Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Otwarty dostęp

29 kwietnia 2020

NR 4 (Kwiecień 2020)

Exodus z klatek i inkubatorów

205

Chcemy być wolni. Iwan Pawłow, genialny fizjolog, twierdził, że dążenie do swobody to nasz odruch bezwarunkowy. Walczymy, gdy ktoś próbuje nas związać, skrępować. Bronimy się, gdy ktoś nam coś narzuca. A zarazem sami zamykamy się w klatkach – naszych przekonań, lęków, uprzedzeń i podejrzeń. Dlaczego? Co trzeba wiedzieć, kim się stać, aby bez względu na okoliczności czuć się wolnym?

Dorota Krzemionka: Czy czujesz się wolnym człowiekiem? 

POLECAMY

Wojciech Eichelberger: Od czasu do czasu. Ale myślę, że jestem na dobrej drodze, by tak się poczuć. 

A na czym polega wolność? 

To pytanie towarzyszyło mi niemalże od dzieciństwa, a także inne: „Co trzeba wiedzieć, kim się stać, aby bez względu na okoliczności czuć się wolnym?”. Odpowiedź pojawiła się jasno w moim umyśle, gdy wiele lat temu zacząłem praktykować zen – wystarczy nie bać się śmierci. Bo każde inne poczucie wolności jest złudzeniem, gdyż w sytuacji szantażu lub zagrożenia śmiercią szybko oddamy lub utracimy taką pseudowolność. 

Coś podobnego wyraził Wiktor Suworow, rosyjski pisarz i publicysta. Powiedział: „Wolność polega na tym, że ludzie nie boją się śmierci. Ani w ogóle niczego”. Notabene to ciekawa postać: jako dowódca kompanii czołgów brał udział w inwazji na Czechosłowację, a potem, jak sam mówi, zdradził ojczyznę. 

Tak rozumiana wolność staje się dla nas dostępna, gdy doświadczymy tzw. duchowego wglądu – czyli gdy nasza tożsamość nie jest już sklejona wyłącznie z tym szczególnym ciałem i z tym umysłem. Dlatego nazywa się ją wolnością duchową. Nie znaczy to jednak, że z perspektywy tej wolności wszelkie inne – nazwijmy je „doczesnymi” – przejawy i warianty wolności przestają nas interesować. Wręcz przeciwnie, to właśnie wolny duch, a co najmniej jego przeczucie, przejawia się w Deklaracji Praw Człowieka, w prawach obywatela i w zasadach demokracji parlamentarnej. I to wolny duch każe nam bronić tych zasad i deklaracji, gdy są zagrożone jakąś formą totalitaryzmu lub – powodowaną lękiem przed śmiercią – obsesją bezpieczeństwa. Inaczej mówiąc, obecne w sercach wszystkich ludzi pragnienie wolności jest ekspresją naszej prawdziwej tożsamości, głosem wolnego ducha, którym w istocie jesteśmy. 

Iwan Pawłow, wielki neurofizjolog, twierdził wręcz, że to odruch bezwarunkowy…

Zapisany w naszym duchowym DNA imperatyw. Ale nie ma się czemu dziwić. Wszystkie żywe, świadome istoty są w swojej istocie ekspresją wolnego ducha, więc też w zgodzie ze swoją istotą domagają się wolności. Na elementarnym poziomie przejawia się to w potrzebie, zdolności i wolności do poruszania się i przemieszczania. Zwierzę złapane w sidła czy skrępowane doświadcza ekstremalnego stresu i walczy, by za wszelką cenę się wydostać. Nawet za cenę odgryzionej łapy. Podobnie rzecz ma się z człowiekiem. Małe dzieci próbują jak najszybciej zyskać choćby minimum wolności, niezmordowanie ćwicząc zdolność do poruszania się na wszelkie możliwe sposoby. Wygląda na to, że imperatyw prowolnościowy zaczyna działać już w macicy. Gdy w brzuchu mamy robi nam się za ciasno i za duszno, szukamy drogi ucieczki na otwartą przestrzeń. Uciekamy z macicy – jak zwierzę z klatki. A potem, przez resztę życia, toczymy batalię o wolność i autonomię. Z czasem oddzielamy się od piersi matki. Gdy zaufamy własnej zdolności do poruszania się i wyrosną nam zęby, powoli, ale nieuchronnie, zaczynamy odklejać się od mamy jako takiej. Potem, z wolna, nabywamy zdolności do zarabiania na własne życie. Aż w końcu wyprowadzamy się z rodzinnego domu, rozpoczynamy okres samodzielności i – jeśli tylko po drodze nie zagubiliśmy instynktu wolności – zaczynają nas interesować takie rzeczy, jak: wolność w związkach, wolności obywatelskie, a być może nawet kwestia wolności w obliczu śmierci. 

Po drodze opanowujemy jeszcze język, by móc zaprotestować, powiedzieć: „nie!”.

I dzięki temu zaczynamy innym osobom stawiać granice, a także odkrywamy w sobie agresję i gniew, które pozwalają walczyć i nie dopuścić, by ktoś związał nam ręce i nogi. Bo już wiemy, albo przeczuwamy, że utrata wolności to najgorsza rzecz, jaka może nas spotkać. Zaryzykowałbym tezę, że ludzkie życie jest w istocie napędzane potrzebą autonomii i wolności, a dopełnia się z chwilą, gdy zaczyna nim kierować przekraczający dualizm śmierć–życie wolny duch.

Chcemy być wolni, a zarazem na różne sposoby wyzbywamy się wolności. Randle McMurphy, bohater „Lotu nad kukułczym gniazdem”, zamiast do więzienia trafia do szpitala psychiatrycznego i nie może uwierzyć, że inni pacjenci tkwią tam dobrowolnie. Bohater Kobiety z wydm Kōbō Abe zostaje uwięziony w jamie piasku. Kiedy pojawia się możliwość wydostania się z pułapki – rezygnuje, odkłada wolność na potem.

Dlaczego uciekamy od wolności?

Bo naszą drugą ważną potrzebą jest bezpieczeństwo. To ono, do spółki z lenistwem, stało się motorem rozwoju, a także manowców ludzkiej cywilizacji. Niestety, póki nie odkryjemy w sobie wolnego nieustraszonego ducha, który nie boi się śmierci, za bezpieczeństwo gotowi jesteśmy oddać wiele – nawet wolność. 

Test wolności

Zadaj sobie pytanie, które testuje wolność. Co by się ze mną stało, gdybym stracił/straciła wszystko, co posiadam? Kim bym był/była? Czy bym się wtedy odnalazł/odnalazła? Czy utrata tego, co posiadam, jest równoznaczna z utratą tożsamości i sensu życia? Dopóki utożsamiamy się z tym, co posiadamy, w tym z przekonaniami na swój temat, dopóty doświadczamy pseudowolności i iluzorycznego bezpieczeństwa. O tym, jak się od tego „odkleić” i zyskać autentyczną wolność – mówi Wojciech Eichelberger w tym numerze „Charakterów”.

 

Benjamin Franklin, jeden z ojców założycieli Stanów Zjednoczonych, twierdził: „Ci, którzy rezygnują z wolności w imię odrobiny tymczasowego bezpieczeństwa, nie zasługują na żadne z nich”. 

I słusznie, bo prawdziwie wolny i bezpieczny jest tylko ten, kto nie dąży do bezpieczeństwa. Tylko wolność gwarantuje nam prawdziwe bezpieczeństwo. Pewnie dlatego dzieci odruchowo poświęcają wiele czasu i energii na oswajanie się z niebezpieczeństwem i testowanie granic ryzyka. W moim dzieciństwie ten mechanizm rozwojowy działał silnie i był doceniany przez dorosłych. Mam wrażenie, że dziś ulegli oni w dużej mierze obsesji bezpieczeństwa stymulowanej przez media i marketing. Jak pisze Naomi Klein w swojej słynnej książce Doktryna szoku, możni tego świata mają skłonność do wywoływania kontrolowanych kryzysów w celu poszerzania zakresu swojej władzy i wpływu. W efekcie rodzice zamiast uczyć dzieci sztuki przeżycia, umiłowania wolności i demokracji, zarażają je swoim strachem przed światem i gotowością do rezygnacji z wolności na rzecz bezpieczeństwa.

W którymś momencie ojciec czy matka przestają nas pilnować. Ale jakiś rodzic zostaje w nas.

No właśnie. Bardzo wiele zależy od tego, jaki to był rodzic. Jeśli rodzice byli zainfekowani nadmierną potrzebą bezpieczeństwa, bo ktoś ich przestraszył światem, to niestety ich lęk, jak złośliwy wirus, zainfekuje ich dzieci. 

I będzie ograniczać ich wolność?

Tak, bo we współczesnym świecie potrzeba wolności znalazła się w paradoksalnym konflikcie z potrzebą bezpieczeństwa. Gdyby nie to, co zasysamy z dorosłych wzorców, z mediów, z reklam, z popkultury, to okaza­łoby się, że granica urealnionej, naturalnej potrzeby bezpieczeństwa jest daleko poza mentalnym horyzontem większości współczesnych rodziców i ich dzieci. Ta ogromna przestrzeń wolności jest dla coraz większej liczby ludzi niedostępna. Zaczynamy cierpieć na zbiorową agorafobię. A przecież widać gołym okiem, że im bardziej staramy się urządzić bezpieczne życie, tym bardziej jesteśmy uzależnieni od cywilizacyjnego inkubatora. A to oznacza, że w razie nawet krótkotrwałej jego awarii nie będziemy w stanie przeżyć. Wyobraźmy sobie świat, który w maksymalnym stopniu spełniałby naszą, niczym niepowstrzymywaną, potrzebę bezpieczeństwa. 

Pojawia mi się obraz Michaela Jacksona zamkniętego w namiocie tlenowym z obawy przed wirusami…

Ładny przykład, który pokazuje, że realizując odrealnioną potrzebę bezpieczeństwa, na własne życzenie skazujemy się na lęk i izolację, a w konsekwencji na rodzaj niewoli. Podobnie wygląda owo pozorne bezpieczeństwo ludzi w ogrodzonych apartamentowcach.

Z badań prof. Marii Lewickiej wynika zaś, że im wyższy płot, tym większego poczucia zagrożenia ludzie doświadczają, bo nie znają świata za tym płotem… 

Im rzadziej w naszym dzieciństwie, a potem w doros­łości, poszerzamy obszar wolny od lęku, tym bardziej narażamy się na to, czego pragniemy uniknąć. Tracimy bowiem okazje do nabycia niezbędnych – z punktu widzenia autonomii – sprawności i umiejętności. Dobrym przykładem może być zbliżająca się era autonomicznych samochodów. Warto zdać sobie sprawę, że taki samochód odbierze nam ważny wymiar naszej autonomii. Bo to my, ludzie, a nie samochody, powinniśmy stawać się coraz bardziej autonomiczni. Gdy zaczniemy korzystać z takich pojazdów, szybko nabierzemy przekonania, że zastępują nas znakomicie i zrezygnujemy z uczenia się, jak panować nad tą maszyną. Tym samym zrezygnujemy z ważnego, archetypowego wręcz obszaru naszej wolności, jakim jest swoboda szybkiego przemieszczania się w przestrzeni.

Można się spodziewać, że po pewnym czasie samodzielne prowadzenie samochodu uznane zostanie za przestępstwo przeciwko bezpieczeństwu publicznemu

Robię to, co chcę, czy to, co muszę

Zdrowy rozsądek podpowiada, że wolność jest czymś upragnionym. Okazuje się jednak, że bywa ona przykrym ciężarem, rodzącym napięcia i chęć ucieczki.

Takie konsekwencje przewiduje koncepcja wolności sformułowana przez Ivana Steinera. Wyróżnia on trzy rodzaje wolności wyboru. Pierwszy dotyczy wyboru oceniającego, a efektem może być decyzja słuszna lub nie. Z kolei wybór różnicujący może przynieść rezultat korzystny dla podmiotu lub niekorzystny. W końcu ważne jest, na ile wybór jest autonomiczny, czyli zgodny z intencjami podmiotu. Wolni czujemy się, gdy mamy wybór między co najmniej dwiema możliwościami (opcjami czy decyzjami). Im więcej możliwości, tym większa wolność. Im bardziej jednak możliwości od siebie się różnią, tym mniejszą odczuwamy wolność.

Co więcej, w takich warunkach, jak zauważa Arie Kruglanski, zachowanie człowieka staje się nieprzewidywalne – i dla obserwatorów, i dla niego samego.

Drugie podejście do wolności, jakie zaproponował Harold Kelley, bardziej zgodne jest z potocznym doświadczeniem. Według niego o wolności można mówić tylko wtedy, gdy przyczyn własnego zachowania upatrujemy w sobie, we własnym „ja”, a nie w czynnikach zewnętrznych. O wolności wnioskujemy zatem na podstawie własnego zachowania i jego przyczynowej interpretacji. Wolni jesteśmy, gdy nasze działania są zgodne z naszymi intencjami, pragnieniami i wartościami – czyli gdy robimy i mówimy to, co chcemy. A wolność jest tym większa, im bardziej możliwości stojące przed nami różnią się od siebie, dzięki czemu szybko i bez wahań możemy wybrać tę, która jest najbardziej zgodna z naszymi intencjami. 

Wiele badań potwierdza, że choć lubimy mieć wybór (np. smaków lodów czy jogurtów) i wyżej oceniamy produkt, jeśli spektrum wyboru jest szersze, to jednak możemy odczuwać zawrót głowy od nadmiaru możliwości. Opisuje to Barry Schwartz w swojej książce Paradoks wyboru. Wybór jawi się nam jako trudny, męczący, pochłaniający nasze zasoby mentalne i wyczerpujący zasób naszej woli.

Na podst. Wiesław Łukaszewski, Wielkie pytania psychologii, Smak Słowa 2015.

 

Wolny jest ten, kto wie, kim jest.

Jakie będą tego konsekwencje?

Będziemy coraz bardziej przerażeni światem, uzależnieni od różnych form wyręczania i opieki, a zarazem gotowi zapłacić każdą cenę za zewnętrzne gwarancje pozornego bezpieczeństwa. Już teraz robi się naprawdę niebezpiecznie. Jeden z przykładów: coraz więcej rodziców daje sobie wmówić, że dzieci uczące się chodzić powinny nosić kaski oraz ochraniacze na kolanach i łokciach. W efekcie dziecko nie uczy się wymiarów swego ciała ani tego, że zderzenie się ze ścianą czy szafą jest boles...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy