niedzielę i kolejne dni pracowała: spotkania z uczestnikami akcji ratunkowej, wyjazdy do jednostek. – Strażacy wiedzą, co ich czeka – zapewnia. – Znają symptomy zespołu stresu pourazowego, wiedzą, że w każdej chwili mogą się do mnie zgłosić i że wspólnie znajdziemy sposób pomocy.

Pani Marta wracała do domu tak skonana, że nie miała nawet siły na zabawę z dwuletnią córeczką. Marzyła tylko o tym, żeby się wykąpać i iść spać. – Mój mąż jest kochany – mówi z czułością. – Daje mi ogromne wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Mogę się bezpiecznie złościć, smucić, płakać. Do płaczu namawiam też strażaków. Mówię im, że to nic wstydliwego, że to często najlepszy sposób odreagowania, że mundur nie ma tu nic do rzeczy.
Marta Ró...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy