Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne

2 stycznia 2017

Filmy polecane przez "Charaktery"

35

Przypominamy filmy, które polecaliśmy w 2016 roku i zachęcamy do wzięcia udziału w głosowaniu na najlepszą produkcję.

1. Syn Szawła
László Nemes wrzuca widza pomiędzy tryby Zagłady i nie dba o jego dobre samopoczucie.

Podobno już australopiteki grzebały swoich zmarłych. Czy stały za tym względy wyłącznie praktyczne, czy też parareligijne, tego do końca nie wiadomo. Jedno jest pewne: pochówek jako gest symboliczny, oddzielający dwa porządki, stał się jednym z wyznaczników przynależności do gatunku Homo sapiens. O tym właśnie, o potrzebie zdefiniowania człowieczeństwa, opowiada laureat canneńskiego Grand Prix – „Syn Szawła” László Nemesa. Ktoś powie: kolejny pocieszycielski film „obozowy”, pokazujący próbę ratowania ludzkiej godności w warunkach, które człowieczeństwo niszczyły. Nie było jednak ani w literaturze, ani w kinie obrazu, który pokazując obóz koncentracyjny, tak głęboko sterowałby percepcją widza. Węgierski film porównywany bywa do gry komputerowej, w której gracz wciela się w wybraną postać, wraz z nią wkracza w sam środek wykreowanego świata i walczy o przetrwanie w skrajnie nieprzyjaznych warunkach. Po tym jak 70 lat wcześniej Theodor Adorno uznał, że po Auschwitz pisanie wierszy jest barbarzyństwem, a mimo to „przemysł Holocaust” na dobre zadomowił się w kulturze, Nemes dokonuje rzeczy najprostszej i zarazem najtrudniejszej: filmowymi środkami wyrazu zmusza nas do uczestnictwa. Historia Szawła, członka Sonderkommando, który w jednym z zagazowanych więźniów rozpoznaje swego syna i na przekór obozowym regułom próbuje pochować go zgodnie z żydowskim obrządkiem, wytrąca nas z wygodnej pozycji obserwatorów i komentatorów. W żadnym filmie obozowa codzienność nie była aż tak dotkliwa. Skrajna subiektywizacja percepcji, przejawiająca się zarówno w obrazie, jak i w dźwięku, nie daje widzowi chwili wytchnienia. Tym bardziej absurdalna może wydawać się cała gonitwa głównego bohatera, który w obliczu własnej śmierci znajduje czas i energię, by wykraść ciało chłopca, uchronić je przed sekcją zwłok i spaleniem, a następnie znaleźć w obozie rabina, który przeprowadzi rytuał grzebania. Nemes wrzuca widza pomiędzy tryby Zagłady i nie dba o jego dobre samopoczucie. Zapewne sądzi, że dopiero tak mocno sponiewierani jesteśmy w stanie docenić gest Szawła. Największą jednak wartością filmu jest jego niedopowiedzenie, a tym samym pozostawienie nas z pewną tajemnicą. Czy za postępowaniem bohatera rzeczywiście stoi potrzeba ocalenia ludzkiej godności? A może tylko desperacja czy poczucie winy? I jakakolwiek byłaby odpowiedź, widz musi sformułować ją sam, na trzeźwo, bez emocjonalnego szantażu, który tak często towarzyszy filmom kręconym w cieniu krematoriów.

2. Słaba płeć
Co czeka ambitną dziewczynę z prowincji, która pragnie zrobić karierę w wielkim mieście?

Zośka (Olga Bołądź), główna bohaterka komedii Krzysztofa Langa, stworzonej na podstawie bestsellerowej powieści Katarzyny Grygi, jest młoda, pewna siebie, wykształcona i atrakcyjna. Z rodzinnej miejscowości przenosi się do stolicy, by piąć się po szczeblach kariery w korporacji. W pracy chcąc przetrwać w świecie rządzonym głównie przez mężczyzn – musi być silna, zdecydowana i w każdym calu profesjonalna, pod maską bezkompromisowości chować swoją wrażliwość. Pewnego dnia, oszukana przez szefa, traci prestiżowe stanowisko i reputację. To moment, w którym musi całkowicie przeorganizować swoje życie. Na szczęście porażkę postanawia przekuć w sukces, a codzienną grę pozorów zamienić na realizację swoich marzeń. Dzięki temu odkrywa, że w życiu jest coś ważniejszego niż praca w szklanym biurowcu i ciągłe pomnażanie pieniędzy na koncie. Komedia, w której oglądać możemy plejadę gwiazd polskiego kina, nie tylko bawi i wzrusza, ale skłania do refleksji. Autorem zdjęć do filmu jest Michael Coulter, nominowany do Oscara współtwórca popularnych brytyjskich komedii, m.in. „Notting Hill” i „Cztery wesela i pogrzeb”.

3. Barany. Islandzka opowieść
Bliskość może mieć chłodną podszewkę – jako coś niechcianego, dotkliwego, ufundowanego na resentymentach. Czy wymuszona bliskość może wiązać?

W filmie „Barany. Islandzka opowieść” dwaj sędziwi bracia, zajmujący się pasterstwem, dzielą ze sobą kawałek ziemi, rodzinną tradycję i miłość do owiec, a jednocześnie nie roz- mawiają ze sobą od czterdziestu lat. Czasem tylko z pomocą psa pasterskiego posyłają sobie suche liściki. Gummi i Kiddi, pielęgnując swoją samotność, jednocześnie mają nieustające poczucie, że tuż obok żyje ten drugi – znienawidzony, tak bardzo różny i obcy, a jednocześnie gdzieś podskórnie tak bardzo bliski. Zimowy klimat, surowe pejzaże, szorstkie obyczaje – bohaterowie Grímura Hákonarsona są produktem miejsca, w którym wyrośli. Przywiązanie do ziemi i hodowanych zwierząt wydaje się tu równie silne co więzi międzyludzkie, a w przypadku dwóch wrogich sobie starych kawalerów nawet silniejsze. W zaciętej rywalizacji o prymat w hodowli bywają komiczni, ale i niebezpiecznie zdeterminowani. Jeśli coś jest w stanie wstrząsnąć życiem tych milczących brodatych mężczyzn w wełnianych swetrach, to tylko zagrożenie dla stada. Właśnie wokół tych pierwotnych uczuć i bardzo przyziemnych dążeń buduje swój film islandzki reżyser. Choć fabuła ciągnie w stronę współczesnej zeświecczonej przypowieści o rywalizacji dwóch braci i ofierze z baranka, Hákonarson poprzez ascetyczną formę i cierpki humor mocno trzyma się ziemi. Wierzy jednak, że nie tyle wspólny los i warunki życia mogą pomóc zbliżyć się skłóconym braciom, ile raczej podobne poczucie sensu tego, co robią. I dopiero wtedy, gdy ów sens zostaje im odebrany, dotychczas wymuszona bliskość może stać się czymś prawdziwiedla świata, a zarazem – żywej wyobraźni.

4. Pokój
Austriackie piwnice zainfekowały naszą wyobraźnię. Ulrich Seidl nakręcił nawet dokument o tym, co jego rodacy trzymają pod podłogą. I nie były to bynajmniej zimowe przetwory, ale coś, co można by nazwać zbiorową podświadomością. Inny Austriak, Markus Schleinzer, zrealizował film „Michael”, pokazujący relację pomiędzy pedofilem a przetrzymywanym przez niego chłopcem. W spektaklu „Podróż zimowa” Pawła Miśkiewicza według sztuki Elfriede Jelinek pojawił się wątek Nataschy Kampusch. Przerabiając z jednej strony sensacyjny, z drugiej zaś metafizyczny aspekt tego ro[-] dzaju patologicznych przypadków, rzadko zagląda się w psychikę ofiar. Dokonała tego irlandzko[-]kanadyjska pisarka Emma Donoghue w swojej powieści Pokój. Również filmowa adaptacja książki daleka jest od powierzchownej ekscytacji czy górnolotnych uogólnień. Reżyser Lenny Abrahamson znakomicie skonstruował swój film. Przez pierwszą połowę odtwarza klaustrofobiczne warunki, w jakich od siedmiu lat przebywa młoda kobieta wraz z urodzonym w zamknięciu synkiem. To nie piwnica co prawda, lecz przydomowa szopa, wystarczająco jednak szczelna, by uniemożliwić ucieczkę. Operatorskim wyczynem jest to, co robi autor zdjęć Danny Cohen, byśmy na własnym ciele poczuli ograniczenia przestrzeni, a także beznadziejność wysiłków matki i syna, by wydobyć się z rąk psychopaty. W drugiej połowie filmu rozpoczyna się innego rodzaju koszmar: adaptacja bohaterów do zewnętrznego świata. I tu „Pokój” staje się filmem jeszcze ciekawszym. Abrahamson jak po sznurku prowadzi Jacka i jego matkę przez kolejne etapy przezwyciężania traumy i powolnej socjalizacji. Okazuje się, że największym problemem nie jest szok poznawczy (nowe miejsce, otwarte przestrzenie, inni ludzie), ale niezwykle silna, by nie rzec toksyczna więź syna z matką. Ze swoimi długimi włosami chłopczyk przypomina jej pomniejszoną kopię. W „Pokoju” dostajemy wręcz podręcznikową analizę psychicznego rozpadu ofiar oraz ich bliskich, którzy też muszą sobie poradzić z ich nieoczekiwanym powrotem. To jednak mały Jack, który wypełniał zamknięty pokój swoimi fantazjami, a w normalnych warunkach zatrzasnął się w swoim wewnętrznym pokoju, okaże się najbardziej otwarty na zmianę. Historia dziecka, dla którego niewola była stanem naturalnym i bezpiecznym, zmuszonego nagle do wejścia w nowy, obcy świat, staje się niemal archetypiczną opowieścią o przyspieszonej chłopięcej inicjacji. A sam film okazuje się czymś znacznie więcej niż kolejnym klinicznym studium spod znaku Josefa Fritzla.

5. To ja, Malala
Malala Yousafzai jest jedną z najbardziej charyzmatycznych bohaterek naszych czasów. Ma 19 lat, walczy o prawa kobiet, jest laureatką Pokojowej Nagrody Nobla. „Myśleli, że kule nas uciszą. Nic nie zmieniło się w moim życiu z wyjątkiem tego, że zginęły słabość, strach i bezradność. Zrodziły się siła, moc i odwaga” – tak tłumaczy swoje zaangażowanie. Malala została ciężko ranna w zamachu, jaki na jej życie zorganizowali talibowie w pakistańskiej dolinie Swat. Miała wtedy 15 lat. Postrzelona w głowę i szyję, cudem przeżyła. Nie dała się jednak zastraszyć, nie zaprzestała działalności. Obecnie jest najbardziej znaną aktywistką międzynarodowej kampanii na rzecz dostępu kobiet do edukacji i współzałożycielką Fundacji Malala. Dla milionów ludzi jest ikoną zmian i źródłem inspiracji. Reżyser filmu, Davis Guggenheim, znany dokumentalista, zdobywca Oscara, opowiada o zaangażowaniu Malali, jej ojca Ziauddina i całej rodziny w walkę o prawo do edukacji dla wszystkich dziewcząt na świecie. W filmie widzimy sceny z codziennego życia tej niezwykłej kobiety, jej relacje z rodziną, szczególnie z ojcem, który zaszczepił w niej miłość do nauki, a także wyjątkowe wydarzenia, jak jej porywające przemówienie na forum ONZ.

6. Carol
Nkryją się pokłady miłosnego cierpienia. Todd Haynes rozgrywa dramat na półtonach. Pod wystylizowaną formą kryją sie pokłady miłosnego cierpienia. Nienasycenie jest solą melodramatu. Wiadomo wszak, że fatalne zauroczenia nie mogą zna- leźć finału w miłosnych spełnieniach. Drugim filarem melodramatycznych historii jest właśnie ich fatalizm. Ale choć od początku spodziewamy się, że happy endu nie będzie, często uruchamia się w nas naiwny mechanizm życzeniowy – a nuż tym razem im się uda. W filmie „Carol” ten fatalizm działa ze zdwojoną siłą. Czy w Nowym Jorku lat 50. dojrzała kobieta z „towarzystwa”, w dodatku żona i matka, mogła się związać z młodziutką sprzedawczynią? Różnica społeczna czy różnica wieku nie były w tym przypadku aż tak istotne jak seksualne przekroczenie. Szczególnie dla tytułowej Carol, dla której stawką jest utrata prawa do opieki nad dziec- kiem. Reżyser Todd Haynes w swobodnej ad- aptacji powieści Patricii Highsmith (opartej ponoć na jej osobistych doświadczeniach) w sposób wyrafinowany odtwarza atmosferę zakazanego romansu. Zwłaszcza w pierwszych scenach, kiedy wszystko jeszcze wisi w powietrzu – pośród głębokich spojrzeń, delikatnych muśnięć, ostrożnie wypowia- danych słów. Z fetyszystyczną zmysłowością kamera punktuje swym spojrzeniem detale kobiecego stroju: te wszystkie futra, skórzane rękawiczki, miniaturowe torebeczki. Obser- wuje bohaterki zza szyb, zamyka w ciasnych, często podzielonych kadrach – jakby chciała podkreślić ich ograniczenie poprzez sztywne społeczne ramy, przypisanie do określonych ról, niemożność wyartykułowania potrzeb. W tej grze, choć od początku nierównej, nie może być zwycięzcy – każda z uczestniczek jest ofiarą swojej namiętności, zakładniczką pewnego porządku. Cate Blanchett w roli Ca- rol, przypominająca hollywoodzką femme fatale, tworzy postać tak samo bezbronną jak subtelna Therese, grana przez Rooney Marę, wyraźnie ucharak- teryzowaną na kruchą Audrey Hepburn. Z rozmaitych inspiracji filmowych, fotograficznych, malarskich czy modowych tworzy Haynes podwójny portret kobiety próbującej realizować swoje aspiracje i tęsknoty.

Jak na ironię rozkwit romansu między Carol i Therese przypada na okres wokół świąt Bożego Narodzenia: zakupowej gorączki, konsumpcji, domowego ciepełka. W tle pojawiają się bliscy bohaterek. Choć stoją na drodze do ich szczęścia, nie są ani trochę demonizowani. Oni również są w tej historii ofiarami. Dlatego rozkoszując się stylowością filmu „Carol”, warto zobaczyć w tym coś wię- cej niż tylko estetyczny naddatek. Być może w ten właśnie sposób twórcy próbują przezwyciężyć duszność i fatalizm sportretowanego na ekranie świata. Pragną pokazać w całej krasie jego „aksamitną” opresyjność.

7. Niesamowita Marguerite
Jeśli wewnętrzny przymus pisania bez względu na jego marne efekty nazywa się grafomanią, to jak nazwać kompulsywną skłonność do śpiewu w przypadku kogoś, komu słoń nadepnął na ucho? Na taką przypadłość cierpi bohaterka filmu „Niesamowita Marguerite”, choć na pierwszy rzut oka (a raczej ucha) o cierpieniu samej śpiewaczki nie może być mowy. Paryż, początek lat 20. XX wieku. Marguerite Dumont, postać inspirowana Florence Foster Jenkins, graną u nas przez Krystynę Jandę w słynnym spektaklu „Boska!”, zadręcza towarzystwo swoimi ariami, nie widząc, że jest obiektem pokątnych kpin. Oficjalnie, jako osoba zamożna i wpływowa, zyskuje powszechny poklask, co jeszcze bardziej utwierdza ją w życiowej pasji. Xavier Giannoli stworzył więc w swoim filmie, z pomocą wy- bornej aktorki Catherine Frot, groteskowy portret niegroźnej mitomanki. Jednakże w miarę rozwoju akcji ten obraz komplikuje się i odsłania kolejne warstwy tragicznego życiorysu. Marguerite, choć rozkochana w muzyce, zdaje się nie słyszeć samej siebie. Coraz bardziej ośmieszana, wykorzystywana i utrzymywana w chorobliwej iluzji, nie odczuwa swojej kompromitacji. Jej desperacki pęd ku scenie, jej głód publiki i splendorów to klasyczny mechanizm kompensacyjny. Zaczynamy dostrzegać, że „skrzekliwa baronowa” jest kobietą samotną, żyjącą w fikcji małżeństwa i społecznych więzi. Giannoli stworzył film o monstrum, w którego wnętrzu tkwi niekochana dziewczynka. Pokazał też, że spotkanie w jednej osobie ślepoty, beztalencia i nadwrażliwości może być mieszanką iście wybuchową.

Historia opowiedziana w „Niesamowitej Marguerite” przy- pomina bajkę o nowych szatach cesarza. Dopiero bolesna konfrontacja z prawdą, a w tym wypadku z własną miernoś- cią, mogłaby pomóc bohaterce zrobić krok naprzód. Jeśli nie w wokalnej karierze, to na pewno w rozpoznaniu swo- jego miejsca na scenie życia. Giannoli staje w obronie swojej karykaturalnej bohaterki, pozwala jej wypięknieć, a problem dostrzega również w tych, którzy w imię własnego interesu, doraźnej sensacji czy po prostu dla dobrej zabawy fetują kolejne operowe kreacje Marguerite.

8. Mustang
„Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne idą tam, gdzie chcą” – tak mogłoby brzmieć motto filmu „Mustang”. Dodzikiego konia porównuje turecka reżyserka Deniz Gamze Ergüven taką nie- grzeczną dziewczynkę, która wypowiada wojnę konserwatywnemu porządkowi w czarnomorskim miasteczku. Ofiarami tamtejszych zwyczajów są przede wszystkim nastolatki, których budząca się kobiecość stanowi zagrożenie dla patriarchalnego ładu i wymaga natychmiastowego skanalizowania w postaci zaaranżowanego małżeństwa. Jest upalne lato, lecz ani Lale, ani żadna z jej starszych sióstr nie wróci po wakacjach do szkoły. Niewinna zabawa na plaży, o której huczy cała okoica, mobilizuje wujka i babcię, opiekujących się siostrami po śmierci rodziców, do ograniczenia wolności dziewczynek. Dwie niemal równocześnie zostają wydane za mąż, lecz zanim przyjdzie kolej na młodsze, Lale spowoduje małą rewolucję. Debiut Ergüven, nominowany w tym roku do nieanglojęzycznego Oscara, wręcz eksploduje zmysłową dziewczyńską energią. Sfotografowany i zagrany został w taki sposób, jakby jego długowłose bohaterki chciały...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy